ALEJA KLONÓW (25)

Nie wiem kiedy to było, może w lipcu, sierpniu, albo może we wrześniu. Chyba w październiku, bo na chodnikach była już gruba warstwa żółtych liści, które wiatr podrywał raz po raz w górę, kręcił nimi i ciskał to tu, to tam. Wtedy właśnie przybiegł do mnie zaaferowany młodszy Marasek, przez chwilę sapał, ział jak mój pies Murzyn, rozglądając się na boki i nie mogąc wydusić słowa z ust, aż w końcu powiedział:

– Na naszym podwórku jest cielaczek…

– Jak to…? – spytałem zdziwiony.

– Przywiózł go wozem drabiniastym  jakiś gruby pan w czarnym kapeluszu i filcowych butach – powiedział i zaczął płakać.

– Czemu ryczysz – spytałem

– Bo on jest taki kochany… – pociągał nosem, chlipał i uderzał rytmicznie lewą stopą o ziemię.

– To fajnie… powiem mamie, że idę na wasze podwórko… odrzekłem i odwróciłem się na pięcie.

Po kilku minutach przeszedłem mroczny korytarz i znalazłem się na dużym podwórzu, które tyle razy podglądałem przez dziurę w murze z czerwonych cegieł. W pierwszej chwili niczego nie zauważyłem, ale gdy ruszyłem do przodu, spostrzegłem, że przy szopie masarni stoi trójka dzieci – bracia Maraskowie i jeszcze jakiś chłopiec, którego nigdy wcześniej nie widziałem. Podążyłem do nich i dopiero, gdy doszedłem, spostrzegłem cielaka, przywiązanego grubym sznurem do niewielkiego drzewka, rosnącego przy skraju budynku. Stał twardo na rozszerzonych nogach i raz po raz próbował skubać trawę, wyrastającą spomiędzy potłuczonych płytek chodnikowych. Stanąłem przy nim i zaraz zaczął mnie lizać ciepłym językiem po czole i nosie. Bardzo mnie to rozbawiło, odsunąłem się trochę i zacząłem głaskać biało-czarną sierść na łbie, a potem ośmielony objąłem go i poczułem bijące od niego ciepło. Nie szarpał się, stał grzecznie i tylko lekko ocierał się o mnie przednimi nogami i tułowiem. Maraskowie i chłopiec roześmiali się i też zaczęli głaskać cielaka, to po karku, to po grzbiecie, po bokach i nawet po ogonie. Wziąłem w dłonie jego małe uszy i trzymałem je z uśmiechem, z poczuciem, że mam do czynienia z czymś niewyobrażalnie pięknym. Nagle okno kamienicy się otworzyło i matka Marasków zawołała ich na obiad, więc nie ociągając się odwrócili się ode mnie i ruszyli biegiem do klatki schodowej. Za chwilę słychać było jak tupią nogami po drewnianych schodach i wchodzą przez wielkie drzwi do domu. Nieznany chłopiec zrobił jakąś tajemniczą minę, ręką puknął lekko zwierzę w kark, nie powiedział ani słowa i także pobiegł gdzieś przez czarny korytarz. Zostałem sam na sam z cielęciem, słysząc jakieś metaliczne zgrzytanie za drzwiami masarni.

– Jesteś piękny… – wyszeptałem – Ale co tu robisz biedaku…?

Myślałem, że mówię sam do siebie, ale nagle, w tajemny sposób usłyszałem jego odpowiedź w dziwnym języku gestów. Kiwał głową, a ja rozumiałem co znaczą te ruchy.

– Gospodarz przywiózł mnie tutaj na wozie…

– Ale po co… – nie chciałem dopuścić do siebie myśli, że stanie się z nim to samo, co z innymi zwierzętami, taszczonymi wiele razy przez podwórze.

– Nie wiem… – powiedział bezgłośnie –  Nie wiem… – powtórzyło echo w niebie.

Coś zapiszczało radośnie nad moją głową, więc spojrzałem w górę i zobaczyłem goniące się jerzyki. Jakby ślizgały się z wielkiej rynny błękitu, jakby wycinały w ogromnych arkuszach ciszy zdobne wycinanki. Nagle zaczął wiać silniejszy wiatr i włoski sierści na uszach cielaka zaczęły poruszać się nieregularnie, w różne strony. Jeszcze raz pogłaskałem go czule po głowie i spostrzegłem, że jego oczy są bardzo żałosne. Usłyszałem znowu, jak wyraźnie mówi:

– Wiatr się śmieje… śmieje się cały czas… wiatr się śmieje z całych sił…

Nie wiedziałem o co mu chodzi, ale zrobiło mi się bardzo, bardzo smutno, jakby zdradził mi straszną tajemnicę.

– Nie martw się cielaczku… – odezwałem się wpatrując się cały czas w czarne ślepia, w których refleksy światła i kształty jerzyków na niebie, wirowały w szalonym tańcu.

Przez chwilę poczułem się dziwnie, jakbym nagle zaczął spadać w przepaść, razem z tumanami liści, ze stadami świstających w powietrzu jaskółek i aniołów. Światła przygasły i otworzył się eter dawno zgubionych dźwięków. Z kakofonii najpierw doleciało do mnie zdanie wypowiedziane twardym, męskim głosem:

– Nie płacz już malcze… kto ci powiedział, że cielęciem masz być…? Przytwierdź sobie skrzydła i fruń dumnie jak swobodne jaskółki…

Poczułem ból w sercu, wróciła przestrzeń podwórka i znowu stałem przy cielaku, dotykałem leciutko jego chrap i czułem ciepło języka oblizującego moje dłonie. Poruszył głową i raz jeszcze usłyszałem bez słów:

– Wiatr się śmieje… śmieje się cały czas… wiatr się śmieje z całych sił…

Wtedy zobaczyłem łzy lśniące w ślepiach cielaka i też zapłakałem tuląc się do jego głowy. Przeczułem, że stanie się coś strasznego, ale nie mogłem stamtąd odejść. Nie mogłem się ruszyć i tylko śmigające w powietrzu jerzyki, tylko pędzące i piszczące ptaki przywracały mnie rzeczywistości. Nagle wielkie drzwi masarni otworzyły się, stanął w nich gruby rzeźnik w białym fartuchu, pochlapanym krwią, ostrzący nóż o nóż i promiennie uśmiechający się do mnie. Poczułem lodowate zimno w całym ciele, jakby ktoś nagle wsypał we mnie kawałki lodu. Chciałem krzyczeć, zerwać się z miejsca, ale nie miałem sił. Grubas cały czas patrzył na mnie w zachwycie, podszedł wolno już do cielaka i odwiązywał go od pnia drzewa. Wreszcie odwrócił się i pociągnął go do wnętrza masarni, a odchodząc powiedział:

– Nie ma kłopotu… cielaka łatwo można związać i ubić… nawet nie poczuje… no Donna, Donna, chodź już Donna, dziecinko…

Myślałem, że upadnę na ziemię, ale hałas zamykanych odrzwi spowodował, że postąpiłem do przodu, przesunąłem się ku ścianie budynku z dużym oknem i patrzyłem szeroko otwartymi oczyma na to, co dzieje się w środku. Ciele szarpnięte na środek pomieszczenia pozostawiono na chwilę samo sobie, a wtedy odwróciło głowę i oczami pełnymi łez odezwało się raz ostatni do mnie:

– Wiatr się śmieje… śmieje się cały czas… wiatr się śmieje z całych sił…

Po chwili dwóch rzeźników podeszło do cielaka, jeden z wielkim wiadrem, a drugi, ten gruby, z długim knypem, który wcześniej ostrzył o inny nóż. Chudszy mężczyzna chwycił łeb zwierzęcia i wykręcił go w stronę kompana. Zwierzę zaparło się chudymi nogami, rozszerzyło je dramatycznie i zaczęło rozpaczliwie beczeć, ale grubas już zamierzył się knypem i wbił go z całych sił w gardło nieszczęśnika. Przez chwilę malec szarpał się i bił kopytami o ziemię, charczał straszliwym głosem, a krew chlustała do nadstawionego wiadra. Jeszcze spojrzał mętniejącym wzrokiem ku szybie, za którą stałem i wysłał mi ostatni, urywający się komunikat:

– Wiatr się śmieje… Wiatr…

Trząsłem się na całym ciele, dygotałem jak w chorobie, a na czoło wystąpiły mi wielkie krople potu. Cielak już się nie szarpał, ale masarze trzymali jeszcze jego łeb nad wiadrem by cenna krew się nie zmarnowała. W końcu jednak pociągnęli zdychające zwierzę ku wielkiemu, pokrytemu blachą stołowi i wspólnymi siłami wrzucili na blat drżące w konwulsjach ciało. Jerzyki latały coraz niżej i ogromnymi grupami wycinały wielkie okręgi na niebie, za każdym nawrotem omijając masarnię i piszcząc radośnie. Szybkością lotu i zwinnością skrzydeł, podkreślały, że są wolne i mogą unieść się wysoko, polecieć na skraj miasta, minąć karawele klonów i po jakimś czasie wrócić w to samo miejsce. Szczupły rzeźnik podciągnął łańcuch zwisający z sufitu i zakończony ostrym hakiem, a potem przekuł stale drgające, tylne nogi zwierzęcia. Grubas zaczął ciągnąć za drugi koniec łańcucha, przechodzącego przez blok i już po chwili cielak zwisał nad stołem, a jego chrapy, ociekające krwią, poruszały się jakby chciał powiedzieć jeszcze jedno słowo. Nadchodziło jednak znieruchomienie, martwota i jego ostatnia chwila …

Mężczyźni pracowali sprawnie, pogwizdując radośnie, puszczając do siebie oczko i robiąc to, co już tyle razy robili. Najpierw odcięli głowę z otwartym pyskiem, potem dolne nogi, a w końcu zaczęli wprawnie nacinać skórę i ściągać ją w dół. Przecięli brzuch i wydobyli parujące wnętrzności malca, by na końcu przeciąć go w połowie, obie części zdjąć z haka i zrzucić na stół. Grubas sięgnął po siekierę, odrąbał górne nogi i gwiżdżąc jakąś nieznaną piosenkę, zaczął kawałkować mięso. Kolorowe jelita i narządy zsunęli do wielkiej misy, stojącej na podłodze, a odcinane kawałki mięsa rzucali na koniec stołu. Po kilkunastu minutach to, co było cielakiem zmieniło się w prostokątne plastry i kwadraty mięsa. Grubas sięgnął po wiadro z krwią wlał ją do wielkiego kotła z kaszą, a chudy masarz zaczął segregować wnętrzności, odcinać je i wrzucać do małych, drewnianych skrzynek. Przerażony odsunąłem się od szyby i zacząłem iść ku mrocznemu korytarzowi, by znaleźć się na Alei Klonów i dalej udać się do domu. Wyschło mi w gardle i czułem się jakbym miał zemdleć, rozmyć się w żółcieniach liści i błękicie nieba. Uniosłem głowę ku górze i zobaczyłem śmigające jerzyki i jaskółki, rymujące się w locie jak strofy smutnej pieśni. Jakieś samotne echo pojawiło się w eterze i zabrzmiało wyraźnie tuż przy mnie:

– Wiatr się śmieje… śmieje się cały czas… wiatr się śmieje z całych sił…

Po chwili jednak wszystko zgasło, ucichło i słychać było tylko oddalające się i powracające piski.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: