ALEJA KLONÓW (23)

   osa

Siedziałem przy stole, dosuniętym do okna i bawiłem się kolorowymi klockami z drewna, pięknie polakierowanymi i lśniącymi w świetle poranka. Mama poszła do pracy, a ojciec odwoził ludzi wielkim Jelczem do fabryki rowerów i miał co jakiś czas do mnie zaglądać. Umieściłem zielone podpory na dole, a na nich ustawiałem niebieskie kolumny, zawieszałem czerwone łuki i żółte dachy. Wyobrażałem sobie jakiś wspaniały pałac, w którym byłem księciem w złotych szatach, wydawałem rozkazy i przechadzałem się z komnaty do komnaty. Budowlę lokowałem pośród palm i gęstych zarośli trzciny cukrowej, gdzieś w tropikach, może w Egipcie, a może w południowych Chinach. Choć niewiele wiedziałem jeszcze wtedy o geografii, to zdawałem sobie sprawę, że takie krainy istnieją. Może to była wiedza z poprzedniego życia, przelewająca się przez kataraktę narodzin, a może, gdy leżałem w łóżeczku, dotarły do moich uszu jakieś informacje z włączonego radia, z pierwszego telewizora, z rozmów i opowieści dorosłych? Z poczuciem radości i pełni budowałem pałac z klocków i nuciłem jakąś piosenkę la la la la, na chwilę przestawałem śpiewać, a potem znowu zaczynałem la la la la. Było mi błogo, bo docierało do mnie ciepło z kuchennego pieca, w którym stale jarzyły się bryły węgla i kawałki drewna, przyniesione przez mamę z szopy. Rozlewał się we mnie spokój i czułem się bezpieczny, czekający na pierwszą wizytę ojca, myślący o pałacowym życiu i jakichś odległych zdarzeniach, mgliście rysujących się w pamięci tragediach, walkach, ucieczkach i wędrówkach przez niebieskie góry i rozległe równiny. Ustawiłem właśnie na górze ostatni, wieńczący wszystko, czarny klocek w kształcie ostrosłupa i nagle coś przykuło moją uwagę na szybie.

Tuż przy białej ramie chodził wolno jakiś straszny, ruchliwy, żółto-czarny owad, przypominający przybysza z zaświatów. Miał pasy na szpiczastym odwłoku, zakończonym jakby kolcem, teleskopowe odnóża, czarny tułów w żółte plamy, z którego wychodziły skrzydła, przeźroczyste jakby zostały zrobione z pergaminu. Miał też jakby łapy z ostrymi haczykami na końcu i owalną głowę, z czułkami na dole i górze. Nie wiem dlaczego nagle zachciało mi się bardzo pić, więc sięgnąłem po szklankę z wodą, stojącą na środku stołu, pociągnąłem ze dwa łyki, a potem odstawiłem ją na parapet, tak by przez jej soczewkę patrzeć na stojące teraz w miejscu żyjątko. Dopiero teraz zauważyłem więcej szczegółów, wyrazistych arterii na skrzydłach, mikroskopijnych włosków na tułowiu i głowie, tajemniczych rysunków na odwłoku. Patrzyłem na tego owada jak zaczarowany, ale czułem podświadomie, że jest groźny, że może wyrządzić krzywdę. Nagle przez moją świadomość przemknęły obrazy zabijania, ścinania głów, odrąbywania ramion i wbijania pik w brzuchy, a gdzieś daleko, jakby na samym dnie mojej świadomości, odzywały się głuche krzyki, przeraźliwe wołania o pomoc. Przestraszyłem się i na chwilę zakryłem twarz rączkami, co jakiś tylko czas wyglądając ciekawie, co robi istota z innego świata. Przekrzywiłem się dziwnie i patrząc przez szklankę z wodą, zobaczyłem nagle ogromną głowę, miarowo ruszającą górnymi czułkami, ocierającymi krótkie odnóża o sterczące na dole wyrostki i włoski. Nigdy jeszcze nie widziałem czegoś takiego, a choć bałem się straszliwie, przemogłem lęk i patrzyłem na ruchliwego towarzysza, który próbował wspinać się po szybie, lecz co jakiś czas spadał na ramę okienną i znowu zaczynał mozolne wspinanie się na przeźroczystą taflę. Jego udręka spowodowała, że zapragnąłem mu pomóc, jakoś unieść go w górę, przesunąć po szybie, by znalazł się u góry.

Powoli zacząłem zbliżać wskazujący palec do owada, a przy okazji zburzyłem pałac z klocków, który rozpadł się doszczętnie. Kolorowe elementy potoczyły się po całym stole, a jedna z zielonych kolumn spadła na podłogę. Nie zwróciłem na to uwagi, bo dziwny twór zastygł w bezruchu, jakby zachęcając mnie bym go dotknął i posunął w górę. Zrobiłem to delikatnie, ale gdy poczułem zimny, chitynowy pancerz, natychmiast cofnąłem rękę i odsunąłem się od szyby. Owad poruszył się, wyprostował skrzydła, w których słońce natychmiast wyświetliło kolory tęczy, apotem podszedł kilka centymetrów do góry. Znowu zacząłem powoli zbliżać do niego rękę, a gdy prawie już dotykałem intruza, zerwał się nagle z szyby i zaatakował mój mały, wskazujący palec. Krzyknąłem przerażony, bo poczułem jakby wlało się do niego stopione żelazo, albo jakbym oparzył się nieopatrznie rozgrzaną do czerwoności fajerką. Skoczyłem od stołu i uderzyłem się o piec, a potem zacząłem biegać od pokoju do kuchni i dalej do niewielkiego korytarzyka przed ubikacją. Machałem ręką w powietrzu, albo brałem bolący palec do buzi i ssałem go zawzięcie, ledwie na sekundy zatrzymując ataki bólu. Zauważyłem, że zaczerwienił się bardzo i spuchł, powiększając się dwa razy i stając się dziwnie obcy, jakby już nie należący do mnie. W końcu zauważyłem szklankę z wodą i wsadziłem do niej całą, malutką dłoń, co na chwilę uśmierzyło ból, ale nie powstrzymało pulsowania, jakby ciągłego wnikania niewidzialnej igły w ciało. Łzy spływały mi po policzkach i łkałem głośno, co jakiś czas zerkając na owada, kręcącego się teraz w kółko w rogu szyby.

Niebawem usłyszałem chrobot klucza w zamku i zobaczyłem ojca wchodzącego do domu. Tuż za nim podążała babcia Józia i gdy ujrzała, że płaczę natychmiast podbiegła do mnie.

– Co ci się stało skarbie? – zapytała, choć jeszcze nie mówiłem, a tylko nieporadnie artykułowałem pojedyncze wyrazy.

Pokazałem jej opuchnięty palec i jeszcze głośniej zapłakałem, a babcia natychmiast zorientowała się, co się stało

– Ukąsiła go osa w paluszek – powiedziała, a zobaczywszy owada na szybie, błyskawicznie zdjęła laczek z prawej stopy i bezlitośnie rozdusiła nim nieszczęśnika.

– Oj, oj, on zawsze coś wywinie – powiedział ojciec tak jakbym to ja był sprawcą całego zamieszania.

– Mówiłam wam, że nie macie zostawiać dzieciaka samego w domu… mieliście go przyprowadzić do mnie, to bym go dobrze pilnowała… – powiedziała z wyrzutem.

– Kto by przypuszczał, że zaczepi osę… – ojciec dalej obstawał przy swoim, ale nie skończył, bo babcia przerwała mu bezceremonialnie.

– Głupi jesteś… Jak but!!! Pewnie pierwszy raz w życiu zobaczył osę i nawet jak ją dotknął, to zrobił to z ciekawości…

– No, ale teraz już poznał żądło osy i będzie się miał na baczności… nauka nie pójdzie w las… – filozofował tata.

Babcia zrobiła straszną minę, więc nic już więcej nie powiedział, tylko zabrał się za wyciąganie żądła, które wyraźnie tkwiło pod skórą. Zdezynfekował spirytusem igłę do szycia i delikatnie, powodując tylko lekki ból, wydobył czarny, mikroskopijny kształt. Babcia wzięła mój palec do ust i wyssała nieco krwi z ranki, a potem pokryła ją maścią i zabandażowała elegancko. Położono mnie do łóżka i po strasznym doświadczeniu tego ranka natychmiast zasnąłem, a choć śniły mi się monstrualne osy, zawisające nad moją głową, przylatujące skądś z daleka, żadna nie odważyła się zaatakować. Może dlatego, że po wyjściu ojca z domu, babcia usiadła na kanapie, tuż przy moim łóżeczku i czuwała nad moim snem niczym strażnik obszarów tajemnicy.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: