STO WIERSZY POLSKICH (XXIV)

herbert

Fortynbras, król norweski, wracający z wojny z Polską, trafia na dwór zaprzyjaźnionego króla duńskiego i zostaje wprawiony w ponure zdumienie. Przywykły do widoku martwych ciał, nie rozumie skąd tyle trupów wzięło się na tym na dworze. A nie są to osoby tak „błahe” jak wcześniej zabity przez Hamleta donosiciel Poloniusz, ani jego córka, ogarnięta obłędem Ofelia – na podłodze leżą ciała króla Klaudiusza, królowej Gertrudy, mściciela Laertesa i księcia Hamleta. Jakiż dramat dokonał się w tym miejscu i kto tak fatalnie fechtował, kto rozdzielał zatruty napój? Jakież szaleństwo popchnęło tych ludzi ku zatracie i czyja nieostrożność była podłożem ciągu tragicznych zdarzeń. Fortynbras nic nie wie o zbrodniach Klaudiusza, nie doniesiono mu jeszcze o udawanym szaleństwie Hamleta, tragicznej śmierci jego ukochanej i o zabójstwie Poloniusza – przybywa obwieścić „dobrą nowinę”, że posłowie duńscy Rozenkranc i Gildenstern zostali zgładzeni po dotarciu do Anglii. Nie wie, że król nie dawał takiego polecenia, a zbrodnia dokonała się za sprawą Hamleta, który podmienił listy dyplomatyczne i skazał na śmierć tych, którzy ku niej jego wiedli. Czuje empatię do księcia, dlatego nakazuje sprawić mu żołnierski pogrzeb: Niech zatem czterech dowódców poniesie/ Ciało Hamleta, jako ciało żołnierza/ Na podwyższenie, bo gdyby mu przyszło–/ Rządziłby pewnie iście po królewsku…/ Niechaj mu przy tym rytuał wojskowy/ Muzyką wsparty, dumnie towarzyszy/ Świadcząc dobitnie, kim był… Pozostałe/ Ciała zabierzcie także, bo ten widok/ Bardziej stosowny jest bitewnej scenie.[1] Czytelnik albo widz w teatrze wie, co się zdarzyło, poznał niecne intrygi Klaudiusza, który zamordował ojca Hamleta, wie też, że ten ostatni udawał szaleństwo by zemścić się na nim. Pechowo ofiarami jego planów stał się też Poloniusz i krucha Ofelia, a potem – w konsekwencji – Laertes, syn starego dworaka. Dramat Szekspira ukazuje jak pokrętną bywa logika zemsty i jak nieopatrznie generuje ciąg nieszczęśliwych wypadków, podłych intryg i zbrodni i jak obraca się przeciwko tym, którzy używają podstępu, trucizny i szpady.

Słynny wiersz Zbigniewa Herberta pt. Tren Fortynbrasa z tomu Studium przedmiotu (1961) oparty został na przekonaniu o niewiedzy norweskiego króla co do działań Hamleta, choć ważną rolę odgrywa tutaj też irracjonalne przekonanie, że Klaudiusz sprowokował wszystko, zabijając jego ojca. Nakazując wyprowadzenie jego zwłok, udaje się za nimi i rozpoczyna swój monolog: Teraz kiedy zostaliśmy sami możemy porozmawiać książę jak mężczyzna z mężczyzną/ chociaż leżysz na schodach i widzisz tyle co martwa mrówka/ to znaczy czarne słońce o złamanych promieniach. To jest monolog, bo rozmowa pomiędzy żywym władcą a martwym księciem jest niemożliwa, a śmierć człowieka jest dla niego tak samo błaha jak zgniecenie mrówki, tak samo absurdalna i generująca oksymoroniczne skojarzenia. Czarne słońce staje się tutaj symbolem bezdennej wieczności, pośród której światło załamuje się i rozszczepia na poszczególne barwy. To jakby przedłużony moment śmierci, podczas której pojawiają się majaki i to, co trwałe, konstruowane w oku przez światło, traci swoje wymiary i kształty. Bycie żywym daje Fortynbrasowi przewagę nad Hamletem, zaznacza on też, że jest człowiekiem silnym, nawykłym do walk, a przedmiotem jego kpiny stają się dłonie i reszta ciała księcia: Nigdy nie mogłem myśleć o twoich dłoniach bez uśmiechu/ i teraz kiedy leżą na kamieniu jak strącone gniazda/ są tak samo bezbronne jak przedtem. To jest właśnie koniec/ Ręce leżą osobno Szpada leży osobno Osobno głowa/ i nogi rycerza w miękkich pantoflach. To raczej opis trupa komicznego błazna, ot takiego jak nieszczęśnik Yorick, a nie następcy tronu, którego mieli wielbić poddani. Zwycięzca podkreśla, że wyrazem śmierci jest statyka i bezład ciała, osobne rozrzucenie jego części, a określenie miękkie pantofle, ma podkreślać niedojrzałość Hamleta i jego przypisanie do młodzieńczości, niedojrzałości, matczynej troski. Prawdziwi rycerze chodzą w butach z ostrogami, a on walczył z Laertesem w miękkich pantoflach, niczym chłopiec fechtujący drewnianym mieczem z nauczycielem szermierki. Także dłonie miał zbyt kruche, delikatne, jakby nie był mężczyzną, jakby nie należały do kogoś, kto często sięgał po floret. Znacząca też jest osobność poszczególnych członków, która symbolizuje tutaj rozpoczęty już rozkład ciała i szybkie rozdzielenie tkanek, które żyją tylko wtedy, gdy krew krąży w żyłach a tlen ożywia mózg.

Ironia Fortynbrasa stale się wzmaga i znajduje swoją kulminację w decyzji o rycerskim pogrzebie księcia: Pogrzeb mieć będziesz żołnierski chociaż nie byłeś żołnierzem/ jest to jedyny rytuał na jakim trochę się znam/ Nie będzie gromnic i śpiewu będą lonty i huk/ kir wleczony po bruku hełmy podkute buty konie artyleryjskie/ werbel werbel wiem nic pięknego/ to będą moje manewry przed objęciem władzy/ trzeba wziąć miasto za gardło i wstrząsnąć nim trochę. To jest też szelmowskie przygotowanie do objęcia władzy i możliwość ukazania się na pogrzebie w wielkiej glorii, zamanifestowania swojej mocy i witalności na mocarnym koniu, pośród uzbrojonych po zęby żołnierzy i dworzan. Wojskowy pogrzeb dla kogoś, kto nie był nigdy żołnierzem i nie umiał zawiązać intrygi bitewnej, a w końcu dał się pokonać przez spiskowców, będzie wyrazem pogardy, nie uwzniośleniem zmarłego. Jego martwota stanie się kontrastem dla siły i możliwości militarnych Fortynbrasa, który otrzymał królestwo Danii bez jednego wystrzału, bez najmniejszej potyczki i przelanej krwi. Ale już na pogrzebie Hamleta wszystko się zmieni, a nowy władca ukaże swoje prawdziwe oblicze, zniszczy w zarodku jakiekolwiek knowania, spiski i intrygi, w których lubował się jego poprzednik na królewskim tronie. Do tej pory wszystko było wiotkie i rozmywało się na granicy szaleństwa, a teraz odezwie się werbel werbel i nada rytm wszystkiemu, a władca wprowadzi wojskowy dryg i nie pozwoli by po jego dworze pałętali się słabowici wizjonerzy w miękkich pantoflach, marzycielki Ofelie albo zbyt wymowni dworzanie, jak Ozyryk i Horacy. Wszystko będzie proste, oparte na raportach takich donosicieli i akolitów jak Poloniusz, Rozenkranc i Gildenstern, a decyzje podejmować będzie tylko Fortynbras. Jego manewry pogrzebowe będą huczne i choćby w taki sposób zabity książę przysłuży się jego panowaniu, odprowadzi go do tronu i jak zjawa jego ojca stanie w tle. Symbolem nowej władzy nie będzie żywy człowiek i nie będą się liczyć jego pragnienia, marzenia i potrzeby – symbolem będzie trup zniewieściałego Hamleta, jako przestroga i przypomnienie, że nie igra się z mocą ziemskich mocarzy, nie lekceważy się czarnej powagi i ostateczności triumfującej nad życiem śmierci. W taki sposób norweski suweren weźmie miasto Helsingør za gardło i wstrząśnie nim tak, że kto stanie u jego wrót, na północnym wschodzie Zelandii, albo kto przypłynie z wrót cieśniny Sund, będzie wiedział, że trafi do przestrzeni zmilitaryzowanej, w której osobne życie nic nie znaczy, a sprzedajna śmierć jest na usługach króla.

Fortynbras nie ma złudzeń, więc jego analiza zachowania Hamleta jest druzgocąca i na końcu przemienia się w zjadliwą ironię, w stylu najeźdźców i najokrutniejszych zdobywców nowych krain: Tak czy owak musiałeś zginąć Hamlecie nie byłeś do życia/ wierzyłeś w kryształowe pojęcia a nie glinę ludzką/ żyłeś ciągłymi skurczami jak we śnie łowiłeś chimery/ łapczywie gryzłeś powietrze i natychmiast wymiotowałeś/ nie umiałeś żadnej ludzkiej rzeczy nawet oddychać nie umiałeś. Hamlet nie był do życia, bo był niepoprawnym marzycielem, wierzącym w czystość (kryształowe pojęcia), a tymczasem wszystko co ważne i mocarne w świecie opiera się na glinie ludzkiej, niczym na najtrwalszym budulcu – wszystko podążą ku putrefactio. Władca musi kształtować tę materię, odcinać jej ogromne kawały, tworzyć formy i wygładzać ją, a potem nadawać ostateczny szlif. Książę duński żył jak we śnie i to, co udawało mu się osiągnąć było znikome, nie miało snycerskich kształtów. To było łowienie chimer (mitologicznych dziwnych tworów z głową lwa, ciałem kozy i ogonem węża), to gryzienie powietrza i wymiotowanie, to istnienie człowieka nieprzysposobionego do życia, który nawet nie umiał oddychać i krztusił się stale, beznadziejnie krążąc po dworze, obcując z duchami, fałszywymi przyjaciółmi i wdając się z grabarzami w pompatyczne dysputy o śmierci. Biorąc do ręki czaszkę Yoricka Hamlet staje się posłańcem śmierci, którą sprawiedliwie i niesprawiedliwie posługiwać się będzie Fortynbras. To on ostatecznie wykorzysta jego śmierć do własnych celów i dostrzeże w niej szansę na zaprowadzenie nowych porządków. W oczach nowego króla Hamlet staje się nieomal przeźroczysty, znikomy i bezsensowny, targany skurczami jak deliryk i wierzący w pojęcia niemożliwe, jak żyjący złudzeniami idealista. Dla Fortynbrasa nie ma znaczenia to, że książę był w szoku po odkryciu zbrodni Klaudiusza i zdradzie swojej matki, nie liczy się też tragedia Ofelii i poszczególne błędy – wszak dla wojskowego liczy się tylko posłuszeństwo i proste podążanie do celu, zadawanie ciosów i celne pozbawianie życia wrogów. W takim kontekście Hamlet rzeczywiście przynależy do innej rzeczywistości i staje się igraszką przeznaczenia, nieuchronnego nadejścia nowego ładu. Przeźroczystość bohatera Szekspira służy jednak też Herbertowi do ukazania tandety i bezceremonialności nowej władzy, a pamiętać trzeba, że wiersz ten powstał w czasach panowania komunistycznych książąt i monarchów, których trzeba było sprytnie oszukać, zastosować określony kostium liryczny, tak by niczego nie zrozumieli i dali się otumanić. Rządy Fortynbrasa jako żywo przypominają władzę komunistyczną, która też lubowała się zawsze w paradnych pogrzebach, wielkich demonstracjach siły, pochodach i okrzykach na cześć aktualnie rządzącego genseka. Herbert był mistrzem takiej skrywanej ironii i w wielu wierszach, niby to przypisanych czasom antycznym, kulturze śródziemnomorskiej lub orientalnej, ukazywał podskórnie rzeczywistość w której żył. W osobie Hamleta poniekąd krytykował też samego siebie i poetów takich jak on, żyjących kryształowymi pojęciami, wyznaczających sobie cele nie do osiągnięcia i szukających złudnych miraży. Ale też wskazywał wyższość konstrukcji rozwibrowanego umysłu Hamleta nad prostą logiką Fortynbrasa, wyższość marzenia nad glina ludzką i militarnym modelem państwa, a wreszcie wyższość poezji nad życiem bez natchnień i wielkich pragnień. Jeśli nawet Hamlet popełnił wiele błędów, jeśli nie umiał oddychać i wciąż wkraczał w zakazane rewiry, to właśnie jego historia utrwaliła w panteonie wielkich postaci, nieśmiertelnych przewodników, którzy odważyli się stanąć do nierównej walki z mocarnym przeciwnikiem i gotowi byli ponieść ofiarę najwyższą.

Dla takich chwilowych dowódców jak Hitler, Stalin, Mao Tsetung czy Fortynbras, jednostka nie ma znaczenia, a jej śmierć staje się wręcz obowiązkiem wobec nowego władcy, któremu trzeba się usunąć, bo inaczej szybko straci się życie z jego polecenia. Hamlet zrobił co do niego należało, odszedł w zaświaty bez zbędnych utrudnień i teraz ma spokój, a raczej wieczny odpoczynek: Teraz masz spokój Hamlecie zrobiłeś co do ciebie należało/ i masz spokój Reszta nie jest milczeniem ale należy do mnie/ wybrałeś część łatwiejszą efektowny sztych/ lecz czymże jest śmierć bohaterska wobec wiecznego czuwania/ z zimnym jabłkiem w dłoni na wysokim krześle/ z widokiem na mrowisko i tarczę zegara. Słynne zdanie Hamleta, wypowiedziane tuż przed śmiercią, iż reszta jest milczeniem zostaje ironicznie skomentowane przez Fortynbrasa, który zostaje pośród żywych i będzie wydawał rozkazy, obdarowywał szpicli, zauszników i skazywał na śmierć niepokornych, stających mu na drodze przeźroczystych, znikomych buntowników. Dla niego samobójstwo nie jest aktem odwagi, lecz elementarnym poddaniem się woli zarządcy, pogodzeniem się z jego wyrokami i zastosowaniem się do nowych reguł. Więcej odwagi wymaga rządzenie, które zawsze obwarowane jest niebezpieczeństwami ze strony ludzkiego mrowiska i największego zdrajcy – czasu, który nieustannie odmierza dni panowania, przygotowuje najdoskonalszy zamach na tego, który zasiadł na wysokim krześle. Przy całej sympatii dla Hamleta, król Norwegów nie może powstrzymać się od ironii i komentować ze swadą prostego żołdaka, dziwacznych i zwariowanych wyczynów Hamleta. Przecież to takie niedorzeczne zabijać starca za kotarą, zwodzić jego córkę, a potem stawać do pojedynku z synem – to takie emocjonalne mścić się na zabójcy ojca, nie rozliczywszy setek, tysięcy innych jego grzechów. A przecież gdyby Hamlet doszedł do władzy, mógłby rzucić na kolana Klaudiusza i pokazać narodowi jaki jest silny, jak sprawiedliwie karze nieprawości, jak mądrze analizuje świat i wyciąga wnioski. Teraz już za późno na „ćwiczenia” Hamleta i glina ludzka nie jest mu już potrzebna – teraz weźmie go w swoje władanie wilgoć i ziemia, szybki rozkład i powrót do materii pierwotnej. Śmierć Hamleta jest dla nowego władcy tak samo absurdalna jak jego życie, a wieczność – w obliczu rychłego „generalskiego” pogrzebu i zapowiedzianych z emfazą manewrów nowego władcy – staje się elementem w grze pomiędzy chwilowym istnieniem a historią dynastii. Efektowny sztych księcia, który pozbawił życia króla, tak naprawdę odebrał jemu wszystko i stał się przekleństwem całego królestwa, oddanego Fortynbrasowi bez walki i negocjacji.

Hamlet był marzycielem i kierował się w swoich poczynaniach odruchami serca, nie mógł wybaczyć Klaudiuszowi, że zamordował jego ojca i zagarnął matkę. Po ujrzeniu ducha swojego rodzica, zaczął snuć skomplikowaną intrygę, która w końcu doprowadziła do tragedii dworu, kochającej go kobiety, rodziny i całego państwa. Fortynbras ma inne cele i inne zadania, a nawet jeśli konstruuje jakieś spiski, to mają one doraźny wymiar – zapowiadając uroczysty pogrzeb, żegna się z martwym marzycielem i wskazuje, co ma do zrobienia: Żegnaj książę czeka na mnie projekt kanalizacji/ i dekret w sprawie prostytutek i żebraków/ muszę także obmyślić lepszy system więzień/ gdyż jak zauważyłeś słusznie Dania jest więzieniem/ Odchodzę do moich spraw Dziś w nocy urodzi się/ gwiazda Hamlet Nigdy się nie spotkamy/ to co po mnie zostanie nie będzie przedmiotem tragedii. W obliczu spraw kosmicznych i narodzin nowej gwiazdy Hamlet, dla Norwega ważniejszy jest nowy projekt kanalizacji, dekret o prostytutkach i żebrakach, a nade wszystko obmyślenie lepszego systemu więzień, do których trafiać będą ludzie niepokorni i tak dziwaczni jak Hamlet. Tutaj nowy władca zgadza się ze zmarłym księciem – Dania jest więzieniem i teraz trzeba zrobić wszystko, by zostało ono dostosowane do jego potrzeb. W ostatnich słowach Fortynbrasa pobrzmiewa już nuta zniechęcenia, bo dostatecznie wiele uwagi poświęcił dziwakowi, nadwrażliwemu idiocie, który doprowadził do totalnej tragedii i nie potrafił wybiegać myślą w przyszłość. Zabiła go chęć zemsty i nieustanne rozpamiętywanie tego, co się stało, jakby nie istniała polityka, przemyślane ruchy, a wszystko miałoby się skończyć wraz z efektownym sztychem. To jest niezrozumiałe dla takiego pragmatyka jak król norweski i nawet jeśli nową gwiazdę nazwą jego imieniem, to będzie to wydarzenie z rzędu tych, które mają wymiar symboliczny, ale nic nie znaczące w obliczu wiecznego czuwania/ z zimnym jabłkiem w dłoni.  Zostaje zatem pożegnanie, bardzo poetyckie i nieprawdopodobne w kontekście wyartykułowanych wyżej zadań:  Ani nam witać się ani żegnać żyjemy na archipelagach/ a ta woda te słowa cóż mogą cóż mogą książę. Tak, bo istnienia tych dwóch mężczyzn były jak osobne archipelagi, którym obojętne było jakie słowa na nich padają i jakie wody je oblewają. Osobność ludzkich bytów staje się wyrazista dopiero w obliczu śmierci, zawsze samotnej, zawsze odnoszącej się do tego, który musi wydać z siebie ostatnie tchnienie. Patrząc na losy duńskiego księcia i parafrazując Fortynbrasa, można na koniec powiedzieć: a to życie, cóż może, cóż może Hamlecie, w obliczu kosmicznych ogromów, sił elementarnych i panowania tych, którzy nadejdą… Cóż może Hamlecie…?

[1] William Szekspir, Hamlet Książę Danii, przekład Ryszard Długołęcki, 
Bydgoszcz-Gniezno-Warszawa 2013, s. 218–219.

KARDYNAŁ

1

Podczas moich trzech pobytów w Stanach Zjednoczonych wielokrotnie obserwowałem na drzewach kardynały szkarłatne (Cardinalis cardinalis). Te zdumiewające ptaki przyciągają wzrok przede wszystkim z racji barwy upierzenia, u samców jaskrawo czerwonego, a u samic sinego lub beżowego. Latem można je zobaczyć w pojedynkę i takie obserwacje czyniłem w nowojorskim Central Parku, w wielu innych miejscach Manhattanu, w pobliskim Elizabeth, ale zimą zbierają się w duże stada, okupują krzewy przy stawach, nadrzeczne drzewa, przysiadają na dachach domów i na trakcjach elektrycznych. Zobaczyć je można w południowo-wschodniej Kandzie, w środkowych i wschodnich stanach USA, z wyjątkiem Georgii i Florydy, choć w stanach zachodnich natkniemy się na ptaki z odmiany Pyrrhuloxia (Cardinalis sinuatus). Kardynały to stosunkowo niewielkie ptaki o wymiarach 21-23 cm, z często nastroszonym grzebieniem, umiejscowionym w tyle głowy. Z czerwonym ubarwieniem samców kontrastuje smoliście czarny dziób, którym wyłuskuje on nasiona roślin, zrywa owoce krzewów, spija syrop klonowy, a czasem dobywa owady, stanowiące znikomą część jego rocznego menu. Nazwa ptaka ma związek z ubarwieniem szat i nakryć głowy najwyższych kapłanów kościoła rzymskokatolickiego, a w Ameryce dodatkowo określa się je jako „północne” (Northern), wskazując charakterystyczne biotopy. Jest to gatunek zaliczany do ptaków śpiewających, choć przekonałem się wielokrotnie, że odgłosy wydawane przez kardynały bliższe są świstowi drutu, którym dla zabawy kręci nad głową mały chłopiec, niż trelom europejskich mieszkańców przestworzy. Jaskrawe ubarwienie samców, zależne od karotenoidowego pigmentu, pozyskiwanego z pożywienia, ma przywabiać samice, które wydają potomstwo nawet do czterech razy w roku, ale jest też jego przekleństwem, bo ptak łatwy jest do wypatrzenia i staje się łupem takich drapieżników jak krogulec czarnołbisty, dzierzba siwa, dzierzba srokosz, wiewiórka szara, sowa uszata, a nawet niewielki syczoń krzykliwy. Także sporo ptaków, małych zwierząt i węży dobiera się do jajek kardynałów i tylko ogromna płodność pozwala im przetrać i mnożyć się nieustannie – podkreślać ich stałą obecność pośród amerykańskiej roślinności. Moje obserwacje kardynałów były jak święte chwile i czasem potrafiłem przyglądać się im przez wiele minut, póki spłoszone lub znudzone, nie odlatywały ku innym miejscom. Już wtedy byłem przekonany, że w naszym życiu zdarzają się sakralne momenty, niezwykłe doznania, których nie wolno zapomnieć i do których stale trzeba wracać. Takie amerykańskie chwile pozostały głęboko w mojej pamięci i jeśli prawdą jest, że nic we wszechświecie nie ginie, wciąż siedzę gdzieś tam, w okolicach wielkich jezior, w Elizabeth, w Princeton, albo w Nowym Jorku i kontempluję piękno, powab i niezwykłość szkarłatnych kardynałów.

2

3

4

5

6

7

7a

8

9

10

11

SINA SMUGA

5739871728_281156b74d_b

Ilekroć czytam Hamleta Williama Szekspira mam wrażenie jakbym długo wpatrywał się w siną smużkę dymu, snującą się w dali rozległego duńskiego krajobrazu. Zamek, w którym umiejscowiona została tragedia Szekspira, leży u końca Cieśniny Sund, a z jego okien widać też otwarte morze. To miejsce szczególne, oddzielające wyspę Zelandię od północnych krajów skandynawskich – Norwegii, Szwecji i Finlandii. Tym razem lektura była niezbędna przy rozbudowanej analizie słynnego wiersza Zbigniewa Herberta pt. „Tren Fortynbrasa”. Taką smużką dymu jest też w angielskiej tragedii Hamlet, znikomy i niemożliwy, nie dający się uchwycić, zatrzymać i zamknąć w ściśle określonych ramach osobowościowych. Tym razem czytałem utwór Stradforczyka w nowym przekładzie Ryszarda Długołęckiego i spodobała mi się ta rześkość języka i dostosowanie go do potrzeb czytelnika nowego stulecia. Polskie translacje mają swoją historię, od Wojciecha Bogusławskiego, poprzez Józefa Paszkowskiego, Jana Kasprowicza, Macieja Słomczyńskiego, Jerzego S. Sitę i Stanisława Barańczaka. Najwięcej pochwał zebrał ten ostatni tłumacz, ale jego propozycje zawsze wydawały mi się zbyt filologiczne, pozbawione werwy, niczym nowofalowa poezja autora tomu pt. „Jednym tchem” (1970). Długołęcki to chirurg i uczestnik wypraw wysokogórskich w Afryce, Alasce, Karakorum i Himalajach i choćby z tego powodu jest mi bliższy od akademika z Harvardu, bo Szekspir to przecież gwałtowne życie, igranie z losem i ekstremalne doznania, to lekkość i aforystyczna pełnia, a nade wszystko groza nie do wyrażenia, śmierć i rozpad, znikomość i smutek, monotonia dali, rozpacz trwania na wysokim tronie, w obliczu mrowiska i tarczy zegara…

Wydanie Hamleta Williama Szekspira w przekładzie Ryszarda Długołęckiego

Wydanie Hamleta Williama Szekspira w przekładzie Ryszarda Długołęckiego

CZĄSTKA WIECZNOŚCI

1985-the-afghan-girl-national-geographic

Pamiętam jakie piorunujące wrażenie zrobiła na mnie ta afgańska dziewczyna, gdy w połowie lat osiemdziesiątych poprzedniego stulecia zobaczyłem ją na okładce magazynu „National Geographic”, kupionego w antykwariacie, bo tylko tam zdarzało mi się znaleźć charakterystyczne, obwiedzione żółtą ramą czasopisma. Po przyniesieniu go do domu, długo wpatrywałem się w fotografię, a zielone oczy tej cudownej, biednej istoty hipnotyzowały mnie i rodziły refleksje natury estetycznej. Wszystko wszakże w tej twarzy było harmonijne, a źrenice zdawały się wręcz nieprawdopodobne, nieziemskie, jakby przynależne do innej przestrzeni ontycznej. Ich piękno porównać można było tylko ze lśniącymi szlachetnymi kamieniami, szmaragdami, jadeitami, ametystami, jakby wprawionymi w głowę przepięknego antycznego popiersia. I ten lekki przestrach, a zarazem zaciekawienie, ustawienie się do fotografii i niechęć by być odwzorowaną, delikatny rysunek ust, nieco zaostrzony nos, krzaczaste brwi i burza ciemnych włosów, gdzieniegdzie przypalonych przez promienie słoneczne. Z artykułu zamieszczonego w tym numerze pisma dowiedziałem się, że fotografię tę, w 1984 roku wykonał Steve McCurry, który jako fotoreporter „National Geographic” przybył do pakistańskiego obozu dla uchodźców Nasir Bagh i tam wypatrzył dwunastoletnią dziewczynkę, uważnie mu się przyglądającą. To były trudne czasy sowieckiej inwazji w Afganistanie i fotograf ryzykował życiem, gdy w przebraniu robił zdjęcia w tym kraju, a i pogranicze pakistańskie wcale nie było bezpieczniejsze. Choć w przyszłości miał wykonać wiele znakomitych fotografii podczas wojny iracko-irańskiej, w trakcie konfliktu w Bejrucie, w czasie pierwszej wojny w Zatoce Perskiej i interwencji wojsk NATO w Afganistanie, to nigdy nie udało mu się zrobić równie ekscytującego i symbolicznego zdjęcia. Pusztuńska dziewczynka, określana nawet mianem współczesnej Mony Lizy, nie zdawała sobie sprawy jak stała się sławna na całym świecie i jak wiele podejmowano prób jej odnalezienia.

jpeg_32100_01__ngm__125__1013-jpeg

W styczniu 2002 roku, po upadku rządu Talików, zespół „National Geographic udał się do Afganistanu by odnaleźć współczesną Giocondę, ale przecież nie było to łatwe. Obóz Nasir Bagh dawno zamknięto, a wiele kobiet – dla zysku i sławy – twierdziło, że jest ową tajemniczą istotą, sfotografowaną przez nowojorskiego reportera. W końcu dowiedział się, że dziewczyna nazywa się Szarbat Gula i mieszka w jakiejś górskiej wiosce, w której przyszła na świat na początku lat siedemdziesiątych. Niestety nigdzie jej nie było i dopiero w odległym regionie Afganistanu, w pobliżu osławionych jaskiń Tora Bora, znaleziono ją u boku męża, wychowującą już własne córki. Tragedia Afganistanu wyryła piętno na jej losach i odcisnęła się na twarzy, trudnej teraz do rozpoznania i jakby wyraźnie sroższej. Do obozu w Pakistanie trafiła, gdy bomby zabiły jej rodziców i musiała nieustannie uczestniczyć w pogrzebach, kryć się przed nadlatującymi samolotami i drżeć z przerażenia, gdy wybuchały pociski. Długa droga do obozu wiodła przez wysokie góry, w których ocalała część rodziny kryła się w jaskiniach, głodowała i stale drżała z zimna. Życie w zatłoczonym miejscu nie było wcale łatwiejsze i podczas przerwy w walkach, Szarbat wraz z bratem wróciła do małej wioski pod ośnieżonymi szczytami, gdzie wiodła nędzną egzystencję, a jedynym jej szczęśliwym dniem był ten, gdy wzięła ślub z Rachmatem, wysokim Pusztunem o groźnym i zadziornym spojrzeniu. Zaczęło się monotonne życie i szybko też pojawiły się córki: Robina, Zahida, Alia i czwarta, która zmarła zaraz po urodzeniu. Jako sunnitka Szarbat zaczynała każdy dzień od modlitwy przed wschodem słońca, a potem nosiła wodę ze strumienia, uprawiała ziemię, prała, gotowała i opiekowała się córkami. Gdyby otrzymała chociaż cząstkę pieniędzy z praw autorskich do słynnej fotografii, jej los odmieniłby się diametralnie, a tak jedynym ważnym wydarzeniem w jej życiu było ponowne pojawienie się fotografa i nowa sesja dla słynnego magazynu. Wszystko za pozwoleniem męża, do którego trafiła zapłata, wszystko z grymasem bólu, wszak Szarbat najlepiej czuje się w burce, która odgradza ją od świata i daje poczucie bezpieczeństwa. Nie nauczyła się czytać, ani pisać, ale chciałaby by jej córki zdobyły wykształcenie, choć czasy są wciąż niespokojne i – jak mówi – tylko rządy Talibanu wprowadzały jakiś ład do jej hermetycznego świata.

sharbat-gula

Dzisiaj, gdy patrzę na zdjęcia trzydziestoletniej Afganki czuję ogromny ból w sercu, bo dokumentuje ono najpełniej nieuchronność ludzkiego przemijania. Tak wyraziści w młodości, nieświadomi swej urody i wyjątkowości, wszystkie byty szybko osuwają się w nicość, giną cząstka po cząstce każdego dnia. Właściwie w każdym momencie życia są inni, ubożsi i brzydsi, starsi i coraz bardziej przygaszeni, schorowani, trudni do rozpoznania po latach. Te dwa zdjęcia dramatycznie dokumentują odejście człowieka, gaśnięcie ognia i blasku w oczach, zanik kruchości i delikatności, ulotnej urody, która – odziana nawet w podarte szmaty – promienieje jak na zdjęciu Mc Curry’ego i staje się symbolem chwili, czasu bezpowrotnie straconego. Gdy na moment, za zgodą męża, podnosi burkę, widać, że jej oczy wciąż są niepokojące, tak samo zielone, chociaż wyraźnie przygaszone. I to już jest twarz dorosłej kobiety, która przeszła wiele w swoim życiu i nie zdawała sobie sprawy jaką karierę w świecie zrobił jej portret. Teraz patrząc na tę fotografię uśmiecha się, ale nie może się pogodzić z tym, że miała wtedy na sobie brązowy łachman z dziurami wypalonymi w kuchni – to takie nieporządne, a przecież muzułmańska kobieta powinna dbać o swój wygląd i nie wolno jej kompromitować męża. Na zdjęciu z dwudziestego wieku bliższa była kruchości egzotycznych dzieci, biegających gdzieś na brzegu Oceanu Indyjskiego, a teraz jej rysy wyraźnie wskazują, że jest hardą Afganką, zawsze stosującą się do religijnych i społecznych nakazów. Jej dziewczynki mają czarne oczy po ojcu i pusztuńską urodę też odziedziczyły po nim, jakby w ten sposób natura podkreśliła jego dominację i zarząd nad wszystkim, co Szarbat robi. Na policzkach ma teraz czerwone żyłki, wskazujące iż stale poddawane są one działaniu mrozu, jej usta są bardziej zmysłowe, brwi jeszcze bardziej krzaczaste i sporo włosów pojawiło się na czole, nad nosem i nad górna wargą. Jeśli pierwsze zdjęcie dokumentowało dojrzewanie ciekawej świata dziewczyny, to drugie ukazuje subtelnie jej dzikość i walkę o przetrwanie w ekstremalnych warunkach. Jedno i drugie jest symbolem człowieczeństwa i  udręki życia, cierpienia, bólu i trwania w obliczu wszechobecnej śmierci. Choć eschatologia odcisnęła swoje piętno na portrecie Szarbat z dwudziestego pierwszego stulecia, światło w jej oczach jest miarą istnienia i potwierdzeniem, że każda ludzka chwila jest cząstką wieczności.

STO WIERSZY POLSKICH (XXIII)

Stanisław Grochowiak rys. Kazimierz Wiśniak

Stanisław Grochowiak    rys. Kazimierz Wiśniak

Stanisław Grochowiak

 CZYŚCI

Wolę brzydotę
Jest bliżej krwiobiegu
Słów gdy prześwietlać
Je i udręczać

Ona ukleja najbogatsze formy
Ratuje kopciem
Ściany kostnicowe
W zziębłość posągów
Wkłada zapach mysi

Są bo na świecie ludzie tak wymyci
Że gdy przechodzą
Nawet pies nie warknie
Choć ani święci
Ani są też cisi

Stanisław Grochowiak był poetą nie stroniącym od artystycznych i życiowych prowokacji, a jego niepohamowany alkoholizm doprowadził go do przedwczesnej śmierci w wieku zaledwie czterdziestu dwóch lat. Zadebiutował w 1951 roku, a potem krytyka wyznaczyła mu naczelne miejsce w obrębie pokolenia „Współczesności”. Do legendy przeszły jego związki z Ireneuszem Iredyńskim, Romanem Śliwonikiem, Zbigniewem Jerzyną, Zbigniewem Bartosiewiczem (Barłogiem), Janem Himilsbachem i Zdzisławem Maklakiewiczem. Obecnie wskazuje się Grochowiaka jako najważniejszego przedstawiciela turpizmu, nieformalnego kierunku w poezji polskiej XX wieku, a jako kompanów przydaje mu się tutaj Andrzeja Bursę i Ernesta Brylla. Te dość ryzykowne ustalenia – wszak każdy z tych twórców miał własną, integralną osobowość – związane są przede wszystkim ze sporem jaki powstał pomiędzy nim i Julianem Przybosiem, który w wierszu Oda do turpistów („Przegląd Kulturalny” 1962 nr 45) skrytykował Grochowiaka, a powodem był przede wszystkim wiersz pt. Czyści, opublikowany w zbiorze pt. Rozbieranie do snu (1959).  Przyboś stworzył określenie turpizm, wywodząc je z łacińskiego słowa turpis (brzydki) i w swojej odzie wyartykułował szereg emocjonalnych epitetów. Padły tam takie określenia jak wyjadacze resztek, ścierwo Charlesa Baudelaire’a, młodość kaleka, noga wyjęta z kubła w prosektorium, moralista od siedmiu czyraków, pegaz-Szczur, deratyzacja wierszy itd. Trudno dzisiaj pojąć zacietrzewienie Przybosia, a tym bardziej jego odę zaklasyfikować jako osiągnięcie poetyckie – raczej wiersz ten kojarzy się z grafomańską fanfaronadą, przeładowaniem znaczeniowym i nadużyciem autorytetu.

Wielosłowiu i zacietrzewieniu Przybosia, Grochowiak przeciwstawia jasny wykład turpistyczny, w którym każde słowo ma swoje znaczenie, każdy wers dopowiada jakiś sens do tego, co zostało wyżej wyartykułowane. Poeta prowokuje: Wolę brzydotę/ Jest bliżej krwiobiegu/ Słów gdy prześwietlać/ Je i udręczać, a jednocześnie odnosi sytuację liryczną do rzeczywistości ludzkiej. Panuje pośród niej przekonanie, że człowiek jest piękny, urodziwy, tworzone są gradacje urody męskiej i żeńskiej, a wręcz wskazuje się konkretne wzorce w świecie aktorskim, artystycznym czy politycznym. Grochowiak przypomina, że ludzkie ciała składają się z kości i mięsa, ożywianych poprzez nieustanne pulsowanie krwiobiegu niosącego tlen i innych płynów ustrojowych. Jeśli zdejmiemy okrywę skóry, jak to możemy zobaczyć w atlasach anatomicznych, ukaże nam się krwawa struktura ludzkiego wnętrza, owa „brzydka” plątanina tkanek i rurek, szkieletu i układu nerwowego. Ludzie stworzyli w swojej wyobraźni fantom urody ludzkiej i nieustannie zapominają o tym, co znajduje się pod skórą. Podobnie jest z prawdziwą poezją, która powinna odzwierciedlać to, co brzydkie i bliższe wnętrzu, a nie generować tylko zachwyty nad „pięknem” i „czystością” ludzkiej egzystencji. W takim kontekście tytuł wiersza zyskuje wydźwięk ironiczny, a czystość staje się określeniem z gatunku niemożliwych, zakłamanych i wynaturzonych. Tak jak prześwietlenie rentgenowskie odsłania w człowieku kościotrupa – wskazuje Grochowiak – tak brzydota demaskuje w wierszu fałsz i prawdziwą udrękę życia. To za każdym razem musi być szok estetyczny, przeniesienie akcentów wartościujących w obręb brzydoty, albo cykliczne powroty do prawdziwego znaczenia przymiotnika turpis. W nim zaczyna i kończy się wszystko – w nim też zaczyna się ciąg opozycji, które uświadomić mają czytelnikowi, że nie znajdzie na ziemi wyabstrahowanego piękna, a wszystko jest tylko kwestią ustaleń i konwencji. Wszak trudno by było nauczyć ludzkiego piękna byty pajęczaste, szponiaste, różnorakie płazy, gady, zwierzęta tak dziwaczne jak słoń, żyrafa czy nosorożec. Te byty także mają swoje kanony piękna i daleko im do ludzkich wyznaczników – łatwo też wyobrazimy sobie jakim straszliwym potworem jest dla pająka krzyżaka lub karalucha Brigitte Bardot, Elizabeth Taylor, Marlon Brando albo Robert Redford.

Grochowiak tworzy na potrzeby wiersza specyficzną mitologię brzydoty, potrafiącej generować bogate formy, spiętrzającej komplikacje, mnożącej asocjacje i będącej zdecydowanie ciekawszą od piękna. Niestety w pierwszym wersie znalazło się niefortunnie użyte słowo ukleja, które może przywodzić na myśl niepotrzebne, błahe konteksty ichtiologiczne. Chodzi oczywiście o sklejanie najbogatszych form, czyli mutowanie, zwielokrotnianie sensów i znaczeń, nieustanne generowanie nowych treści, z których powstają barokowe konstrukcje, surrealistyczne obrazy. Nie przypadkiem zaistnienie turpistów zbiegło się w Polsce z odkryciem nadrealistów francuskich w poezji i malarstwie, ze szczególnym uwzględnieniem liryki André Bretona, Paula Eluarda, Louisa Aragona, obrazów Chirico, Daliego i Magritte’a. Brzydota „retuszuje” absurdalność piękna w obliczu śmierci: Ratuje kopciem/ Ściany kostnicowe, znosi marmurowy patos i W zziębłość posągów/ Wkłada zapach mysi. Ludzkie ułudy związane z pięknem stają się komiczne w obliczu brudu, chaosu, eschatologii i dopiero pojawienie się określenia turpis wprowadza ład do umierania, rozpadu, kremacji i zgnilizny. Najwrażliwsze byty, szukające piękna, muszą przyznać, że brzydota też ma swoja logikę i może stać się inspiracją dla literatury i sztuki. Mamy tego liczne przykłady, choćby w poezji i dramacie epoki romantyzmu, a ostatnio najdobitniej w malarstwie Zdzisława Beksińskiego. Turpiści drugiej połowy dwudziestego wieku opisywali przestrzenie i artefakty odrażające, skupiali swoją uwagę na destrukcji, przemijaniu, kalectwie, chorobach i rozkładzie. Mając świeżo w pamięci okrucieństwa II wojny światowej, Przyboś nie mógł tego zaakceptować i kpił z nich w swojej odzie, dając do zrozumienia, że turpizm jest bez sensu, nie ma podbudowy ideologicznej, a jedynie pragnie szokować czytelnika kolejnymi ewokacjami rodem ze śmietnika. Grochowiak jednak, nie zważając na krytykę przedstawiciela Awangardy Krakowskiej, konsekwentnie stosował swoją strategię antyestetyczną, a czasami wręcz rozsadzał rzeczywistość w wierszu i opisywał poszarpane, zdeformowane cząstki.        

Krytyka turpistyczna szła bardzo daleko i wskazywała, że najmniej ciekawi są ludzie nijacy, dokładnie wymyci, nie mogący zainteresować nikogo, nawet przysłowiowego psa: Są bo na świecie ludzie tak wymyci/ Że gdy przechodzą/ Nawet pies nie warknie/ Choć ani święci/ Ani są też cisi. To wymycie sięga poza obręb skóry i odnosi się też do mózgów, które nie są nośnikami ekscytujących treści, a jedynie podtrzymując nijaką egzystencję, sprawiają, że trwa „coś”, co nie ma wyrazu, nie tworzy i nie potrafi przekształcać świata. To nie są święte byty, ani pokorni ludzie, schylający głowy przed śmiercią i destrukcją – raczej krzykliwi konsumenci, przepychający się do dóbr i żyjący w obrębie sztucznej mitologii piękna. Okrywa skóry i powierzchnia ludzkiego ciała nigdy nie skłoni ich do refleksji nad brzydotą żył, szkieletu i zawsze uciekać będą od sytuacji ekstremalnych, w których przymiotnik turpis odgrywa naczelną rolę. Cywilizacja i kultura stworzyły mechanizmy oczyszczenia, w domach są prysznice i gorąca woda i człowiek może nawet nie mieć do czynienia z własnymi fekaliami, natychmiast spłukiwanymi w dezynfekowanych urządzeniach sanitarnych. Takie tuszowanie wstydliwych wymiarów życia budzi sprzeciw Grochowiaka, który chce żyć w świecie prawdziwym, nie retuszowanym, w którym plwocina i wymiociny, fekalia i jucha sąsiadują z marmurowymi posągami i ze świętością. Tylko takie antytezy stworzą syntezę i pojawi się prawdziwy wymiar ludzkiego losu, zawsze zawieszonego pomiędzy ekstremami. Poeta rozumie, że ludzie tworzą sobie domowe, rodzinne enklawy i sam też żył w takim stadle, ale nigdy nie opuszczała go potrzeba obcowania z brzydotą, czemu dawał wyraz sprowadzając do domu wstrętne kundle, wszczynając burdy, upijając się w towarzystwie meneli i włóczęgów, a potem umierając najprawdziwiej w związku z powikłaniami po chorobie alkoholowej. Zaznając piękna, kochając i dając życie dzieciom, nosząc w pamięci świetlane zdarzenia z dzieciństwa, miał też w sobie bolesne pęknięcie czasu okupacji, a pamięć podsuwała obrazy ciał gnijących na ulicach, rozkładających się koni, szczurów grasujących pośród porozrzucanej w ruinach padliny. Zapewne już wtedy nauczył się, że wszystko w ludzkim świecie jest dwoiste, a potężną przeciwwagą piękno jest wszechobecna brzydota.

Newer entries »

%d blogerów lubi to: