OSTATNIA WALKA BOHATERÓW (9)

f174b358a517ee8d7962b074106e256c

Tej lipcowej niedzieli wstałem wcześnie rano, umyłem się dokładnie, zjadłem na śniadanie talerz mleka z rozdrobnioną bułką, masłem i cukrem, a potem założyłem obcisłe dżinsy, białą, bawełnianą koszulkę z portretem Johna Lennona i stanąłem przy oknie by zlustrować pogodę. Wychodząc z domu narzuciłem jeszcze na siebie kurtkę Rifle, z której byłem dumny i nosiłem ją nawet wtedy, gdy było mi w niej za ciepło. Koło ósmej rano nie było jeszcze chłopaków na podwórku, ale zauważyłem, że nasz ranny ptaszek Norman siedzi na ławce, nieopodal swojej klatki schodowej. Słońce już solidnie przygrzewało i zapowiadał się wspaniały dzień, z błękitnym niebem i światłem; upalny jak w tropikach, o których czytałem wiele książek, marząc o podróżach, polowaniach i odkrywaniu w głuszy tajemniczych zakątków. Norman trzymał w prawej ręce ogromne radio tranzystorowe i lekko chwiał się do przodu w rytm jakiejś piosenki. Ruszyłem przed siebie i po dojściu do niego, bez słowa usiadłem na ławce i zacząłem wsłuchiwać się w niepokojące słowa dobiegające z głośników: She came to me one morning/ One lonely Sunday morning/ Her long hair flowing/ In the midwinter wind/ I know not how she found me/ For in darkness I was walking/ And destruction lay around me/ From a fight I could not win. Pieśń była niepokojąca, a wokalista, wspomagany przez gitary i perkusję rytmicznie dopowiadał kolejne treści, raz po raz przerywając je wokalizą aaaaaaa aaaaaaa aaaaaaa. Straszliwie cierpiałem w ostatnich tygodniach z powodu miłości, która nie mogła się spełnić i opowieść o dziewczynie, która przyszła do artysty pięknego, niedzielnego poranka, podnieciła we mnie uśpione żądze. Długie włosy mojej dziewczyny też pięknie powiewały na wietrze i przed oczyma wyobraźni zobaczyłem ją, jak nadchodzi naga z daleka, kusi i wabi mnie niczym złu duch. Słońce wspinało się po jasnych gładziach błękitu, ale w moim sercu była zima i zdawało mi się, że kroczę pośród ciemności, wszędzie widząc zniszczenie, rozdarte przez huragany drzewa, zburzone domy i leżące na ziemi płoty, ogromne wyrwy po pociskach i leje po bombach. Krajobraz jak ze zdjęć wojny w Wietnamie, które stale oglądałem w telewizji, w gazetach i magazynach. I było też we mnie przekonanie, że walka, którą toczę jest z góry przegrana i już niedługo polegnę w niej, a kumple – tacy jak Norman – zarzucą sobie mojego trupa na ramiona i poniosą w dal na cmentarz, do przygotowanego naprędce grobu.

1157

Uriah Heep

Norman ruszał się rytmicznie i jakby potwierdzał kiwaniem głowy, że to, o czym śpiewa wokalista jest prawdziwe i głębokie. To był czas mojego zachłyśnięcia językiem angielskim i proste słowa dekodowałem bez trudu, tym bardziej, że trafiały wprost do mojej duszy: She asked me name my foe then/ I said the need within some men/ To fight and kill their brothers/ Without thought of love or God/ And I begged her give me horses/ To trample down my enemies/ So eager was my passion/ To devour this waste of life. Tak, miałem wtedy wielkiego wroga i nienawidziłem zabijania, rozczulając się do łez nad zdjęciami nagich wietnamskich dzieci, biegnących z przerażeniem drogą pośród ryżowych pól. Mógłbym zatem powiedzieć jej, że moim największym nieprzyjacielem była ludzka nienawiść, której już tyle doświadczyłem, a jedynym ratunkiem mogło być wejście do świata baśni i legend, powieści Tolkiena i Carrolla, limeryków Leara. Choć moja dziewczyna doświadczała mnie straszliwie, czułem, że mogłaby dać mi cudowne rumaki, którymi stratowałbym wrogów świata i ludzkości. Głęboko wierzyłem, że mam do spełnienia wielką misję, a gdyby jeszcze ona ruszyła na złocistej klaczy tuż przy mnie, zawojowalibyśmy glob, przemierzyli ogromne przestrzenie i czuli swoją bliskość tak, jak nikt jeszcze nigdy jej nie czuł. Proste uderzenia w perkusję nadawały tajemny rytm mojemu pragnieniu i zostałem błyskawicznie wprowadzony do świata czystych uczuć i najpiękniejszej miłości, do krain bez śmierci i rozpadu. Gdzieś w dali zieleniły się wysokie wzgórza, a za nimi trwały we fiolecie i błękicie skaliste, ośnieżone szczyty, postrzępione turnie i iglice. Stałem przy niej i trzymałem rękę na jej drżącym ramieniu, a potem zbliżyłem usta do jej ust i długo, namiętnie ją całowałem z zamkniętymi oczyma, pieściłem dłonią powiewające włosy i czułem, że jesteśmy jednością, pełnią, świętą chwilą dwóch mężnych bytów, zlewających się w heroiczny kształt niezwyciężonego wojownika. Nieodparcie też zacząłem lekko ruszać głową jak Norman, potwierdzając, że pieśń jest prawdziwa, piękna i głęboka, dobrze oddająca to, co czułem. Jej niepokój też był dobry, bo odnosił wszystko do walk toczonych z moją dziewczyną, do jej rozbicia i smutku, nieustannego rozpamiętywania tego co było i marzenia o nowych, wspaniałych dniach – tak, ona chciała ze mną walczyć i natychmiast rezygnowała z boju, chciała stać przy mnie i wciąż ode mnie uciekała: But she wouldn’t think of battle that/ Reduces men to animals/ So easy to begin/ And yet impossible to end/ For she’s the mother of all men/ Who counselled me so wisely then/ I feared to walk alone again/ And asked if she would stay. To nas różniło – ja chciałem być nieustraszonym rycerzem, krwawo rozprawiającym się z wrogami, a ona była smutną hipiską, świętą pacyfistką, matką całej ludzkości. Choć nic nie mogła zrobić, roiła coś o walce, mówiła, że wojna zamienia ludzi w zwierzęta, kochała piękne stroje i przepych dawnych dam, ale ubierała się skromnie, narzucała na siebie dżinsową koszulę i wplatała krwawniki i maki w grube warkocze. Bolała jak rana, gojąca się na chwilę i wciąż rozszarpywana, szczególnie, gdy zapowiadała odejście, albo pojawienie się jakiegoś różowego księcia z długimi, tlenionymi włosami, na karym albo białym koniu.

Ken Hensley - wtedy i później

Ken Hensley – wtedy i później

Przyjaciel spojrzał do mnie i rzucił przez zęby między zwrotkami: Uriah Heep… Sprzysiężenie hipisów… Jego znajomość języka angielskiego była dość prymitywna, ograniczała się do kilku wyrazów i nie wiem skąd wziął to tłumaczenie nazwy zespołu? Byłem właśnie po emocjonalnej lekturze Davida Copperfielda Karola Dickensa i dobrze zapamiętałem szubrawca Uriasza Heepa, czarnego typa z kart tej powieści, więc uśmiechnąłem się tylko i nic nie powiedziałam, pamiętając jak wybuchowy potrafi być Norman. Książkę Dickensa dała mi moja dziewczyna, zaznaczając, że koniecznie muszę ją przeczytać, więc zabrałem się do lektury niezwłocznie, myśląc, że może znajdę w niej jakiś tajemny kod, który chciała mi przekazać. Ale wtedy opowieść angielskiego pisarza znudziła mnie solidnie, rozczarowała swoją rozwlekłością, a może najciekawszą kreacją wydała mi się postać Heepa, obłudnika, szumowiny nieustannie knującej intrygi, by zdobyć majątek pracodawcy, doktora Wickfielda, a potem po zdemaskowaniu i skazaniu, udającego wzorowego więźnia. Od razu chwyciłem dowcip chłopaków z zespołu utworzonego w 1969 roku, tym bardziej, że mieścił się on w obrębie hipisowskiego pure nonsensu, wcześniej pojawiającego się w piosenkach The Beatles, The Animals i takich pieśniarzy jak Janis Joplin, Jim Morrison, Jimi Hendrix. Uriah Heep bliżsi byli cukierkowatej refleksji Scotta McKenzie’ego (San Francisco. Be Sure to Wear Flowers in Your Hair) albo Alberta Hammonda (It Never Rains in Southern California), a z drugiej strony podążali w stronę hard rocka, progresywnie używając gitar i instrumentów klawiszowych, wplatając do tekstów postaci baśniowe, tworząc mitologię lustra, magii i snu. Ich liderem był wokalista David Byron, ale z powodu pijaństwa został usunięty z bandu, a jego miejsce zajął gitarzysta i klawiszowiec Ken Hensley i to on zaśpiewał i nagrał słynna balladę, której słuchaliśmy wtedy na ławce. Podążając od art rocka do heavy metalu, zespół wydał wiele płyt i zyskał sławę światową, choć niektórzy ironiści wytykali im śpiewne melodie, rozbudowane chóry i czasem zbyt proste, słabe teksty. W latach siedemdziesiątych XX wieku zaczynała się ich wielka popularność, do czego przyczyniły się takie pieśni jak Lady In Black. Norman nie rozumiał teksu, czasem tylko wyławiał jakieś słowa, ale podobała mu się melodia, mocny glos Hensleya, a nade wszystko rytm i powtarzalność kolejnych partii muzycznych. Łatwo można było się nauczyć tego i potem powtarzać fonetycznie, wzbudzając zachwyt chłopaków i dziewcząt. Ja jednak słuchałem uważnie i włosy stawały mi dęba na głowie, bo to była opowieść o mnie i o mojej pięknej pani: Oh lady lend your hand outright/ And let me rest here at your side/ Have faith and trust/ In peace she said/ And filled my heart with life/ There is no strength in numbers/ Have no such misconception/ But when you need me Be assured I won’t be far away. Często wtedy myślałem o samobójstwie i o tym by kiedyś spocząć w grobie przy niej, ale pamiętałem też o jej pragnieniu życia, o zapewnieniach o miłości, a potem o ucieczkach i zaprzeczeniach, o nieustannym lęku, jaki miałem w sercu z jej powodu. Chciałem by wyciągnęła ku mnie swą dłoń i trafiały do mnie jej hipisowskie narracje na temat pokoju, opowieści o życiu pośród innych ludzi, wspaniałych podróżach i wnikaniu do magicznego świata poezji, literatury fantasy i muzyki. Liczby dla niej nie miały znaczenia i wierzyłem, że z czasem się zmieni, zacznie kalkulować i nie będzie już taka rozchwiana, stale zmieniająca swoje podejście do mnie, raz obdarzająca mnie czułością, a innym razem uciekająca w ramiona innego chłopaka. Słuchając ballady Hensleya chciałem wierzyć, że będzie zawsze blisko mnie i gdy tylko ją zawołam, przybędzie jak cudowna wróżka, dotknie różdżką dłoni mej głowy i zniknie przygnębienie, poczucie przegrania i rozpacz.

uriahheep_022
Norman co jakiś czas spoglądał na mnie i jakby jeszcze mocniej kiwał głową, rytmicznie potwierdzał, że wszystko rozumie i jest to też jego historia. Teraz, gdy z bólem w sercu  patrzę na skończone życie, gdy staję nad grobem człowieka, który po latach sięgnął dna i został zgarnięty z ulicy jak śmieć, zastanawiam się czy nie było w tym jakiegoś przeczucia. Miał swoje nadzieje i wielkie miłości, ale nic mu się nie udało i w końcu nieczuły na jego krzywdy ojciec, wygnał go z domu i skazał na pustą egzystencję istoty bezdomnej. I nie przyszła do niego mistyczna kobieta, by mu pomóc, wydobyć z dna na powierzchnię życia – przyszła tylko starucha w czerni i zamachnęła się bezlitośnie kosą, kończąc jego ziemskie męki. Ostatnia zwrotka Lady In Black była dla mnie bolesna i słuchałem jej z narastającym przerażeniem: Thus having spoke she turned away/ And though I found no words to say/ I stood and watched until I Saw/ Her black coat disappear/ My labour is no easier/ But now I know I’m not alone/ I find new heart each time/ I think upon that windy day/ And if one day she comes to you/ Drink deeply from her words so wise/ Take courage from her/ As your prize/ And say hello from me. Tak, to była zapowiedź odejścia miłości, wielkiego przerażenia i zamilknięcia, to było potwierdzenie nieuchronnego rozstania z nią, znikającego w dali czarnego płaszcza. A zapewnienia Hensleya, że stanie się ona matką dla każdego, czułą kochanką tych, którzy tęsknią za prawdziwą miłością, nauczycielką życia i ostatnią szansą, tylko podsycały we mnie płomień beznadziei i rozpaczy. Pieśń jeszcze brzmiała, gdy zerwałem się z ławki, odprowadzany przez zdziwione spojrzenie Normana, a powtarzane monotonnie aaaaaaa aaaaaaa aaaaaaa, było jak memento naszego spotkania, tego niedzielnego, w pełnym słońcu i tego październikowego, gdy jego brudne, wychudzone ciało wsuwano do czarnego worka, by zawieść je na cmentarz i pochować w ciszy, bez rodziny, bez kumpli i bez pieśni, których słuchał. Zostawiłem go i biegłem jakiś czas przed siebie, nie zauważyłem też, że znalazłem się na cmentarzu, pośród nagrobków z granitu i marmuru. Przede mną była rzeźba anioła ze zniszczoną twarzą, bez wyrazu, bez ludzkich cech, jakby celowo okaleczona by wyrażała upadek tego, co w ziemskim świecie budujemy, destrukcję ludzkich kształtów, nie do ocalenia. Po jakimś czasie między skrzydłami anioła usiadła młoda sójka i zaczęła przyglądać mi się ciekawie, przeskakiwała na głowę, potem zatrzymywała się na złożonych do modlitwy dłoniach, by wznieść się na chwilę w powietrze i wrócić z powrotem ku anielskim skrzydłom. Tylko młode ptaki są takie nieostrożne i tylko ludzka młodość bywa tak dramatyczna, pełna nieoczekiwanych zwrotów sytuacji, stale pojawiających się zagrożeń i niepotrzebnych walk. Wyciągnąłem prawą dłoń i ptak po chwilowym wahaniu usiadł na niej przekręcając głowę w prawo i lewo, prezentując swoje kruche piękno, niczym baletnica na scenie. Powoli wydobyłem z kieszeni orzeszek, zbliżyłem do dzióbka i uśmiechnąłem się lekko do odważnego towarzysza. Chwycił fistaszka i z radosnym skrzekiem odleciał ku najbliższym drzewom morwowym, a ja westchnąłem głęboko, wstałem z ławki i nagle zgłodniały, przybity i jakże samotny, powoli ruszyłem do domu.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: