STO WIERSZY POLSKICH (XXIII)

Stanisław Grochowiak rys. Kazimierz Wiśniak

Stanisław Grochowiak    rys. Kazimierz Wiśniak

Stanisław Grochowiak

 CZYŚCI

Wolę brzydotę
Jest bliżej krwiobiegu
Słów gdy prześwietlać
Je i udręczać

Ona ukleja najbogatsze formy
Ratuje kopciem
Ściany kostnicowe
W zziębłość posągów
Wkłada zapach mysi

Są bo na świecie ludzie tak wymyci
Że gdy przechodzą
Nawet pies nie warknie
Choć ani święci
Ani są też cisi

Stanisław Grochowiak był poetą nie stroniącym od artystycznych i życiowych prowokacji, a jego niepohamowany alkoholizm doprowadził go do przedwczesnej śmierci w wieku zaledwie czterdziestu dwóch lat. Zadebiutował w 1951 roku, a potem krytyka wyznaczyła mu naczelne miejsce w obrębie pokolenia „Współczesności”. Do legendy przeszły jego związki z Ireneuszem Iredyńskim, Romanem Śliwonikiem, Zbigniewem Jerzyną, Zbigniewem Bartosiewiczem (Barłogiem), Janem Himilsbachem i Zdzisławem Maklakiewiczem. Obecnie wskazuje się Grochowiaka jako najważniejszego przedstawiciela turpizmu, nieformalnego kierunku w poezji polskiej XX wieku, a jako kompanów przydaje mu się tutaj Andrzeja Bursę i Ernesta Brylla. Te dość ryzykowne ustalenia – wszak każdy z tych twórców miał własną, integralną osobowość – związane są przede wszystkim ze sporem jaki powstał pomiędzy nim i Julianem Przybosiem, który w wierszu Oda do turpistów („Przegląd Kulturalny” 1962 nr 45) skrytykował Grochowiaka, a powodem był przede wszystkim wiersz pt. Czyści, opublikowany w zbiorze pt. Rozbieranie do snu (1959).  Przyboś stworzył określenie turpizm, wywodząc je z łacińskiego słowa turpis (brzydki) i w swojej odzie wyartykułował szereg emocjonalnych epitetów. Padły tam takie określenia jak wyjadacze resztek, ścierwo Charlesa Baudelaire’a, młodość kaleka, noga wyjęta z kubła w prosektorium, moralista od siedmiu czyraków, pegaz-Szczur, deratyzacja wierszy itd. Trudno dzisiaj pojąć zacietrzewienie Przybosia, a tym bardziej jego odę zaklasyfikować jako osiągnięcie poetyckie – raczej wiersz ten kojarzy się z grafomańską fanfaronadą, przeładowaniem znaczeniowym i nadużyciem autorytetu.

Wielosłowiu i zacietrzewieniu Przybosia, Grochowiak przeciwstawia jasny wykład turpistyczny, w którym każde słowo ma swoje znaczenie, każdy wers dopowiada jakiś sens do tego, co zostało wyżej wyartykułowane. Poeta prowokuje: Wolę brzydotę/ Jest bliżej krwiobiegu/ Słów gdy prześwietlać/ Je i udręczać, a jednocześnie odnosi sytuację liryczną do rzeczywistości ludzkiej. Panuje pośród niej przekonanie, że człowiek jest piękny, urodziwy, tworzone są gradacje urody męskiej i żeńskiej, a wręcz wskazuje się konkretne wzorce w świecie aktorskim, artystycznym czy politycznym. Grochowiak przypomina, że ludzkie ciała składają się z kości i mięsa, ożywianych poprzez nieustanne pulsowanie krwiobiegu niosącego tlen i innych płynów ustrojowych. Jeśli zdejmiemy okrywę skóry, jak to możemy zobaczyć w atlasach anatomicznych, ukaże nam się krwawa struktura ludzkiego wnętrza, owa „brzydka” plątanina tkanek i rurek, szkieletu i układu nerwowego. Ludzie stworzyli w swojej wyobraźni fantom urody ludzkiej i nieustannie zapominają o tym, co znajduje się pod skórą. Podobnie jest z prawdziwą poezją, która powinna odzwierciedlać to, co brzydkie i bliższe wnętrzu, a nie generować tylko zachwyty nad „pięknem” i „czystością” ludzkiej egzystencji. W takim kontekście tytuł wiersza zyskuje wydźwięk ironiczny, a czystość staje się określeniem z gatunku niemożliwych, zakłamanych i wynaturzonych. Tak jak prześwietlenie rentgenowskie odsłania w człowieku kościotrupa – wskazuje Grochowiak – tak brzydota demaskuje w wierszu fałsz i prawdziwą udrękę życia. To za każdym razem musi być szok estetyczny, przeniesienie akcentów wartościujących w obręb brzydoty, albo cykliczne powroty do prawdziwego znaczenia przymiotnika turpis. W nim zaczyna i kończy się wszystko – w nim też zaczyna się ciąg opozycji, które uświadomić mają czytelnikowi, że nie znajdzie na ziemi wyabstrahowanego piękna, a wszystko jest tylko kwestią ustaleń i konwencji. Wszak trudno by było nauczyć ludzkiego piękna byty pajęczaste, szponiaste, różnorakie płazy, gady, zwierzęta tak dziwaczne jak słoń, żyrafa czy nosorożec. Te byty także mają swoje kanony piękna i daleko im do ludzkich wyznaczników – łatwo też wyobrazimy sobie jakim straszliwym potworem jest dla pająka krzyżaka lub karalucha Brigitte Bardot, Elizabeth Taylor, Marlon Brando albo Robert Redford.

Grochowiak tworzy na potrzeby wiersza specyficzną mitologię brzydoty, potrafiącej generować bogate formy, spiętrzającej komplikacje, mnożącej asocjacje i będącej zdecydowanie ciekawszą od piękna. Niestety w pierwszym wersie znalazło się niefortunnie użyte słowo ukleja, które może przywodzić na myśl niepotrzebne, błahe konteksty ichtiologiczne. Chodzi oczywiście o sklejanie najbogatszych form, czyli mutowanie, zwielokrotnianie sensów i znaczeń, nieustanne generowanie nowych treści, z których powstają barokowe konstrukcje, surrealistyczne obrazy. Nie przypadkiem zaistnienie turpistów zbiegło się w Polsce z odkryciem nadrealistów francuskich w poezji i malarstwie, ze szczególnym uwzględnieniem liryki André Bretona, Paula Eluarda, Louisa Aragona, obrazów Chirico, Daliego i Magritte’a. Brzydota „retuszuje” absurdalność piękna w obliczu śmierci: Ratuje kopciem/ Ściany kostnicowe, znosi marmurowy patos i W zziębłość posągów/ Wkłada zapach mysi. Ludzkie ułudy związane z pięknem stają się komiczne w obliczu brudu, chaosu, eschatologii i dopiero pojawienie się określenia turpis wprowadza ład do umierania, rozpadu, kremacji i zgnilizny. Najwrażliwsze byty, szukające piękna, muszą przyznać, że brzydota też ma swoja logikę i może stać się inspiracją dla literatury i sztuki. Mamy tego liczne przykłady, choćby w poezji i dramacie epoki romantyzmu, a ostatnio najdobitniej w malarstwie Zdzisława Beksińskiego. Turpiści drugiej połowy dwudziestego wieku opisywali przestrzenie i artefakty odrażające, skupiali swoją uwagę na destrukcji, przemijaniu, kalectwie, chorobach i rozkładzie. Mając świeżo w pamięci okrucieństwa II wojny światowej, Przyboś nie mógł tego zaakceptować i kpił z nich w swojej odzie, dając do zrozumienia, że turpizm jest bez sensu, nie ma podbudowy ideologicznej, a jedynie pragnie szokować czytelnika kolejnymi ewokacjami rodem ze śmietnika. Grochowiak jednak, nie zważając na krytykę przedstawiciela Awangardy Krakowskiej, konsekwentnie stosował swoją strategię antyestetyczną, a czasami wręcz rozsadzał rzeczywistość w wierszu i opisywał poszarpane, zdeformowane cząstki.        

Krytyka turpistyczna szła bardzo daleko i wskazywała, że najmniej ciekawi są ludzie nijacy, dokładnie wymyci, nie mogący zainteresować nikogo, nawet przysłowiowego psa: Są bo na świecie ludzie tak wymyci/ Że gdy przechodzą/ Nawet pies nie warknie/ Choć ani święci/ Ani są też cisi. To wymycie sięga poza obręb skóry i odnosi się też do mózgów, które nie są nośnikami ekscytujących treści, a jedynie podtrzymując nijaką egzystencję, sprawiają, że trwa „coś”, co nie ma wyrazu, nie tworzy i nie potrafi przekształcać świata. To nie są święte byty, ani pokorni ludzie, schylający głowy przed śmiercią i destrukcją – raczej krzykliwi konsumenci, przepychający się do dóbr i żyjący w obrębie sztucznej mitologii piękna. Okrywa skóry i powierzchnia ludzkiego ciała nigdy nie skłoni ich do refleksji nad brzydotą żył, szkieletu i zawsze uciekać będą od sytuacji ekstremalnych, w których przymiotnik turpis odgrywa naczelną rolę. Cywilizacja i kultura stworzyły mechanizmy oczyszczenia, w domach są prysznice i gorąca woda i człowiek może nawet nie mieć do czynienia z własnymi fekaliami, natychmiast spłukiwanymi w dezynfekowanych urządzeniach sanitarnych. Takie tuszowanie wstydliwych wymiarów życia budzi sprzeciw Grochowiaka, który chce żyć w świecie prawdziwym, nie retuszowanym, w którym plwocina i wymiociny, fekalia i jucha sąsiadują z marmurowymi posągami i ze świętością. Tylko takie antytezy stworzą syntezę i pojawi się prawdziwy wymiar ludzkiego losu, zawsze zawieszonego pomiędzy ekstremami. Poeta rozumie, że ludzie tworzą sobie domowe, rodzinne enklawy i sam też żył w takim stadle, ale nigdy nie opuszczała go potrzeba obcowania z brzydotą, czemu dawał wyraz sprowadzając do domu wstrętne kundle, wszczynając burdy, upijając się w towarzystwie meneli i włóczęgów, a potem umierając najprawdziwiej w związku z powikłaniami po chorobie alkoholowej. Zaznając piękna, kochając i dając życie dzieciom, nosząc w pamięci świetlane zdarzenia z dzieciństwa, miał też w sobie bolesne pęknięcie czasu okupacji, a pamięć podsuwała obrazy ciał gnijących na ulicach, rozkładających się koni, szczurów grasujących pośród porozrzucanej w ruinach padliny. Zapewne już wtedy nauczył się, że wszystko w ludzkim świecie jest dwoiste, a potężną przeciwwagą piękno jest wszechobecna brzydota.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: