CZĄSTKA WIECZNOŚCI

1985-the-afghan-girl-national-geographic

Pamiętam jakie piorunujące wrażenie zrobiła na mnie ta afgańska dziewczyna, gdy w połowie lat osiemdziesiątych poprzedniego stulecia zobaczyłem ją na okładce magazynu „National Geographic”, kupionego w antykwariacie, bo tylko tam zdarzało mi się znaleźć charakterystyczne, obwiedzione żółtą ramą czasopisma. Po przyniesieniu go do domu, długo wpatrywałem się w fotografię, a zielone oczy tej cudownej, biednej istoty hipnotyzowały mnie i rodziły refleksje natury estetycznej. Wszystko wszakże w tej twarzy było harmonijne, a źrenice zdawały się wręcz nieprawdopodobne, nieziemskie, jakby przynależne do innej przestrzeni ontycznej. Ich piękno porównać można było tylko ze lśniącymi szlachetnymi kamieniami, szmaragdami, jadeitami, ametystami, jakby wprawionymi w głowę przepięknego antycznego popiersia. I ten lekki przestrach, a zarazem zaciekawienie, ustawienie się do fotografii i niechęć by być odwzorowaną, delikatny rysunek ust, nieco zaostrzony nos, krzaczaste brwi i burza ciemnych włosów, gdzieniegdzie przypalonych przez promienie słoneczne. Z artykułu zamieszczonego w tym numerze pisma dowiedziałem się, że fotografię tę, w 1984 roku wykonał Steve McCurry, który jako fotoreporter „National Geographic” przybył do pakistańskiego obozu dla uchodźców Nasir Bagh i tam wypatrzył dwunastoletnią dziewczynkę, uważnie mu się przyglądającą. To były trudne czasy sowieckiej inwazji w Afganistanie i fotograf ryzykował życiem, gdy w przebraniu robił zdjęcia w tym kraju, a i pogranicze pakistańskie wcale nie było bezpieczniejsze. Choć w przyszłości miał wykonać wiele znakomitych fotografii podczas wojny iracko-irańskiej, w trakcie konfliktu w Bejrucie, w czasie pierwszej wojny w Zatoce Perskiej i interwencji wojsk NATO w Afganistanie, to nigdy nie udało mu się zrobić równie ekscytującego i symbolicznego zdjęcia. Pusztuńska dziewczynka, określana nawet mianem współczesnej Mony Lizy, nie zdawała sobie sprawy jak stała się sławna na całym świecie i jak wiele podejmowano prób jej odnalezienia.

jpeg_32100_01__ngm__125__1013-jpeg

W styczniu 2002 roku, po upadku rządu Talików, zespół „National Geographic udał się do Afganistanu by odnaleźć współczesną Giocondę, ale przecież nie było to łatwe. Obóz Nasir Bagh dawno zamknięto, a wiele kobiet – dla zysku i sławy – twierdziło, że jest ową tajemniczą istotą, sfotografowaną przez nowojorskiego reportera. W końcu dowiedział się, że dziewczyna nazywa się Szarbat Gula i mieszka w jakiejś górskiej wiosce, w której przyszła na świat na początku lat siedemdziesiątych. Niestety nigdzie jej nie było i dopiero w odległym regionie Afganistanu, w pobliżu osławionych jaskiń Tora Bora, znaleziono ją u boku męża, wychowującą już własne córki. Tragedia Afganistanu wyryła piętno na jej losach i odcisnęła się na twarzy, trudnej teraz do rozpoznania i jakby wyraźnie sroższej. Do obozu w Pakistanie trafiła, gdy bomby zabiły jej rodziców i musiała nieustannie uczestniczyć w pogrzebach, kryć się przed nadlatującymi samolotami i drżeć z przerażenia, gdy wybuchały pociski. Długa droga do obozu wiodła przez wysokie góry, w których ocalała część rodziny kryła się w jaskiniach, głodowała i stale drżała z zimna. Życie w zatłoczonym miejscu nie było wcale łatwiejsze i podczas przerwy w walkach, Szarbat wraz z bratem wróciła do małej wioski pod ośnieżonymi szczytami, gdzie wiodła nędzną egzystencję, a jedynym jej szczęśliwym dniem był ten, gdy wzięła ślub z Rachmatem, wysokim Pusztunem o groźnym i zadziornym spojrzeniu. Zaczęło się monotonne życie i szybko też pojawiły się córki: Robina, Zahida, Alia i czwarta, która zmarła zaraz po urodzeniu. Jako sunnitka Szarbat zaczynała każdy dzień od modlitwy przed wschodem słońca, a potem nosiła wodę ze strumienia, uprawiała ziemię, prała, gotowała i opiekowała się córkami. Gdyby otrzymała chociaż cząstkę pieniędzy z praw autorskich do słynnej fotografii, jej los odmieniłby się diametralnie, a tak jedynym ważnym wydarzeniem w jej życiu było ponowne pojawienie się fotografa i nowa sesja dla słynnego magazynu. Wszystko za pozwoleniem męża, do którego trafiła zapłata, wszystko z grymasem bólu, wszak Szarbat najlepiej czuje się w burce, która odgradza ją od świata i daje poczucie bezpieczeństwa. Nie nauczyła się czytać, ani pisać, ale chciałaby by jej córki zdobyły wykształcenie, choć czasy są wciąż niespokojne i – jak mówi – tylko rządy Talibanu wprowadzały jakiś ład do jej hermetycznego świata.

sharbat-gula

Dzisiaj, gdy patrzę na zdjęcia trzydziestoletniej Afganki czuję ogromny ból w sercu, bo dokumentuje ono najpełniej nieuchronność ludzkiego przemijania. Tak wyraziści w młodości, nieświadomi swej urody i wyjątkowości, wszystkie byty szybko osuwają się w nicość, giną cząstka po cząstce każdego dnia. Właściwie w każdym momencie życia są inni, ubożsi i brzydsi, starsi i coraz bardziej przygaszeni, schorowani, trudni do rozpoznania po latach. Te dwa zdjęcia dramatycznie dokumentują odejście człowieka, gaśnięcie ognia i blasku w oczach, zanik kruchości i delikatności, ulotnej urody, która – odziana nawet w podarte szmaty – promienieje jak na zdjęciu Mc Curry’ego i staje się symbolem chwili, czasu bezpowrotnie straconego. Gdy na moment, za zgodą męża, podnosi burkę, widać, że jej oczy wciąż są niepokojące, tak samo zielone, chociaż wyraźnie przygaszone. I to już jest twarz dorosłej kobiety, która przeszła wiele w swoim życiu i nie zdawała sobie sprawy jaką karierę w świecie zrobił jej portret. Teraz patrząc na tę fotografię uśmiecha się, ale nie może się pogodzić z tym, że miała wtedy na sobie brązowy łachman z dziurami wypalonymi w kuchni – to takie nieporządne, a przecież muzułmańska kobieta powinna dbać o swój wygląd i nie wolno jej kompromitować męża. Na zdjęciu z dwudziestego wieku bliższa była kruchości egzotycznych dzieci, biegających gdzieś na brzegu Oceanu Indyjskiego, a teraz jej rysy wyraźnie wskazują, że jest hardą Afganką, zawsze stosującą się do religijnych i społecznych nakazów. Jej dziewczynki mają czarne oczy po ojcu i pusztuńską urodę też odziedziczyły po nim, jakby w ten sposób natura podkreśliła jego dominację i zarząd nad wszystkim, co Szarbat robi. Na policzkach ma teraz czerwone żyłki, wskazujące iż stale poddawane są one działaniu mrozu, jej usta są bardziej zmysłowe, brwi jeszcze bardziej krzaczaste i sporo włosów pojawiło się na czole, nad nosem i nad górna wargą. Jeśli pierwsze zdjęcie dokumentowało dojrzewanie ciekawej świata dziewczyny, to drugie ukazuje subtelnie jej dzikość i walkę o przetrwanie w ekstremalnych warunkach. Jedno i drugie jest symbolem człowieczeństwa i  udręki życia, cierpienia, bólu i trwania w obliczu wszechobecnej śmierci. Choć eschatologia odcisnęła swoje piętno na portrecie Szarbat z dwudziestego pierwszego stulecia, światło w jej oczach jest miarą istnienia i potwierdzeniem, że każda ludzka chwila jest cząstką wieczności.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: