LEONARD COHEN 1934-2016

mtiwnja4njmznzc1mji4ndi4

Smutek od samego rana… Wczoraj poinformowano, że 7 listopada zmarł w Stanach Zjednoczonych Leonard Cohen, jeden z moich przewodników życiowych, osoba bliska mi jak członek rodziny. Kochałem jego ballady od pierwszych chwil, gdy je wysłuchałem, wczytywałem się w teksty, bo była w nich mądrość i filozofia życia, prawda o czasie i ludziach. Sięgając myślą do wielu etapów mojego życia, zawsze słyszę jego wspaniałe pieśni, czy to w małym pokoiku na bydgoskim osiedlu Błonie, czy na szlakach Ameryki, Chin, wielu krajów Europy i Azji, w przygodnych mansardach artystów i w pokojach luksusowych hoteli, zawsze on – z taśmy, z płyty, a potem z ipodów i smartfonów. Wiele razy stylizowałem szczególne momenty mojego życia i wplatałem w nie jego muzykę, głos, poezję – stojąc na Liberty Island, wspinając się na chiński mur, zbliżając się do Araratu, albo płynąc statkiem po Bosforze, zamyślając się nad Niemnem, wpatrując w fale Atlantyku i Morza Śródziemnego. Tak łączyłem magię tych chwil z głębią jego przesłania – dla ludzkości, która odeszła, odchodzi i dla tej, która nadejdzie. Mógłbym tu przywołać wiele szczególnych pieśni, wiele clipów, ale przecież w takiej chwili trzeba przede wszystkim podkreślić żal i ból z powodu jego odejścia. Wczoraj świat zubożał w jednej chwili, a ja – od momentu gdy zobaczyłem ostatnie publiczne wystąpienie Leonarda – wiedziałem, że jego życie nieubłaganie zbliża się do końca. Utwierdziłem się w tym przekonaniu, gdy wysłuchałem niezwykłych songów z ostatniej płyty, dopiero co opublikowanej w październiku tego roku, w której pojawiły się tony eschatologiczne i poeta wprost mówił: I am ready my Lord… Ta śmierć pokazuje jak mało mamy czasu, nawet jeśli osiągamy szczyty sławy, tworzymy wielkie dzieła, nie starcza chwil, by ogarnąć wszystko wzrokiem i spojrzeć na nasze dzieje ze szczytu pięknej góry. Ona przychodzi nieodwołalnie i burzy wszystko, a szczególnie te ludzkie konstrukcje, które wydawały się wieczne, nienaruszalne. Głos w ostatnich pieśniach jest przytłumiony, brunatny, czarny, przechodzący w melorecytację, ale to jest najpełniejsze podsumowanie i potwierdzenie, że wszystko przemija i każdy płomień gaśnie… Jeszcze jedno mądre, bolesne wskazanie, których tyle w utworach barda z Kanady, jeszcze jedno arcydzieło w ciągu wielu niezwykłych realizacji. Dzisiaj stając nad otwierającym się grobem Leonarda Cohena, wpatruję się w ciemność, szukam potwierdzenia, że liczy się tylko życie, aktywność i twórczość – liczy się indywidualny wymiar egzystencji, który zaczyna promieniować na coraz szersze kręgi, a potem staje się legendą. Żegnaj przyjacielu, żegnaj bracie – żyliśmy w tym samym czasie na Ziemi i wspierałeś mnie wiele razy… Dziękuję Ci za poezję i każdą pieśń z osobna, dziękuję za twoją obecność w moim losie. Odchodzisz w ciemność, ale za tobą snuje się najczystsze, żywe światło – odchodzisz do wieczności, ale zostajesz w sercach ludzkich, w pieśniach i w chwilach, w ulotnej energii i bólu…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: