BIBLIOTEKA (10)

Jack London

Jack London

Lektura po latach krótkiej powieści Jacka Londona pt. Zew krwi… Wspomnienie młodzieńczych ambicji czytelniczych i oczarowanie wieku dojrzałego. Oczywiście zauważam trochę tego rozchwiania i braku dyscypliny narracyjnej, charakterystycznej dla amerykańskiego pisarza, ale w sumie więcej jest elementów wartościowych i wzniosłych. Buck, mieszaniec bernardyna i owczarka szkockiego, kieruje się instynktem, ale też myśli jak człowiek, wybiera najlepsze dla siebie rozwiązania, które koniec końców, doprowadzą go do dobrego właściciela – Johna Thorntona. Powieść rozgrywa się w krajobrazach Alaski, gdy ogromne rzesze ruszyły w kierunku rzeki Klondike, podniecane myślą o znalezieniu obfitych żył złota. W roku 1896 pochodzący z ludu Atabasków Jim Skookum odkrył wraz z towarzyszami złotonośne tereny nieopodal dopływu Klondike – Bonanza Creek, a potem obładowany złotem pojawił się w Seattle. Przy powszechnej recesji i biedzie, spowodowało to histerię i natychmiastowe wojaże wielu poszukiwaczy na te tereny. Bohater powiastki Londona zostaje wykradziony z posiadłości bogatego sędziego Millera, z kalifornijskiej Doliny Santa Clara, i trafia do kolejnych właścicieli, nie skąpiących mu razów i zmuszających go do wysiłku ponad siły. Moc tego mieszańca polega jednak na tym, że potrafi on wykrzesać z siebie ogromne energie i przetrwać w skrajnie trudnych warunkach, sięgając ku dalekiej przeszłości: Nie tylko doświadczenie uczyło Bucka. Dawno zgasłe instynkty ożyły na nowo. Dziedzictwo pokoleń oswojonych przestało mu ciążyć. Mgliście i po omacku sięgał wspomnieniem do młodości swej rasy, kiedy dzikie psy gnały stadami przez niebotyczne puszcze i zdobywały mięso, dopędziwszy łup. Buck bez trudu nauczył się walczyć błyskawicznym, wilczym chwytem. Tak samo walczyli zapomniani przodkowie, i dzisiaj budzili w prawnuku zamierzchłe czasy. Dawne sposoby życia stawały się teraz własnością prawego następcy. Rodziły się w nim bez wysiłku i zdumienia, jak gdyby należały doń zawsze. A kiedy cichą, mroźną nocą pies wznosił łeb ku gwiazdom i wył przeciągłym wilczym głosem – jego to przodkowie, od dawna w proch obróceni, wznosili łeb ku gwiazdom i wyli poprzez stulecia i poprzez niego samego. W tonach tego głosu brzmiały tony głosów tamtych, pieśń odwieczna rodzących, pieśń, co ongiś i dzisiaj oznaczała ciszę, chłód i ciemność. (cytaty z przekładu Stanisławy Kuszelewskiej) Staje też do walki z innymi psami, pośród których nie brakuje osobników, pochodzących z krzyżówek z wilkami. W końcu wygrywa, zyskując sławę pośród ludzi i pozycję psa przewodzącego zaprzęgowi, nieustannie moderującego stado i udzielającego lekcji krnąbrnym osobnikom.

Call_of_the_Wild_(Buck)-horz

Jego dni pośród śniegów i lodów są pasmem negatywnych doświadczeń, cierpień i pracy ponad siły, coraz to bardziej wiotczejących mięśni. Udaje mu się jednak dotrwać do chwili, gdy zostaje kupiony przez Thorntona i zaczyna pędzić w jego towarzystwie egzystencję przyjazną, pełną radości i swobodnych wypraw ku lasom i bezdrożom Yukonu. Wtedy też budzi się w nim dziwny zew dzikości (właściwy, angielski tytuł powieść to The Call of the Wild), jakby jakieś pradawne wołanie sprzed wieków, nieomal z czasów prehistorycznych, ze struktur genetycznych żyjących wtedy wilków: (…) dziwny Zew, brzmiący w głębinach lasu. Napełniał serce Bucka dręczącym niepokojem, niezrozumiałym pragnieniem. Niósł mu niejasną a słodką rozkosz, wespół z dziką, przemożną, choć nie wiadomo za czym goniącą tęsknotą. Niekiedy pies zrywał się i szukał wołania tego po lesie, niby rzeczy uchwytnej; szukał ukradkiem lub zuchwale – jak podszeptywało natchnienie. Wtulał nos w wilgotną zieleń mchu lub w czarny grunt rodzący trawy i wdychał radośnie tłustą woń ziemi; lub też zaczajał się godzinami poza pniem zwalonego drzewa, rozwarłszy szeroko oczy i uszy na wszystko, co szemrało i poruszało się w puszczy. Miał może nadzieję, że leżąc tak, zaskoczy niespodzianie Zew tajemniczy, którego nie pojmował.  Buck zaczyna zabijać dla przetrwania i toczyć walki z silniejszymi zwierzętami, takimi jak niedźwiedzie czy ogromne jelenie, ale też stale wraca do obozowiska dobrych ludzi, pomagając im przetrwać w ekstremalnych warunkach. Po jednej z dalekich wypraw odkrywa w siedlisku Indian (by nikogo nie urazić London wymyślił fikcyjne plemię Yeehatów), którzy wymordowali wszystkich białych ludzi. Rzuca się na napastników i morduje niektórych z nich, zachowując się jakby był chory na wściekliznę, czym powoduje popłoch i ucieczkę, a potem staje się elementem opowieści indiańskich o psim demonie, który bez litości zabijał czerwonoskórych. Tym razem czytało mi się znakomicie mikropowieść Jacka Londona, a części mówiące o pradawnym zewie krwi uznać można za najlepsze w literaturach anglojęzycznych, niezwykle prawdopodobne, głębokie i piękne.

20

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: