BIBLIOTEKA (9)

1

Jeszcze jedno spotkanie po latach z książką, która niegdyś rozpaliła moją wyobraźnię i popchnęła mnie do przeczytania ogromnego zestawu opisów przygód morskich. Wziąłem udział nawet w kursie sternika jachtowego i prawie bym go ukończył, gdyby na drodze nie pojawiła się żarliwa miłość. Początki mojej fascynacji żeglarstwem i przygodami takich kultowych postaci jak Thor Heyerdal, Alain Bombard, Francis Chichester czy Krzysztof Baranowski, związane były z powieścią Juliusza Verne’a z 1901 roku pt. Wąż morski (tytuł oryginału francuskiego: Les Histoires de Jean-Marie Cabidoulin). Na początku dwudziestego wieku pióro tego pisarza było już lżejsze i tworzone przez niego książki dobrze się czytało, a nawet pochłaniało się je jednym tchem, żałując, że lektura trwała tak krótko. Cała fabuła została oparta na tajemniczych pogłoskach o monstrualnym wężu morskim, pojawiającym się co jakiś czas u wybrzeży różnych kontynentów, albo widywanym na otwartym morzu przez marynarz wielu bander. Po latach powstała nawet kryptozoologia, czyli dziedzina wiedzy zajmująca się tego rodzaju stworzeniami, analizująca relacje i ustawiające je w ciągu historycznym. Oficjalna nauka nigdy nie potwierdziła, że istnieją takie zwierzęta, ale opowieści o nich karmiły wyobraźnię ludzi morza od XVI wieku. Oczywiście takie stworzenia pojawiły się najpierw w mitologiach, spośród których wymienić trzeba nordyckiego Jormunganda czy bytującego w przestworzach Quetzalcoatla, albo chińskiego smoka z czasów dynastii Han. To istoty rozciągające swoje panowanie na obszar kosmiczny i współuczestniczące w pierwszych kosmogoniach. Zanim Verne wziął się za napisanie swojej powieści, węże morskie pojawiały się w relacjach żeglarzy, a nawet w publikacjach „naukowych”, zaczęto też prezentować ryciny i pierwsze fotografie, podważane potem przez specjalistów. Francuz miał w tym względzie wielu poprzedników, którzy tworzyli narracje o monstrualnych ośmiornicach, kałamarnicach, krabach, rekinach, orkach, albo – jak Hermann Melville, w powieści Moby Dick – o ponadnaturalnych wielorybach. Najczęściej wyobrażano sobie węże morskie jako istoty pokryte łuskami, posiadające rogate głowy z ogromnymi oczyma i paszczami, mogącymi połknąć wielotonowe statki. Nie brakowało też historii, w których mowa była o tym, że wielki wąż wypłynął z głębin i jednym uderzeniem ogona pogruchotał jakiś solidny bryg. Nauka zna zwierzęta – jak wstęgor królewski (Regalecus glesne) – które mogły być pierwowzorem fantastycznych opowieści i pobudzać wyobraźnię pisarzy, autorów dzienników z podróży i naukowców. Raz po raz morza i oceany wyrzucają też na brzeg ich szczątki, z których można wnioskować, że osiągają wielkość kilkunastu metrów.

2

Powieść Juliusza Verne’a to historia wyprawy statku wielorybniczego „Saint-Enoch”, dowodzonego przez pięćdziesięcioletniego kapitana Ewarysta-Szymona Bourcarta. Jednostka wypływa 7 listopada 1863 roku z Hawru i kieruje się na południe, by po opłynięciu Przylądka Dobrej Nadziei, skierować się na Ocean Indyjski i dotrzeć do Pacyfiku, w okolice Nowej Zelandii. Tam zaczyna się polowanie na wieloryby, a po ich zabiciu i przyholowaniu do statku, wytapianie tłuszczu i umieszczanie go w specjalnie do tego celu przygotowanych beczkach. Z narracji Verne’a dowiadujemy się, że Statek kapitana Bourcarta, o wyporności około pięciuset ton, był wyposażony we wszelkie urządzenia potrzebne do trudnego polowania na wieloryby w odległych akwenach Pacyfiku. Chociaż zbudowany był jakieś dziesięć lat temu, miał dobrą skuteczność i świetnie sprawował się w morzu. Załoga zawsze starała się, żeby stan jego był bez zarzutu, zarówno jeśli chodzi o omasztowanie, jak i kadłub, a w dodatku jego część podwodna została niedawno całkowicie oczyszczona i pomalowana. Załoga składa się z trzydziestu czterech zaprawionych w trudach ludzi, marynarzy, harpunników, cieśli, kowali, lekarza i bednarza. Spośród nich postacią wyjątkową jest ten ostatni – Jan-Maria Cabidoulin – dbający o jakość beczek do stopionego tłuszczu i stale snujący opowieści o czekających załogę nieoczekiwanych zdarzeniach. Spośród nich największą grozę budzi bajda o wężu morskim, który potrafi pożerać wielkie statki i pojawia się w różnych częściach oceanu. Nic wszakże nie wskazuje na to, że wydarzy się coś strasznego, a załoga sprawnie poluje na kolejne wieloryby i szybko zapełnia ładownie nowymi beczkami z olejem, fiszbinami i ambrą. Lektura sprzed lat nie generowała żadnych refleksji natury etycznej, a opisy kolejnych polowań ekscytowały mnie i zaciekawiały. Wielorybnicy szybko zapełniają przestrzenie pod pokładem swoimi zdobyczami i udają się ku wybrzeżom Kalifornii, a potem płyną wzdłuż wschodniego wybrzeża Ameryki północnej, by z ogromnym zyskiem sprzedać beczki z olejem w kanadyjskim Vancouver. Sukcesy podczas polowań na wieloryby i zyskowna sprzedaż powodują, że kapitan podejmuje decyzje o dalszym pozostawaniu na Pacyfiku i skierowaniu się ku jego północnym rubieżom. Po minięciu Aleutów i Wysp Kurylskich, nowe polowanie ma zacząć się na Morzu Ochockim, gdzie jednak szczęście opuszcza wielorybników i zaczyna się ciąg nieprzewidzianych okoliczności. Coraz częściej bednarz Cabidoulin opowiada o potworze morskim, czyhającym w głębinach, a jego aktywność wzrasta po relacji rybaków, którzy uciekają do jednego z portów, po rzekomym spotkaniu z taką bestią. Załoga nie napotyka wielorybów, co zdaniem bednarza jest znakiem tego, że coś je przestraszyło i skłoniło do opuszczenia akwenu w pobliżu Kamczatki. Wkrótce jakiś tajemniczy prąd albo tsunami zawiedzie statek na Morze Beringa, gdzie dojdzie do dziwnego zdarzenia, kiedy to bryg osiądzie na jakieś skale lub mieliźnie, będącej efektem tektonicznego wyniesienia dna morskiego. Załoga zaczyna wierzyć, że jest to efekt obecności w pobliżu węża morskiego, a gdy zostaje roztrzaskany płynący w pobliżu statek angielski wydarzenia przybierają dramatyczny przebieg. Koniec końców okręt kapitana Bourcarta także zostaje roztrzaskany, a załoga musi ratować się ucieczką w łodziach i wędrówką po polu lodowym. Wszystko kończy się jednak happy endem, bo marynarze zostają odnalezieni przez przepływający okręt „World” i na jego pokładzie dostają się do Nowej Zelandii, a potem wracają do Francji.

3

Powrót do powieści Verne’a po latach, pełen był refleksji, innej natury, niż wcześniej, kiedy to rozsmakowałem się w jej przygodowym charakterze. Teraz przede wszystkim zwróciłem uwagę na sprawność narracyjną pisarza i rezygnację z rozwlekłych opisów, znanych z wcześniejszych jego dzieł, choć może tutaj przydałoby się więcej plastyczności przy szkicach przestrzeni Pacyfiku i odwiedzanych portów, północnych wysp i pola lodowego. Oczywiście bardzo dyskusyjne jest zbyt nachalne podążanie do finału i zakończenie opowieści nieprawdopodobnym – choć możliwym – szczęśliwym trafem. Tutaj najbardziej rażąca była łatwość, z jaką rozbitkowie budują sobie sanie i przy niewyobrażalnym mrozie wędrują przez lody, a potem nagle zauważają na morzu statek, który wysyła do nich łodzie i przyjmuje ich na pokład. Powieść pt. Wąż morski wchodzi w skład długiego cyklu opowieści podróżniczych i fantastycznych francuskiego pisarza i adresowana jest do szerokiego kręgu odbiorców, od młodzieży do osób w średnim wieku i nieco starszych. Tylko wyrobieni czytelnicy zauważą w niej szereg niekonsekwencji autorskich i nieporadność przy końcowym rozwiązywaniu wątku węża z głębin. Choć w oceanach zdarzają się wybuchy wulkanów i nagłe wypiętrzenia dna, to jakoś nieprawdopodobna jest taka historia z Morza Ochockiego, na którym od dawien dawna łowi się wielkie ławice ryb i poluje na wieloryby. Z drugiej strony, jeśli by przyjąć, że statek osiadł na głowie czy innej partii ciała węża morskiego, to gad ów okazałby się wyjątkowo nieroztropny, wręcz głupkowaty, znajdujący upodobanie w rozbiciu statku Anglików, a potem nie decydujący się na podobną akcję w stosunku do Francuzów. Czytelnik do końca nie dowiaduje się, co też właściwie się stało, chociaż bednarz Cabidoulin do końca utrzymywał, że podczas tej jego ostatniej wyprawy w życiu, widział na własne oczy ogromnego węża morskiego i to za jego przyczyną wielorybnicy znaleźli się w tak wielkich opałach. Verne’a usprawiedliwia tutaj to, że pragnął przede wszystkim ukazać polowania na wieloryby, a wątek bestii z głębin oceanu uczynił tylko pobocznym, ubarwiającym kolejne opisy wypraw łodzi w kierunku waleni i kaszalotów. To wydawcy, chcący zarobić na książce, zmieniali tytuł na Wąż morski i sugerowali czytelnikom, że jest to opowieść o straszliwym potworze, jednym kłapnięciem szczęk połykającym okręty. Przy takim nastawieniu czytelnicy mogą czuć u końca lektury pewien niedosyt, a happy end, może im się wydać bzdurny i solidnie naciągany.

4a

Warto wspomnieć tutaj o jeszcze jednej sprawie, która pojawiła się podczas drugiej lektury powieści Verne’a. Chodzi o aspekty etyczne, związane z moimi poglądami na temat polowań na zwierzęta i zabijania ich dla mięsa, skór, kości itp. W jednym z rozdziałów mamy przecież do czynienia z prawdziwym bestialstwem wielorybniczym, kiedy to Anglicy ze statku „Repton”, rywalizującym z „Saint-Enochem”, bezlitośnie mordują młodego wieloryba, nie bacząc na towarzyszącą mu matkę. Opis ich postępowania jest doprawdy przerażający: Dochodziło pół do trzeciej, gdy harpunnik z pierwszej łodzi znalazł się w odpowiedniej pozycji do rzutu. Samica baraszkując z dzieckiem jeszcze nie zauważyła wrogów, kiedy harpun przeciął powietrze. Na pewno Anglicy zdawali sobie sprawę, jak niebezpieczne jest zaatakowanie wielorybiątka. A właśnie ono, przepływając obok łodzi, zostało trafione w wargę. Cios był śmiertelny i po paru konwulsyjnych ruchach mały wieloryb został nieruchomy na powierzchni wody. Ponieważ rękojeść harpuna sterczała do góry, według słów marynarzy wyglądał tak, jakby palił fajkę, gdyż pył wodny wydobywający się z jego paszczy do złudzenia imitował dym. Wtedy samica wpadła w istny szał. Ogonem waląc po wodzie rzuciła się na łódź. Kiedyś nie raziły mnie takie opisy i odbierałem je jako coś oczywistego, związanego z hartem ducha i siłą fizyczną bohaterów powieści przygodowych, ale późniejsze doświadczenia, lektury, filmy uświadomiły mi jak okrutny bywa człowiek w stosunku do zwierząt. Czarę goryczy przepełniła moja wizyta w rzeźni, widok bestialsko zabijanych świń i krów, a potem zawieszania ich na hakach i kawałkowania jeszcze drgających w konwulsjach ciał. Nie zapomnę też opowieści znajomego myśliwego, który relacjonował mi polowanie na sarny – po podejściu do jednej zranionej łani, zauważył, że jeszcze dycha, no to przyłożył sztucer do jej głowy i – jak to określił – „zgasił światło”. Wielorybnicy należeli do najokrutniejszych łowców, nie zwracających uwagi na bestialstwo polowań przy pomocy harpunów, a potem kawałkowania ogromnych części wielorybów na pokładach, obficie zroszonych krwią. Chęć zysku i zdobycia nowych środków na wystawne życie, powodowały, że mordowano tysiące tych zwierząt, doprowadzając do znaczącego spadku populacji, dopiero w ostatnich latach się powiększających. A choć stale poluje się na te ssaki i są miejsca na ziemi, gdzie odbywają się prawdziwe festiwale zbrodni, spadło zapotrzebowanie na olej uzyskiwany z ich tłuszczu i nieprzydatne stały się fiszbiny, zastępowane przez plastik i nowe stopy lekkich metali. Podczas nowej lektury skorzystałem z Internetu i znalazłem ciekawe ilustracje autorstwa Georgesa Rouxa (1855–1929), francuskiego malarza i ilustratora powieści przygodowych i awanturniczych.

5

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: