ALS ICK KANN

LebiodaZlotaZrenica-OKL2-przod

Wracając kilka lat temu do domu, zobaczyłem niezwykle ubarwione niebo, z błękitami jak z Rubensa i van Dycka, z delikatnymi różami jak u Gillemansa, a wreszcie z matowymi chmurami, przypominającymi złote polichromie Agnes van den Bossche. Stanąłem oszołomiony i kilka minut kontemplowałem ów spektakl naturalny, możliwy tylko w miesiącach chłodnych, gdy podnoszą się wieczorne mgły, a odmiennie ogrzane arterie powietrza mieszają się ze sobą i tworzą w przestrzeni zjawiskowe palety barw. Patrzyłem na niebo i wróciłem myślą do niedawnej podróży do Belgii, gdzie w muzeach i kościołach podziwiałem arcydzieła malarstwa europejskiego, a najwięcej czasu, w katedrze św. Bawona, poświęciłem studiowaniu Ołtarza Gandawskiego, który zdumiał mnie tak samo jak to, co rozegrało się wtedy na niebie. Przede wszystkim zauważyłem, że barwy wielu reprodukcji są fałszywe i nie oddają subtelności laserunkowego malarstwa Jana i Huberta van Eycków, a dodatkowo zachwyciły mnie lekko stylizowane wieże świątyń w tle, które jakoś ginęły na tablicy przedstawiającej adorację baranka, a tutaj, przy bezpośrednim spojrzeniu na dzieło, wynurzyły się pięknie i przykuwały wzrok. Tego dnia, o którym wspomniałem wyżej, niebo nad horyzontem zaczęło zmieniać się w błyskawicznym tempie, więc ruszyłem do domu, by sfotografować je z okna. Coś tam jednak mnie zatrzymało, coś innego domagało się kilku chwil uwagi i gdy stanąłem z aparatem przy parapecie, inny obraz pojawił się przede mną. Teraz cała przestrzeń płonęła, przypominając wyobrażenia martwych homarów z obrazów Fransa Snydersa – złoto wymieszało się z różem i amarantem, pojawiły się wyraziste plamy fioletu i nieubłaganie napływać zaczęły wielkie płaszczyzny granatu. To już było niebo obwieszczające koniec dnia, jak zwykle wspaniałego i tragicznego, podczas którego – parafrazując wiersz Herberta Rovigo – ktoś się urodził i ktoś umarł, ktoś cieszył się ciepłem złączonych dłoni, ciepłem bliskości i płakał nad stygnącym ciałem. Barwy przesunęły się w stronę vanitas, odwiecznej zasady rozkładającej wszystko, co utrwalone na chwilę w ludzkim świecie, walory i rozmycia podążyły ku kosmicznej entropii, nie dającej szans na przetrwanie żadnej strukturze, żadnemu kształtowi.

Od wieków do Belgii podążali podróżnicy i artyści, pragnący studiować dzieła wielkich mistrzów, chcący znaleźć się w magicznych przestrzeniach Gandawy, Antwerpii, Brugii i Brukseli. To było marzenie równie silne, jak chęć wejścia w tła obrazów malarzy niderlandzkich i flamandzkich, stanięcia pośród pól pełnych tulipanów, z charakterystycznymi wiatrakami i konstrukcjami zwodzonych mostów, kanałów i polderów. Kto zatrzymał się przy wyniosłych wieżach katedralnych, kto wkroczył do pracowni Paula Rubensa, Davida Teniersa, kto zamyślił się przy wodnych arteriach Gandawy – czuł łączność ze światem harmonii i pradawnej marności, wielkich uniesień twórców i rozpaczy skazańców, zabijanych w zamkach i na placach. Trzeba było być artystą tej miary co van Dyck, trzeba było być osobowością tak silną jak Snyders, Jordaens, Brouwer, Fyt, żeby osiągnąć szczyty umiejętności malarskich i skupiać wokół siebie liczne grono uczniów. Od czasów średniowiecza wyrazisty był w Belgii podział na klasy, odrębne grupy społeczne, od ubogich chłopów i mieszczan, poprzez pachnących drogimi perfumami artystów, członków zawodowych gildii, aż po bogaczy z grona szlachty i arystokracji, najlepiej sytuowanych członków rodzin panujących i samych władców. Tak brud stuleci mieszał się tutaj z czystością kararyjskich marmurów i był tak samo powszechny jak paradne, jedwabne i aksamitne stroje dam i uzbrojonych w szpady kawalerów. Najbiedniejsi z ogromnym wysiłkiem wznosili strzeliste budowle, kopali kanały i umacniali brzeg morski, a najbogatsi obywatele zamawiali swoje portrety u najsławniejszych mistrzów, spotykali się na ucztach i odbywali dalekie podróże po Europie. Jednych i drugich dosięgła śmierć i vanitas przypomniała o nieuchronności, dotykającej każdy byt – nawet tak dumny, jak ów odwzorowany na słynnym portrecie Jana van Eycka, zreprodukowanym na okładce tej książki.

Jan van Eyck i jego znacznie starszy brat Hubert, dźwignęli flamandzkie malarstwo realistyczne ku wyżynom, których nikt przed nimi nie sięgał. To dzięki nim pojawiły się na płótnach przejrzyste laserunki i tak zjawiskowe odwzorowania realnych postaci, że porównywano je z lustrzanymi odbiciami. Pracując dla kolejnych monarchów, stał się Jan prekursorem europejskiego renesansu, a są i tacy krytycy sztuki, którzy widzą w nim ojca nowoczesnego malarstwa światowego. Jego życie było pełne nagłych zwrotów, zawirowań historii, misji dyplomatycznych do innych krajów, a przede wszystkim do Hiszpanii i Portugalii, aż osiadł w Brugii, gdzie dopiero w roku 1434 ożenił się i zaczął wieść egzystencję bogatego mieszczanina, tworzącego portrety, miniatury i obrazy religijne. W sumie tego spokoju niewiele zaznał, bo zmarł siedem lat później i został pochowany w katedrze miasta, w którym wcześniej zamieszkał. Niestety w biografii tego twórcy więcej jest niewiadomych niż faktów potwierdzonych w dokumentach i wszystko ginie w mrokach przełomu epok – średniowiecza i odrodzenia. To był czas wielu wojen, nienawiści w łonie rodów królewskich i książęcych, wielkich epidemii chorób, a przy tym rozkwitu sztuki we wszystkich jej odmianach, od malarstwa i fresku, poprzez rzeźbę i architekturę. To, że van Eyck jeździł po Europie i zaznajamiał się z wieloma ludźmi i ich poglądami, że miał możliwość podziwiania setek obrazów uznanych mistrzów, wpłynęło zapewne na niezwykłe otwarcie i humanistyczny etos jego dzieł. Widzimy to przede wszystkim na deskach Ołtarza gandawskiego, który – według inskrypcji na ramie – zaczął malować Hubert, a skończył po jego śmierci Jan. Poliptyk ten jest mistyczną opowieścią o ofierze Chrystusa, jako baranka ludzkości, zmazującego grzechy i łączącego ją z Bogiem Ojcem i Duchem Świętym. Przepych i bogactwo, a zarazem energia świętości, zamanifestowane tu zostały przez wielkie płaszczyzny kontrastowych barw, spośród których na plan pierwszy wysuwa się krwista szata Stwórcy, zielone i granatowe okrycia Maryi i św. Jana Chrzciciela, a także wzorzyste suknie chórów anielskich, śpiewających hymny pochwalne. Równie bogate w stroje i ornamenty są grupy kardynałów, biskupów, zakonników, dziewic, rycerzy i wiernych ze wszystkich stanów, a całość uzupełniają niemal koronkowe wieże kościołów.

Malarstwo w czasach dawnych było jedyną formą przenoszenia ku następnym stuleciom wizerunków ludzi i malarze często korzystali z tej możliwości. Od wielu wieków krytyków sztuki zastanawia wspaniałe odwzorowanie mężczyzny w czerwonym turbanie Jana van Eycka (1433) i najczęściej interpretuje się je jako autoportret artysty, namalowany przy wykorzystaniu lustra. Nie wiemy czy to rzeczywiście odbicie twórcy, czy może hrabiego Berlaimont – jak się też sugeruje – ale nie ulega wątpliwości, że zastosowana tutaj metoda lustrzanych powieleń i spojrzenia modela na ludzi, stających przy obrazie, to absolutne novum w malarstwie naszego kontynentu, wspaniale potem rozwinięte przez wielu twórców nowych epok. Wątpliwości nie znosi też słynne motto malarza: Als ick kann (Tak, jak potrafię), bo umieszczał je na wielu swoich dziełach, czyniąc z niego pieczęć i dodatkowe potwierdzenie wiarygodności autorstwa. Simone Ferrari wskazuje, że Lustro – magiczny przedmiot, który od „Portretu małżonków Arnolfich” van Eycka po „Las menińas” Velázqueza wzbogaca malarski ogląd świata, kryje niewyczerpane sensy symboliczne. Jego łacińska nazwa speculum kojarzy się po francusku, a więc w języku dworu Filipa Dobrego, ze spéculation – zarazem obserwacją i rozmyślaniem. W średniowieczu „spekulować’ znaczyło prowadzić obserwacje astrologiczne, a łacińskie sidus (gwiazda) przywołuje francuskie cosidération – rozwagę. (…) Lustro oznacza i los, i namysł, i sumienie, a gdy się w nim przegląda piękna niewiasta, także vanitas – marność jej ziemskiej urody. Dla malarza jest nade wszystko środkiem poszerzania przestrzeni jak też okazją do przedstawiania tego, co poza kadrem obrazu. Szczególnie te ogólne dookreślenia malarstwa van Eycka są przydatne dla zrozumienia jego wspaniałego portretu, choć i uwagi na temat lustra i różnych powinowactw leksykalnych mają swoją wagę. Lustro niczego nie fałszuje, nie przyciemnia i nie rozjaśnia, przekazuje wizerunek takim, jakim on jest, brzydotę nazywa po imieniu, a urodę pokazuje w całej pełni. Różni analitycy tego dzieła, przywołując efekt zwierciadlany, zapominają, że mamy tu do czynienia z portretem en face, a zatem jeśli rzeczywiście zastosowano tu lustro, to musiało ono odbijać postać samego malarza. Tak nakazuje logika, która wszakże nie może być ostatecznym argumentem na „tak”, przecież tak kreatywni ludzie stosowali na przełomie wieków wiele malarskich tricków, nieustannie modyfikując proces powstawania obrazów.

Jakkolwiek by nie było, mężczyzna przedstawiony na portrecie z piętnastego wieku ma silną osobowość, manifestowaną tutaj przez specjalne ułożenie ust i oczu. Zdają się one wyrażać sceptycyzm dla samego siebie i sytuacji portretowania – jakby model chciał powiedzieć, że wiele znaczniejszych osób zasługuje na tego rodzaju przedstawienia. Z drugiej strony, ów jakże wykwintny, czerwony turban, wskazuje, że mamy do czynienia z kimś majętnym, czystym, wypielęgnowanym, co w tamtych czasach charakterystyczne było dla osób z wyższych sfer szlacheckich lub dobrze sytuowanego mieszczaństwa. Jan van Eyck niewątpliwie należał do tego typu ludzi, stać go było na odzienie podszywane futrem i fantazyjne jedwabne lub aksamitne okrycie głowy. Mniej więcej w tym wieku powinien być twórca, gdy powstawał obraz, a charakterystycznie przymknięte prawe oko, wskazuje, że jest to ktoś, kto bystro ocenia rzeczywistość dookolną i przygląda się światu analizując go w różnych odmianach. Mamy tu do czynienia z typem ludzkim charakterystycznym dla Belgii i Francji, z nieco wydłużoną twarzą, wyraźnie już pooraną zmarszczkami, a także z wąskimi ustami i ostrym podbródkiem. Nos ani nie jest duży, ani mały, powiedzieć można, że w sam raz dla tej twarzy, jakkolwiek lekko czubaty, doskonale komponujący się ze ściągniętymi ustami i lekko opuszczoną prawą powieką. Zarost na brodzie i ledwie rysujący się wąs, a także brwi, wskazują, że model mógł być rudawy, a wyraziste są już też akcenty siwizny. Powiększenie obrazu odsłania też przekrwienia gałek ocznych i kontrastowość jasnych refleksów światła, odbijających się w nich, mających zdecydowanie ciemniejszy, przytłumiany kolor. Po niemal pięciuset latach pojawiły się też liczne spękania farb, co przydało przedstawieniu dodatkowej tajemniczości i głębi. Zdecydowanie najciekawszym elementem jest tutaj turban, a właściwie wielki supeł, znakomicie ukazany, z licznymi fałdami i cieniami, malowany tak, jak szaty świętych i dostojników kościelnych, odwzorowywane na wielu religijnych obrazach van Eycka. Artysta opanował to po mistrzowsku, idealnie maskując miejsca przejść barw ciemnych w jasne, matowych i kontrastowych. To nakrycie jest jak wielka róża i znakomicie lokuje się na całej powierzchni obrazu, namalowanego w ciemnej tonacji, z niewielkimi tylko elementami bieli koszuli i gałek ocznych. W galerii portretów malarstwa europejskiego Mężczyzna w turbanie zajmuje poczesne miejsce, wyznaczając drogi rozwojowe i stając się natchnieniem dla malarzy następnych stuleci.

Pisząc tak obszernie o portrecie Jana van Eycka i umieszczając go na okładce tej książki, chciałem podkreślić jego wagę, jako emblematu kultury i świata flamandzkiego, jego finezji i zwykłości, wigoru i odwiecznej vanitas. Podróżując do Belgii, miałem świadomość tego, że zetknę się z legendarnymi miejscami i dziełami, a szczytem tych doznań było długie studiowanie Ołtarza Gandawskiego w katedrze św. Bawona, pośród innych Europejczyków i gości z innych kontynentów. W taki sposób moje młodzieńcze fascynacje, zauroczenia wieku średniego, znalazły swoje spełnienie podczas realnych spotkań i nieomal dotknięcia wielkich dzieł. Ważne też było wnikanie w przestrzenie usakralnione życiem i pracą znamienitych architektów, snycerzy i malarzy, zetknięcie się z ulicami i budynkami, spacery po cmentarzach, nad brzegami Skaldy, Mozy i ich kanałów, zapatrzenie w Morze Północne i zawieszanie wzroku na linii horyzontu w Walonii, Limburgii i Brabancji. To były podróże, które zostają w świadomości do końca życia i generują wiele zdarzeń natury literackiej i artystycznej, a nade wszystko każą pisać wiersze, w których zostanie ulotność chwil i prawda o tym, co było udziałem jednego człowieka, dziwnym zrządzeniem losu wybranego, by dać im świadectwo. Większość z tych liryków napisałem lub naszkicowałem w Belgii, a poemat Ołtarz Gandawski powstał w połowie lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku i został tu nieznacznie tylko poprawiony. Od samego początku wiedziałem też, że powinny się znaleźć w tym tomie wiersze inspirowane muzyką poważną, która towarzyszyła mi z iPhona podczas podróżowania, a także podczas pisania i cyzelowania kolejnych wierszy w domu. To moja ogromna, wieloletnia fascynacja, mająca swoje źródło w młodzieńczej pasji gromadzenia płyt winylowych i odkrywania kolejnych dzieł wielkich kompozytorów, od średniowiecza do współczesności. Nasze życia toczą się od chwil pierwszych do ostatnich i nikomu nie uda się uchronić przed rozpadem, destrukcją wszystkiego, co zbudował, czasu gdy krew krążyła w żyłach, a tlen wędrował z płuc do mózgu. Można jednak po sobie coś zostawić, co przetrwa długie lata, zawiśnie w muzeum, stanie w nawie świątyni, znajdzie swoje miejsce na półkach bibliotek. Talent i aktywność takich twórców jak Rubens, van Eyck, Teniers, takich mistrzów jak Haendel, Telemann, Mozart, generują legendę życia niezwykłego, stającego się misją samą w sobie. Marzeniem autora tego tomu było choćby niewielkie zbliżenie się do światów, w których bytowali wskazani wyżej twórcy, a przy tym ważne było pragnienie, by ukazać oblicze dzisiejszej Belgii, sportretować ludzi spotykanych w miastach i pośród pól – byty niosące w sobie tę sama wrażliwość i marność, które krzewiły się w milionach istot, współtworzących wraz z przewodnikami duchowymi, dawne pokolenia. Belgia jako wielka tęsknota i pragnienie współuczestnictwa, przestrzenie nad Skaldą i Mozą jako doświadczenie egzystencjalne i eschatologiczne, a nade wszystko inspiracja do napisania ciągu wierszy, w których skropli się radość istnienia i jego odwieczna marność…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: