BIBLIOTEKA (8)

okl1-horz

Obszerną, dwutomową powieść Juliusza Verne’a pt. Tajemnicza wyspa czytałem w młodości dwukrotnie i za każdym razem czułem jakiś niedosyt, coś nie pozwalało mi spokojnie dokończyć lektury. Pierwsze spotkanie było zdecydowanie przedwczesne i spowodowane podszeptem szkolnej bibliotekarki, której się wydawało, że w piątej klasie szkoły podstawowej, będę w stanie przełknąć ją bez trudu. Tak się jednak nie stało, bo po lżejszych powieściach przygodowych, nie mogłem zaakceptować rozwlekłych opisów francuskiego fantasty. Zdaje się, że oddałem oba tomy do biblioteki po przeczytaniu jednej trzeciej całości i dopiero w ósmej klasie wróciłem do tego utworu. Byłem wtedy już po lekturze Dzieci kapitana Granta i Dwudziestu tysięcy mil podmorskiej żeglugi, więc zapragnąłem raz jeszcze zmierzyć się z trzecim tomem tzw. dużej trylogii Verne’a, wchodzącej w obręb dzieła życia, czyli wielotomowych Niezwykłych podróży. Ta druga lektura też obfitowała w momenty zwątpienia i wiele razy miałem chęć zamknąć książkę i nigdy do niej nie wracać, a to przede wszystkim za sprawą ciągłych spowolnień akcji przez wskazane wyżej opisy zaradności wyspiarzy. To, co zapowiadało się znakomicie na początku i mocno przykuwało uwagę, zostało w dalszej części monstrualnie rozciągnięte, zagmatwane i naciągnięte zarazem. To jest historia z czasów wojny secesyjnej w Ameryce Północnej (1861–1865), kiedy to grupka uciekinierów z miasta Richmond, obleganego przez generała Ulissesa Granta, uprowadziła balon i znalazła się siedem tysięcy kilometrów od Wirginii, głównej twierdzy separatystów. Gdy huragan uszkodził poszycie i powłokę balonu, a aeronauci wyrzucili już wszystko, co mogli usunąć z kosza, gdy wreszcie pozostali tylko na linach i spadł do wody jeden z nich, dotarli do nieznanej wyspy na Pacyfiku, którą potem ochrzcili imieniem Abrahama Lincolna. Ucieczkę podjęli: inżynier Cyrus Smith, dziennikarz Gedeon Spilett, marynarz Bonawentura Pencroff, chłopiec Harbert Brown oraz służący Nab (Nabuchodonozor), a potem do tego grona dołączył jeszcze, znany z powieści Dzieci kapitana Granta Tom Ayrton – złoczyńca, który przeszedł przemianę na bezludnej wyspie Tabor. Koloniści mają też psa Topa i oswajają orangutana, którego nazwą Jup i uczynią z niego przydatnego kelnera oraz tragarza. Trzeba przyznać, że pisarstwo Verne’a kreuje typ szlachetnego bohatera, kochającego wolność i walczącego o sprawiedliwość. W tym względzie może on jeszcze wiele lat być cenną pomocą w edukacji młodych pokoleń, a jego postacie mogą stawać się wzorami postaw obywatelskich i działań dla dobra ogółu.

1

To, co zapowiadało się sensacyjnie i przykuwało moją uwagę na początku, niestety zaczęło się rozmywać przez naciągane opisy niezwykłych umiejętności Cyrusa Smitha, cudownie ocalonego podczas upadku do oceanu i potem odnalezionego na plaży przez służącego Naba. Koloniści zaczynają zaprowadzać swoje porządki na wyspie i jakoś dziwnie łatwo im to idzie, a problemu nie stanowi nawet wyprodukowanie kwasu azotowego czy siarkowego, bez trudu tworzą dymarki i wytapiają żelazo, a potem kształtują z niego niezbędne narzędzia i instrumenty. Odbywając wędrówki po wyspie, nazywają jej kolejne partie, tworzą też powoli mapę, na której pojawiają się określenia związane z historią Stanów Zjednoczonych, jak i charakterystycznymi cechami danych miejsc. Ich determinacja jest ogromna, a w skrajnych momentach pomaga im jakiś nieznajomy dobroczyńca, który urasta w ich wyobrażeniach niemal do wymiarów boskich. Po zbudowaniu łodzi, kilku kolonistów udaje się do pobliskiej wyspy Tabor, skąd przywozi nieomal zdziczałego mężczyznę. Okazuje się on skazanym na zesłanie dawnym złoczyńcą i piratem Tomem Ayrtonem, który po przyjeździe na wyspę Lincolna, powoli wraca do społeczności i zostaje całkowicie zresocjalizowany, a potem oddaje nieocenione usługi całej grupie. Najbardziej spektakularną interwencją nieznajomego pomocnika jest wysadzenie miną statku piratów, którzy pewnego dnia pojawiają się na wyspie i chcą ją zagarnąć. Gdy sytuacja była już tragiczna, ogromny wybuch wstrząsnął ich jednostką i wyleciała ona w powietrze, natychmiast osiadając na dnie wraz z załogą. Na wyspie pozostało zaledwie kilku złoczyńców, z którymi koloniści prowadzili walkę, póki nie znaleźli ich na brzegu strumienia martwych, jakby porażonych prądem. I tym razem dopomógł im ktoś, kogo nie znali, a kto ujawnił się na końcu powieści. Okazało się, że był to znany z wcześniejszych utworów Verne’a Kapitan Nemo, którego Nautilus zaklinował się w wielkiej grocie i nie mógł wypłynąć w morze. Koloniści docierają do niego w momencie, gdy gaśnie już w nim życie i stają się mimowolnymi świadkami jego umierania. Okazuje się, że to on pomagał im przez cały czas i on podrzucił im butelkę z informacją, że na pobliskiej wyspie Tabor znajduje się człowiek potrzebujący pomocy. Niestety, bogate w wydarzenia życie kapitana Nemo dobiega końca i koloniści stają się wykonawcami jego ostatniej woli, czyli zatopienia go w odmętach oceanu, razem ze statkiem podwodnym, który stworzył. To istotne dopowiedzenie do powieści pt. Dwadzieścia tysięcy mil podmorskiej żeglugi, która nie wyjaśnia czy Nemo poniósł śmierć w odmętach Atlantyku, czy uszedł z życiem z sytuacji nieomal bez wyjścia.

2

Przed śmiercią kapitan Nemo powierzył Cyrusowi Smithowi smutną tajemnicę, związaną ze zbliżającą się wielką katastrofą wulkaniczną. Według niego, wyspa miała zapaść się pod wodę podczas wielkiego wybuchu, spowodowanego wtargnięciem oceanu do głównej niecki lawy. Przerażeni koloniści próbują jak najszybciej ukończyć budowę nowego statku, ale widzą, że katastrofa zbliża się wielkimi krokami, a strumienie lawy niszczą całą roślinność i zabijają przerażone zwierzęta. W końcu następuje przewidywany wybuch i z wielkiej wyspy zostaje tylko niewielka skała, ledwo wystająca ponad poziom wody. Mężczyźni chronią się na niej, ale z powodu braku żywności i słodkiej wody, siły ich coraz bardziej słabną i nie widzą już żadnych szans na ratunek. Ten jednak nadchodzi niespodzianie, gdy na wyspę Tabor przypływa po skazańca statek parowy, a nie znalazłszy go tam – po przeczytaniu wiadomości umieszczonej na wyspie przez kapitana Nemo – kieruje się wprost ku samotnej skale i ratuje skazanych na szybką śmierć kolonistów. Opisy wybuchu wulkanu i jego skutków należą do najlepszych w powieści i warto tutaj zacytować choćby niewielki fragment: W pierwszym tygodniu marca Góra Franklina nabrała znów groźnego wyglądu. Tysiące szklanych niteczek zastygłej w powietrzu lawy spadały jak deszcz na ziemię. Krater znów wypełnił się po brzegi. Lawa przelewała się przez wszystkie zbocza wulkanu. Jej strumienie popełzły po skamieniałych tufach i do reszty zniszczyły nędzne kikuty drzew, które oparły się pierwszemu wybuchowi. Tym razem posunęła się ona południowo-zachodnim brzegiem Jeziora Granta poza Glicerynowy Potok i ogarnęła Płaskowzgórze Rozległego Widoku. Ten ostatni cios, zadany dziełu kolonistów, był zaiste straszliwy. Z młyna, zabudowań ptaszarni i stajen nie pozostało ani śladu. Przerażone ptaki rozleciały się na wszystkie strony. Top i Jup okazywały najwyższe przerażenie, gdyż instynkt ostrzegał je przed bliską katastrofą. Dużo zwierząt zginęło w czasie pierwszego wybuchu wulkanu. Z tych, co ocalały, część znalazła schronienie na Bagnie Podgorzałek, niektóre zaś uciekły na Płaskowzgórze Rozległego Widoku. Jednakże to ostatnie schronienie zostało niebawem odcięte i strumienie lawy, wylewając się poza występ granitowej ściany, runęły na wybrzeże jak ogniste wodospady. Żadne słowa nie potrafią opisać niesłychanej grozy tego widoku. W nocy wyglądało to jak Niagara płynnej surówki hutniczej z unoszącymi się nad nią kłębami rozżarzonych gazów i wrzącymi wirami u dołu. (Przeł. Jadwiga Kaczmarewicz-Fedorowska) Po wielu stronach leniwej narracji, po rozdziałach opisujących wdrażanie skomplikowanych technologii na wyspie, nagle wszystko przyspiesza i staje się prawdziwą literaturą przygodową.

4

Moja trzecia i zapewne ostatnia lektura Tajemniczej wyspy, miała już inny charakter, bo przede wszystkim przyglądałem się warsztatowi pisarskiemu Juliusza Verne’a i łapałem go na niekonsekwencjach autorskich. Nie zgadzają się przede wszystkim daty, jakby trzy tomy trylogii były całkowicie od siebie niezależne, a zazębiające się dzieje nie miały ze sobą wiele wspólnego. Jako chłopak nie zwracałem uwagi na rozdęte opisy wdrażania nowych wynalazków na wyspie, choć wiele z nich pojawiało się w życiu kolonistów zbyt łatwo. To tak, jakby Cyrus Smith był cudownym czarodziejem i dostarczał przyjaciołom wszystkiego, co niezbędne – ot „pstryk” i już jest żelazo, „pstryk” i są odczynniki chemiczne, niezbędne do produkcji środków wybuchowych, a potem „pstryk” i tworzy już wyciągarkę do drutu i rozwiesza na wyspie sieć telegraficzną. Zastanawia też mała inwencja grupy w zakresie wydostania się z wyspy i budowanie łodzi, potem statku i wiązanie przyszłych losów z podróżą oceaniczną, gdy w posiadaniu grupy znalazła się powłoka balonu i wystarczyło ją załatać, skonstruować urządzenie do ogrzewania powietrza, a potem przelecieć niewielką odległość, dzieląca ich od Nowej Zelandii. Skoro umieli wytapiać żelazo i budować różnorakie sprzęty, niezrozumiałe jest to, że nie odtworzyli balonu i nie polecieli na północny-zachód. Trochę raził mnie też ten równy podział dawek narracyjnych, jakby Verne codziennie tworzył jeden lub dwa rozdziały, a potem umieszczał je w ciągu opowieści. Aż prosiło się, by po drodze pojawił się jakiś specjalny wstrząs, a prace kolonistów zostały zakłócone. Dopiero pojawienie się piratów wprowadziło do powieści nieco wigoru i akcja przyspieszyła, chociaż po tym wydarzeniu znowu wiele stron miało charakter usypiający i tworzyło wrażenie, że powieść na końcu rozmyje się w nijakości. Oczywiście wybuch wulkanu wszystko zmienił, ale pojawiły się tez nowe dziwności, jak opisy linii telegraficznej kapitana Nemo, który musiałby chyba być nadczłowiekiem by na tak długiej trasie rozwiesić na drzewach swą sieć. Elementem komediowym w powieści jest postać orangutana Jupa, który zostaje niemal myślącym członkiem całego towarzystwa i bierze nawet udział w walkach ze złoczyńcami. Choć małpy te są bardzo inteligentne, trudno byłoby znaleźć taką, która wykonywałaby czynności opisane przez Verne’a. Podczas dwóch pierwszych lektur nie zadawałem sobie pytań o sens tej powieści, a teraz przez cały czas poddawałem w wątpliwość strategię pisarską autora. Miała to być przecież powieść przygodowa, a zmieniła się w opis pobytu na wyspie i ciągów wdrażania kolejnych udogodnień. W tym względzie przypominała opisy działań Robinsona Cruzoe ze ze słynnego dzieła Daniela Defoe’a i nie wnosiła nic nowego do wykreowanej przez tego pisarza postaci rozbitka. Papierową postacią jest też kapitan Nemo, który potrafi taszczyć na brzeg oceanu wielka skrzynię, odbywa samotną wyprawę łodzią na wyspę Tabor i dokonuje wielu innych cudów, spośród których najbardziej wątpliwy jest stały monitoring tego, co robią koloniści. Jakby dysponował kamerami i z pokładu Nautilusa obserwował kolejne kroki Smitha i jego kolegów. Trzecia lektura niewątpliwie była najbardziej efektywna i nie męczyłem się już tak, jak podczas wcześniejszych spotkań z przestrzenią i bohaterami wyspy Lincolna. A choć wiedziałem jaki będzie rozwój wypadków, narracja i opisy zaciekawiały mnie lub budziły sprzeciw, co – koniec końców – też miało swoją wartość intelektualną.

7

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: