OSTATNIA WALKA BOHATERÓW (8)

by Photos8.com

Nie wiem kiedy po raz pierwszy usłyszałem Scarborough Fair, tradycyjną angielską balladę, której rodowód sięga czasów średniowiecza. Już wtedy organizowano czterdziestopięciodniowy targ w północno-wschodniej Anglii, w mieście Scarborough, leżącym nad Morzem Północnym. W moim życiu pieśń ta pojawiła się, gdy gdzieś usłyszałem piosenkę, powstałą na jej bazie i śpiewaną przez Paula Simona i Arta Garfunkela. Była taka krucha, delikatna i tak pięknie amerykański duet ją interpretował. Choć moja znajomość z tymi chłopakami związana była przede wszystkim z puszczanymi stale w radiu El Condor Pasa i Sound of Silence, to dopiero zetknięcie się z balladą Scarborough Fair spowodowało, że bliżej zainteresowałem się dwiema skrajnie różnymi postaciami o anielskich głosach. Pierwszy zespół założyli w 1957 roku, ale od roku 1964 zaczęli występować jako Simon & Garfunkel, zdobywając wielką sławę i w ciągu zaledwie sześciu lat tworząc wiele przebojów, na czele z piosenkami z filmu Absolwent. Komponował je przede wszystkim Paul, ale bez wysokiego, czystego głosu Arta nie miałyby swego charakteru. Lubiłem dynamiczną piosenkę Mrs. Robinson, monumentalną Bridge Over Troubled Water i pełną siły The Boxer, ale najwięcej wzruszeń wiązało się zawsze z nagłym wybrzmieniem Scarborough Fair, najczęściej z radia, w jakimś samochodzie, w autobusie albo niespodziewanie, na stateczku pływającym po jeziorach mazurskich. To był czas intensywnej nauki języka angielskiego i nagłego odsłaniania się znaczeń licznych utworów, ballad i songów, które wcześniej miały ledwie walor muzyczny, brzmieniowy.

Paul i Art śpiewali tę folkową pieśń, wzbogacając ją o przesłania antywojenne, co znakomicie komponowało się z moją fascynacją ruchem hipisowskim i przeżywaną miłością do ciemnowłosej, zakręconej dziewczyny. Słuchałem w skupieniu dziwnych słów i ciepło rozlewało się w moim sercu: Are you goin’ to Scarborough Fair?/ Parsley, sage, rosemary, and thyme./ Remember me to one who lives there,/ she once was a true love of mine. Nie chciałem odwiedzać żadnego targu, a tym bardziej w dalekim angielskim mieście, ale cieszyło mnie owo połączenie słów: pietruszka, szałwia, rozmaryn i tymianek, jakby to było jakieś magiczne zaklęcie i klucz do wielkiej tajemnicy miłości. Wiele się działo w tamtym czasie i już, po rozstaniu z ukochaną, zawędrowałem z grupą teatralną na wschód kraju. Jednego dnia, gdy słońce było w zenicie, ubrany tylko w czerwoną, bawełniana koszulkę z wizerunkiem Che Guevary i wytarte dżinsy Rifle, przysiadłem na brzegu rzeki i przyglądałem się rybitwom śmigającym nad tonią. Nagle zza moich pleców doleciały słowa: Tell her to make me a cambric shirt/ Parsley, sage, rosemary, and thyme/ Without no seams nor needlework/ Then she’ll be a true love of mine. Bałem się obejrzeć, tak cudowny był ten żeński głos i po cichu dopowiadałem zdania, będące w zamyśle pieśniarzy pogłosem głównego tekstu: On the side of a hill in the deep forest green./ Tracing a sparrow on snow-crested ground./ Blankets and bedclothes the child of the mountain./ Sleeps unaware of the clarion call. Przy ostatnim zdaniu, mówiącym o śnie przy trąbce wzywającej do boju, podniosłem głos i odwróciłem się za siebie. Nieco wyżej siedziała piękna blondynka o długich, słomianych włosach i uśmiechała się do mnie. Miała na zgrabnych nogach pończochy w kolorowe plamy i krótką spódniczkę z dżinsu firmy Lee, jej seledynowa koszulka bez ramion opinała spore piersi, a na szyi nosiła wiele sznurów małych koralików. Jak błyskawica przeleciały przez moją głowę słowa prośby o uszycie koszuli z muślinu nicią, która nie tknie haftu i szwu, a potem znaczenie zdań, które dopiero co wyszeptałem i zaśpiewałem o dziewczynie, śledzącej wróbla i śpiącej na zboczu.

Podszedłem kilka kroków wyżej i usiadłem przy niej, czując, że serca bije mi coraz mocniej i mocniej. Poczułem zapach jej sypkich włosów i zauważyłem, że ma niebieskie oczy, wydęte usta i mały, piegowaty nosek. Kości policzkowe wydatnie wznosiły się, co powodowało, że bardzo przypominała Brigitte Bardot. Uśmiechnęła się lekko, gdy przy niej usiadłem ale nie przestała śpiewać znakomitą angielszczyzną: Tell her to find me an acre of land/ Parsley, sage, rosemary, and thyme/ Between salt water and the sea strands/ Then she’ll be a true love of mine. Nie miałem dobrego głosu, więc dopowiadałem tylko moje kwestie: On the side of a hill, a sprinkling of leaves./ Washes the grave with silvery tears./ A soldier cleans and polishes a gun. Nagle odłożyła gitarę, podała mi prawą dłoń I powiedziała:

             – Jestem Jenny, czy to ciebie zawsze szukałam…?

Nie wiedziałem co mam powiedzieć, ale ona nie czekała na to, przybliżyła się do mnie, objęła mnie za szyję i zaczęła czule całować. Nie pogodziłem się jeszcze z stratą mojej dziewczyny, ale jej usta były ciepłe i zmysłowe, a piersi napierały tak mocno, że w jednej chwili oszalałem na jej punkcie. Całowaliśmy się przez godzinę, zaczepiani przez przechodzących hipisów, aż wreszcie podnieśliśmy się z ziemi i poszliśmy w kierunku hotelu. Mieszkałem z dwoma kolegami w jednym pokoju, ale ona została zakwaterowana w „jedynce”, więc udaliśmy się do niej. Byłem oszołomiony jej bezpośredniością i cały drżałem, nie dowierzając w to, co się wydarzało. Po wejściu do pokoju usiadła na łóżku, wzięła do ręki gitarę i zaśpiewała: Tell her to reap it in a sickle of leather/ Parsley, sage, rosemary, and thyme/ And gather it all in a bunch of heather/ Then she’ll be a true love of mine… usadowiłem się przy niej, objąłem ją ramieniem, a ona powoli odłożyła instrument i wyciągnęła się na łóżku. Przestraszony, ale chciwy ciepła i dotyku, zacząłem zdejmować z niej skąpe ubranie, a gdy zsuwałem z gładkich nóg barwne pończochy czułem w sobie taki żar, jakbym zaraz miał spłonąć. Kochaliśmy się całą noc, pijąc w przerwach piwo z zielonych butelek i nucąc cicho, ze smutkiem, końcowe słowa pieśni Simona i Garfunkela: War bellows, blazing in scarlet battalions./ Generals order their soldiers to kill./ And to fight for a cause they’ve long ago forgotten.

– Nienawidzę wojny – powiedziała.
– Ja też nie cierpię zabijania – odparłem.
– Nie wierzę ci… – zaskoczyła mnie nagle.
– Dlaczego Jenny?
– Bo nosisz na piersiach portret Che Guevary…

Zrozumiałem jej zwątpienie, a choć fascynowałem się wtedy tym bydlakiem, to zrozumiałem, że Jenny jest totalną pacyfistką i nie zgadza się na rozwiązywanie konfliktów przy pomocy siły, nie godzi się na zabijanie niewinnych ludzi, czy to cywilów, czy żołnierzy. Pokiwałem głową i szepnąłem jej do ucha: Are you going to Scarborough Fair?/ Parsley, sage, rosemary, and thyme./ Remember me to one who lives there,/ she once was a true love of mine… Gdy obudziłem się rano Jenny już nie było w pokoju, nie było też jej rzeczy, a na stoliku leżała kartka pocztowa z fotografią Central Parku. Odwróciłem ją i przeczytałem: Don’t search me, don’t ask me… było mi przykro, ale pomyślałem, że może tak powinno to się skończyć, bo nie zapomniałem całkowicie ciemnowłosej. Grupa teatralna Jenny ruszyła rano niewielkim busem, pomalowanym w kolorowe kwiaty, do innego miasta, a ja poszedłem nad brzeg rzeki i długo wpatrywałem się w połyskującą wodę. Gdzieś daleko, z jakiegoś radia, rozlegał się śpiew Simona i Garfunkela, a  moje usta bezwiednie powtarzały: she once was a true love of mine… Parsley, sage, rosemary, and thyme…

BŁĘKITNIEJĄCY PRZESTWÓR

Joseph_Brodsky_1988

Josif Brodski

 DO URANII

Wszystko ma gdzieś swój kres: nawet najdłuższy
smutek. Wzrok więźnie w oknie, jak liść w płocie sadu.
Można napełnić czajnik. Brzęknąć pękiem kluczy.
Samotność jest to człowiek do kwadratu.
Tak dromader, nos marszcząc, obwąchuje szynę.
Pustka rozsuwa się jak portiera. Bo w gruncie
rzeczy – otwarta przestrzeń czyż nie jest jedynie
nieobecnością ciała w każdym punkcie?
To dlatego Urania jest starsza od Klio.
I za dnia, i przy świetle kaganka przymglonym
widzisz: nie zataiła nic i nie ukryła;
spoglądając na globus, spoglądasz w tył głowy.
To tam są bory pełne jagód i jesionów,
rzeki, gdzie gołą ręką łowi się bieługę,
albo – miasto, w którego spisie telefonów
ty już nie figurujesz. Dalej, na południe
czy raczej południowy wschód – pasmo brązowych
gór i koń Przewalskiego turzycę pogryza;
żółcą się twarze. A dalej – płynie przez morze krążownik
i błękitnieje przestwór jak koronkowa bielizna.

przeł. Stanisław Barańczak

Wiersze Josifa Brodskiego są ewokacjami światów, w których poeta realnie bytował, ale jednocześnie są zmysłowymi projekcjami jego przestrzeni wewnętrznych. To jest uważne przypatrywanie się rzeczywistości, dostrzeganie w niej nadrealnych dali, a przy tym wsłuchiwanie się w wewnętrzne brzmienie, w słowa rodzące się na styku wizji i znaczeń. Zaczynając od wanitatywego określenia porządku rzeczy w świecie, poeta przenosi eschatologię na smutek, który musi się skończyć w jakimś miejscu i czasie. Pojawia się zatem rosyjska sielskość, dom w sadzie, ogrodzony płotem, jakże charakterystyczny dla wsi rozsianych w tajdze i tundrze, a w nim czajnik, który napełnia, by zrobić herbatę i rozkoszować się jej smakiem i ciepłem. Posiadanie takiego domu implikuje też obecność kluczy, którymi można brzęknąć, czyniąc z tego odgłosu element stałości, chwilowego utwierdzenia bytu w świecie. Ale dom jest też miejscem, gdzie krzewi się samotność, potęgując doznania i otwierając przestwór wyobraźniowy, pomnażając to, co zdawać by się mogło nieistotne lub błahe. Oto nagle wypływa z nicości obraz dromadera – zwierzęcia występującego na południowych stepach Rosji – który stoi przy szynach i je obwąchuje. To także charakterystyczny element tamtych krajobrazów – tory ginące pośród stepów, wzgórz i pustkowi, krzewów i drzew. Kolej transsyberyjska wymagała ogromnego nakładu pracy, a jej stworzenie możliwe było tylko za sprawą niewolników, których kolejni carowie i Stalin zsyłali na katorgę. Poezja Brodskiego funkcjonuje w oparciu o paradoksy i tak jest też w tym wierszu, gdzie obraz dromadera, ssaka tyleż pięknego co komicznego, ekspanduje wyobraźnię ku głębiom niewidzialnym i rodzi refleksję natury epistemologicznej i ontologicznej. Za jego sprawą pustka nagle rozsuwa się jak portiera i przestrzeń nabiera cech idealności, w której nieobecność ludzkiego ciała staje się elementem konstrukcyjnym dali.

Urania_Pio-Clementino_Inv293-horz

Urania i Klio

Otwarcie przestworu ziemskiego powoduje, że imaginacja podąża ku miejscom, gdzie łączy się on z mitem i kosmosem. Tam króluje Urania, muza astronomii, córka Zeusa i tytanidy Mnemosyne, siostra Erato, Euterpe, Kalliope, Klio, Melpomene, Polihymnii, Talii, Terpsychory. Przedstawiana w sztuce z cyrklem i kulą nieba gwiaździstego, należała do paradnego orszaku boga Apollina. Tutaj występuje w opozycji do Klio, muzy historii i odzwierciedla to kosmiczny i ziemski porządek rzeczy, gdyż Urania operuje pośród wieczności, a Klio ogarnia swoją refleksją ledwie historię ziemską. Obie siostry spotykają się w przestrzeniach mitu i poezji, a tam element kosmogoniczny staje się spoiną istnienia. Brodski snuje swoje refleksje w dzień i w nocy, gdy pojawia się jaskrawość barw i przymglenie, rozpraszane przez kaganek. Ale ziemskie funkcjonowanie obrazu nie ma tutaj większego znaczenia, bo przy otwarciu przestrzeni przez dromadera, stojącego u torów kolejowych i pojawieniu się Uranii wraz z Klio, wszystko zostaje uruchomione, wszystko się przenika i zyskuje nową głębię ontyczną. Gdy uniesie się głowę ku górze widać, że dzieje kosmosu odzwierciedlają światła gwiazd i galaktyk, a także ich odwieczny ruch sferyczny. W takim rozumieniu Urania niczego przed ludzkim wzrokiem nie ukryła, niczego nie zataiła, a wręcz siłą mitu wzmocniła doznania i objaśniła niewiadome. Wszechświat pozornie wisi nad naszym światem, a przecież jesteśmy ledwie jego malutką cząstką, drobinką zagubioną pośród niewyobrażalnych dali. Budując w wierszu apostrofę do Uranii, Brodski ukazuje nasze zagubienie w kosmosie, a także elementarną strukturę świata, w którym nagle się pojawiliśmy i równie nagle znikniemy. Patrząc na globus muzy astronomii, odwracamy się za siebie i kontemplujemy ziemskie głębie i dale, stajemy w obliczu obrazów, które nas kształtują wewnętrznie i stają się elementem konstrukcyjnym wyobraźni, cząstką wielkiej historycznej i astralnej panoramy.

Poeta z żoną

Poeta z żoną

O ile refleksja poetycka rozgrywa się na granicy kosmosu i ziemskości, o tyle istnienie poety lokuje się pośród naturalnych kontrastów – borów, w których pełno jest jagód i jesionów, konstrukcji minimalnych i ogromnych. Tam krzewi się życie i można łowić ogromną, srebrzystą bieługę gołą ręką. Ta anadromiczna przedstawicielka ryb jesiotrowatych jeszcze raz wskazuje w jakich ziemskich przestrzeniach rozgrywa się akcja wiersza. To krainy graniczące z Morzem Azowskim, Morzem Kaspijskim albo nawet Morzem Czarnym, a dalej to głębie i płycizny Wołgi, Uralu, Tereku, Kury, Donu, Dniestru i Dniepru, gdzie bieługi wędrują na tarło i jest ich tak wiele, że można stać na płyciznach i wyrzucać je na brzeg w ogromnych ilościach. Ten pierwiastkowy obraz z przeszłości Brodski zderza z wizją miasta, w którym żył, a potem emigrując do Ameryki, tylko kontemplował swoje nieistnienie w nim, czego symbolem ma być nieobecność w książce telefonicznej. Wiemy z biografii poety, że przez osiemnaście miesięcy przebywał we wsi Norinskaja, nieopodal Archangielska, gdzie czuł się znakomicie, ale jego refleksja w mig pokonuje ogromne przestrzenie Rosji, podążając na południowy wschód ku pasmu jakichś brązowych gór. Może Ałtaju Mongolskiego albo Ałtaju Gobijskiego, gdzie swobodnie pasie się Koń Przewalskiego, podgryzając turzycę, roślinę rozpowszechnioną niemal na całym świecie. Twarze ludzi tam się żółcą, bo to tereny zamieszkiwane przez ludy mongoloidalne, w których mitach dziki koń odgrywa wielką stwórczą rolę. Wyobraźnia poety nie zna granic, więc podąża dalej, ku Morzu Kaspijskiemu albo ku Oceanowi Indyjskiemu, gdzie błękitnieje przestwór, kojarzący się mu z koronkową bielizną. Powszechnie wiadomo, że Brodski miał piękną żonę Marinę i erotyka odgrywała w jego życiu i twórczości ogromną rolę, ale tutaj ta koronkowa bielizna staje się końcowym paradoksem i ozdobnikiem zarazem, a przy tym elegancko zamyka przestrzeń wiersza, w którym twórca podąża od kosmosu do krain ziemskich, od antycznego piękna Uranii i Klio, po subtelny element ubioru, podkreślający urodę i subtelność współczesnej ziemskiej kobiety.

Grób Josifa Brodskiego na weneckiej wyspie San Michele

Grób Josifa Brodskiego na weneckiej wyspie San Michele

MAKOLĄGWA

Samiec makolągwy - Foto Wikipedia

Samiec makolągwy – Foto Wikipedia

W połowie grudnia zeszłego roku obserwowałem przez kilka minut spore stado mazurków, które przysiadało na trawniku, cos tam dziobało zawzięcie, a potem unosiło się jak na komendę, oblepiało świerki i cedry w ogrodzie, przy jednym z bloków. Początkowo zainteresował mnie ruch wahadłowy stada, jakby jakiś przewodnik dawał sygnał i następowała zmiana położenia, ale po chwili moją uwagę przykuł nieco większy ptak, z wyraźnymi białymi lotkami i dłuższym ogonem. Nie od razu zorientowałem się, że była to samica makolągwy (Linaria cannabina), charakterystycznego europejskiego łuszczaka, migrującego czasowo w okresie zimowym, umykającego przed mrozami północy i przesuwającego się na południe, aż do Północnej Afryki i Wysp Kanaryjskich. Samce, w szacie godowej mają czerwone piersi i czoło, brzuch jasny, z bladymi smugami, a na lotkach i sterówkach białe obrzeża. Zaobserwowana samica, do której upodabnia się samiec po okresie godowym, zachowywała się dziwnie, bo spóźniała się ze startem z trawnika, jakby buntowała się na decyzję mazurków. Podobnie czyniła, gdy stado zrywało się z iglaków, dość długo przekrzywiając głowę i wyraźnie skupiając swoją uwagę na mnie. Ptaki te żywią się przede wszystkim nasionami chwastów, nie gardzą też niewielkimi owocami krzewów i drzew, a wiosną i latem chwytają też owady (pająki, komary, muchy, chrząszcze), ale prawdziwie gustują w nasionach konopi. Charakterystyczny, falisty lot pozwala wstępnie oznaczyć duże stada makolągw podczas przelotów na południe, choć zdarza się, że mieszają się one z innymi ziarnojadami, szczególnie z mazurkami, dzwońcami i szczygłami. Decydująca jest tutaj wielkość, nieco zakłamywana przez duży ogon i biel na skrzydłach, a także stroszenie się, szczególnie podczas hałaśliwych gonitw. Rajem dla nich są pełne chwastów nieużytki, miedze i miejsca, gdzie pola łączą się z plątaniną krzewów i mniejszych drzew. Uszczęśliwiło mnie to spotkanie z ruchliwym ptakiem, na przyczepkę latającym z mazurkami, ale jakoś nie zobaczyłem samca, co mogłoby sugerować, że miałem do czynienia z ptasia wdową, szczególnie doświadczoną przez los. Powoli ruszyłem dalej, mając nadzieję, że to tylko chwilowe odłączenie od innych makolągw albo moje przeoczenie samca, który mógł przecież ukryć się między gałązkami iglaków.

Samica - Foto Wikipedia

Samica – Foto Wikipedia

Newer entries »

%d blogerów lubi to: