ALEJA KLONÓW (21)

aec04331c3e60e95d2d691faf5adec99-horz

Co jakiś czas ojciec uznawał, że mam za długie włosy, brał mnie za rękę i prowadził do fryzjera Frosta. Jego malutki zakładzik mieścił się na parterze dwupiętrowej kamienicy z czerwonej cegły, wybudowanej dawno temu i nigdy nie otynkowanej. Strasznie bałem się tych wizyt, tym bardziej, że mistrz czasami śnił mi się w nocy i przemieniał się wtedy z niewielkiego człowieczka w piekielnego potwora, czarnego karalucha, wielkiego smoka, albo monstrualnego nietoperza. Nie wiedziałem co znaczył jego szelmowski uśmieszek i nerwowo ruszający się wąsik, dla żartu uruchamiane wielkie małżowiny uszne i stale poprawiany małym grzebykiem przedziałek na środku głowy. Dopiero po latach uznałem, że był bardzo podobny do Franza Kafki, tylko ten hitlerowski wąsik absolutnie nie pasował do jego fizjonomii. Ojciec wprowadzał mnie do fryzjerni i Frost zacierał ręce, wyciągał zza szafy specjalną deskę i zapraszającym ruchem prawej ręki wskazywał, że mam na niej usiąść. Z trudem wdrapywałem się na nią, a on ustalał z moim rodzicem, jak ma obciąć moje włosy.

       – Przytnij delikatnie, leciutko, żebym go mógł czesać w pizdeczkę… – mówił mój ojciec i kreślił rękoma jakieś koła w powietrzu.

      – Dobra, dobra… w pizdeczkę, jasne, jasne… w pizdeczkę…

Siedziałem jak na rozżarzonych ogniach, wierciłem się nerwowo i czekałem z bijącym sercem na bieg wypadków. Fryzjer jeszcze coś ustalał z tatą, ale już strzygł powietrze ostrymi nożyczkami, raz to zbliżając się do mnie, raz oddalając, aż w końcu założył mi białe okrycie, zawiązał je pod szyją i zaczął sukcesywnie ścinać włosy. Przy każdym zbliżaniu się odgłosu cięcia bałem się, że zetnie mi płatek ucha, ale był ostrożny, tym bardziej, że ojciec był w pobliżu. Usiadł na krzesełku i przeglądał jakąś świńska gazetkę, którą mu Frost wyjął specjalnie z szuflady. Raz po raz zerkał na otwarte właśnie strony i mrugał porozumiewawczo do ojca, który tak się usadowił, żebym niczego nie widział. Nie wiedział, że ciąg luster odbijał od siebie obrazy i w górnym, prawym rogu tafli, przed którą siedziałem, widziałem fragmenty kolorowych fotografii, prezentujących wielkie biusty, nagie tyłki, łydki i uda pięknych kobiet. Poczułem, że mój siusiak naprężył się mocno i bałem się, że fryzjer zauważy to przez białą powłokę, ale on tak był zaaferowany swoją pracą, że nie widział odbić w górnej części lustra i tego, co działo się ze mną. Był osobą głęboko nieszczęśliwą, bo ożenił się z dziwką Yvette, która nie mogła zapomnieć swoich szaleństw, siedziała na piętrze w różowym, muślinowym szlafroku i piła wódkę na przemian z winem. Zdarzało się, że nagle zrzucała z siebie wszystko, zbiegała po schodach i naga pędziła przez ulicę. Dołączał czasem do niej Wuja Koniś i tak, niczym dwa konie w zaprzęgu, pędzili obok siebie przez Aleję Klonów. Yvette farbowała sobie loki na blond, miała czarne oczy, używała jaskrawych szminek i przeklinała jak szewc, czego nauczył ją ostatni alfons, dawny mistrz bokserski.

Nożyczki zgrzytały metalicznie i moje obfite włosy lądowały najpierw na białej szacie, a potem zsuwały się na podłogę. Co jakiś czas Frost przekręcał moją głowę, odchodził na niewielką odległość, przekrzywiał tułów, podchodził do ojca, zaglądał do gazetki, uśmiechał się lubieżnie, mrugał oczami i potakująco kiwał łepetyną. Potem wracał do mnie i jeszcze ścinał jakieś odstające włosy, jeszcze coś wyrównywał, dmuchając z impetem w jakieś miejsce głowy. Zbliżała się chwila, której bałem się najbardziej i zacząłem się nerwowo wiercić na desce, zerkać na boki i szukać pomocy u ojca, który z niczego sobie nie zdawał sprawy, a tylko zawzięcie wertował kolejne kolorowe karty czasopisma. Frost sięgnął po brzytwę i zaczął ją ostrzyć na specjalnym skórzanym pasie z napisem Juchten u góry, a potem namydlił mi tył szyi i zaczął delikatnie wygalać resztki włosów. Miałem łzy w oczach, bo przypomniałem sobie niedawny sen, kiedy to fryzjer przeistoczony w czarnego diabła z głową karalucha i ruchomymi czułkami, podcinał mi gardło, świstał brzytwą w powietrzu i śmiał się szyderczo. Na szczęście długo to nie trwało i golibroda odłożył brzytwę, wytarł mi resztki mydła białym ręcznikiem i zaczął spryskiwać włosy jakimś płynem, intensywnie pachnącym jak woda kolońska. Potem niedelikatnie zaczął wmasowywać kosmetyk w moją skórę i czesać wielkim grzebieniem w brązowe i białe plamy, odsuwając na bok pokaźną grzywkę. W końcu odwiązał białą szatę, zmiótł ze mnie włosy specjalną, mięciutką szczotką, stanął obok i znacząco chrząknął do ojca. Ten natychmiast zamknął pisemko, odłożył je na jakiś stoliczek i przysunął się do mnie, coraz bardziej czerwieniejąc na twarzy.

     – Coś ty zrobił najlepszego Edziu – wyrzucił z siebie – miało być w pizdeczkę, a ty zrobiłeś z niego Hitlerka…

Spojrzałem na swoje odbicie w lustrze i zauważyłem spore podobieństwo do znienawidzonego wodza III Rzeszy, tylko wąsika mi brakowało. Frost natychmiast się naprężył, zrobił kilka kroków do przodu i do tyłu, spojrzał na mnie w lustrze, lekko odgarnął grzywkę grzebykiem w drugą stronę i syknął:

    – A teraz…?

    – Hitlerek chłopie, ostrzygłeś go na Hitlerka… mówiłem ci, że chcę go czesać w pizdeczkę… ach, z tobą tak zawsze, wszystkie dzieciaki strzyżesz jakby miały iść do Hitlerjugend…

   – No co ty gadasz bracie – przymilał się fryzjer – To tylko kwestia uczesania…

Ojciec obchodził mnie z każdej strony, nie bacząc na to, że ryczałem już w niebogłosy i chciałem jak najszybciej zejść z deski. Wreszcie nakazał mi wymownym skrzywieniem twarzy posłuszeństwo, sięgnął po jakiś grzebyk i zaczął mi robić przedziałek na środku głowy.

Miałem już dosyć fryzjera i coraz mocniej manifestowałem swoją dezaprobatę dla tego, co dwaj mężczyźni nade mną wyprawiali. Tata przeczesał mnie, ale skrzywił się bardzo, spojrzał na kompana, a gdy ten też zrobił dziwny grymas twarzy, zaczął czesać mnie do tyłu, unosząc włosy do góry. I to się nie spodobało, więc zwrócił się do fryzjera:

    – Wiesz co, ty skróć te jego włosy, idą upały, po co ma się męczyć…?

   – Znaczy maszynką…? – spytał Frost.

  – Najlepiej maszynką… tak będzie najszybciej – odparł.

Z przerażeniem przyglądałem się jak moja głowa się zaokrągla, a włosy spadają na ponownie rozpostartą białą materię. Tego było za wiele i zacząłem chlipać, pociągać nosem, aż ojciec szturchnął mnie ze dwa razy w ramię, wyciągnął kretonową chusteczkę z kieszeni i kazał mi wydmuchać nos. Fryzjer przerwał na chwilę, obiegł mnie szybko i cmoknął z zachwytem. Tak samo obszedł mnie dookoła ojciec i też wydał z siebie dźwięk aprobaty, jakieś takie długie syknięcie. Zostałem ponownie otrzepany, wyszczotkowany, tata zapłacił fryzjerowi i wyszliśmy z zakładu, kierując się do domu. Popłakiwałem cicho, bo to, co zobaczyłem w lustrze na końcu roboty Frosta, prawdziwie mnie wystraszyło. Nie byłem podobny do siebie, a moja głowa zmieniła się w coś, co mój dziadek nazywał zawsze łysą pałą. Minęliśmy po drodze Wuja Konisia, który zmierzał ku Pięknej, a na mój widok zatrzymał się i zaczął rżeć przeraźliwie, jak zraniony koń. To jeszcze bardziej mnie przeraziło i zacząłem beczeć najgłośniej jak umiałem, powodując zamieszanie na ulicy i wychylanie się ludzi z okien kamieniczek. W końcu doszliśmy do domu, a gdy przekroczyłem próg prawie zderzyłem się z prababcią, właśnie wychodzącą do siebie. Gdy mnie zobaczyła, wzięła się pod boki i zaczęła rechotać jak żaba, odwracać się do mojej matki i pokazywać palcem ogoloną głowę.

  – Zobacz ino jak ten go obrąbał… – zaskrzeczała – Toć Lenina z niego zrobił, łysego Lenina z niego zrobił…

Nie wiedziałem jeszcze wtedy kim był Lenin i co to znaczyło, ale reakcja mojej matki, która wyzwała ojca od cymbałów i kazała mu się wynosić do gołębnika, uświadomiła mi, że nie akceptuje tego, co się stało. Gdy prababcia przestała się histerycznie śmiać, mama podeszła do mnie, zaczęła mnie głaskać po głowie i pocieszać z czułością:

  – Nie martw się, włoski szybko odrosną, a ojcu to ja powiem co swojego… pożałuje, pożałuje, że tak cię urządził.

Chciałem się zemścić i powiedzieć mamie, że przeglądał u fryzjera gazetkę z gołymi babami, ale byłem tym wszystkim tak zmęczony, że położyłem się na kanapie i szybko zasnąłem. Matka przykryła mnie kocykiem, pogłaskała jeszcze raz po głowie i odeszła do kuchni. A mnie natychmiast przyśniła się naga Yvette z papierosem w cygarniczce i fryzjer Eduardo, wyglądający jak czarny anioł z rogami i skrzydłami smoka, z głową Franza Kafki, a po chwili Lenina, a potem Hitlera. To przybliżał się do mnie, to oddalał, aż w końcu zapadł się bez reszty w głębie mojego snu, odpłynął w niebyt i pękł jak bańka mydlana. I tylko wielki czerwony sztandar powiewał na wietrze, a w dali słychać było strzyżenie nożyc fryzjerskich i jakieś patetyczne przemówienia, wykrzykiwane po rusku albo po szwabsku. W końcu i one ucichły, a w moim śnie rozlała się cudowna błogość… lekkość i cisza.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: