SEN XXXII

z12342093Q,Krypta-w-podziemiach-klasztoru-OO--Reformatow

Szedłem przez długi i mroczny korytarz. Ze wszystkich stron nachylały się ku mnie zdeformowane twarze. Cuchnęły przetrawioną wódką i czosnkiem. Patrzyłem na nie niewidzącym wzrokiem i powoli posuwałem się do przodu. Pod nogami szeleściły mi zetlałe kości i strzępy skruszałych całunów. Chitynowe pancerze karaluchów trzaskały raz po raz, czasem stopa ślizgała się na czymś miękkim i galeretowatym. Twarze wykrzywiały się i naginały ku mnie coraz natarczywiej. Rysy ludzkie zmieniały się w zwierzęce, a te ewoluowały ku kształtom abstrakcyjnym. W wirze pojawiających się i znikających rysów, krzywizn i tonacji migały oczy, usta, włosy morderców i świętych, cnotliwych dziewic i rozpustnic, dumnych mężów i żebraków. W pewnym momencie wszystkie facjaty przybrały rysy mojej twarzy – młodej, dorosłej i nienaturalnie postarzonej. Przez chwilę miałem wrażenie, że czas przyspieszył i mam już za sobą prawie całe życie. Nisze w kamiennym murze otwierały się i z pulsującej mgły wychodzić zaczęły trupy dawno zmarłych zakonników. Czekały aż je wyminę, a potem ruszały za mną w somnambulicznym pochodzie. Czasem od strupieszałych ciał odpadał zżółkły piszczel, czasem czaszka potoczyła się w ciemność, albo krucyfiks upadł z trzaskiem na posadzkę. Szedłem ku wielkiemu refektarzowi, a gdy się tam znalazłem usiadłem przy czarnym stole. Po chwili schodzić się zaczęli martwi alumni i zakonnicy. Na koniec przykuśtykał na pół zgniły przeor. Usiadł naprzeciwko mnie i zaczął gregoriańską pieśń …Salus et gloria et virtus Deo nostro est… przerwał na chwilę i spojrzał ku mnie. Poczułem się nieswojo ale szybko dokończyłem quia vera et iusta iudicia sunt eius… Zakonnicy złożyli kikuty jak do modlitwy i zaśpiewali metalicznym głosem …Alleluia, alleluia…

– Tedy powiadasz bracie Gwalbercie, że przysłał cię Pan z dobrą nowiną. Tedy każesz nam wstać z grobu i ruszyć na niebieskie pastwiska…? – nieoczekiwanie odezwał się jakiś purpurat stojący po prawicy przeora.

– Zaiste czcigodny bracie… Jako rzekłeś…

– A skąd mamy wiedzieć czy nie przybywasz z czeluści piekielnych…?

– Jeno sumienie wasze musi wam podpowiedzieć co należy czynić…

– Ano, ano…

– Dopełnił się cykl astralny, w tysiącach galaktyk wybuchły gwiazdy supernowe. Wszechświat osuwa się w metafizyczną czeluść…

– Czeluść powiadasz, bracie Gwalbercie, czeluść…

– Jako rzekłeś ojcze przeorze…

Spojrzałem na zakonnika i spostrzegłem, że z twarzy spadł mu na stół sporych rozmiarów kawał ścierwa, odsłaniając prawy, pusty oczodół. Podniósł ochłap i beznamiętnie rzucił za siebie, jakby karmił sforę zgłodniałych psów.

– Ale Pan nasz jest fundamentem, którego nic nie skruszy… – odezwał się gruby mnich, siedzący przy drugim końcu stołu.

– Tak, tylko że Szatan wygrał wiele wojen i zaminował ogromną część nieba… – powiedziałem.

Zakonnicy poruszyli się niespokojnie, na stół spadł zżółkły czerep, nadgniłe przedramię i kilka zbrązowiałych palców. Przeor dał znać stojącemu w rogu kościotrupowi w liberii i ten wskoczył na stół, zebrał wszystko i zeskoczył z chrzęstem na podłogę. Dopiero wtedy zaczął mówić, cedząc każde słowo:

– Nie wierzę ci bracie Gwalbercie i czuję wokół ciebie piekielną woń siarki…

– Trudno ojcze, żebyś nie czuł, skoro przeszedłem przez piekło by do was dotrzeć – odrzekłem.

Dwóch tyczkowatych braci skoczyło z krzeseł, gubiąc palce u stóp i jednocześnie powiedziało, akcentując rytmicznie słowa:

– Ojcze przeorze, nie wierz mu… Z piekła przyszedł, bo z piekła jest rodem…

Szybko zlustrowałem wzrokiem wszystkich braci i spostrzegłem, że przestrzeń refektarza rozsunęła się rozlegle, a za siedzącymi przy stole pojawiły się nieprzebrane tłumy pustych habitów. Ruszających się lekko, jakby powiewały na wietrze i reagujących na moje słowa. Nagle przypłynął do mnie wielki kształt i poczułem, że pusta przestrzeń pod kapturem wpatruje się we mnie uważnie.

Wydobyłem spod okrycia wielki złoty krzyż, wysadzany rubinami i szmaragdami, uniosłem go w górę, poczekałem aż gwar ucichnie i krzyknąłem:

– Przysięgam, że Pan mnie tu przywiódł i wzywa was by porzucić groby, zatęchłe krypty i ruszyć ku niebu!

– Wierzę ci bracie Gwalbercie, ale ojcowie i purpuraci domagają się znaku – powiedział przeor, jakby deklamował odwieczną sentencję mszalną.

– Niewierny Tomasz też chciał dotknąć ran Jezusa… – zacząłem a po chwili dodałem – ale dobrze, jeśli chcecie znaku, zaraz wam go objawię…

Czaszka okryta resztkami skóry, z wielką, złoconą mitrą na szczycie, spadła z hukiem z tułowia wysokiego duchownego i roztrzaskała się o podłogę. Wtedy sam kadłub wstał od stołu, by upaść obok i rozsypać się w drobny pył. Uniosłem ręce ku niewidzialnemu niebu i rozpaczliwie zawołałem:

– Panie, Panie, uczyń znak, bo domagają się go bracia i ojcowie, dawno zmarli biskupi i kardynałowie…

Wszystkie truchła uniosły głowy ku górze, a wtedy sklepienie rozsunęło się i spływać zaczęły z nieba ogromne rzesze aniołów. Gdy przybliżyły się do refektarza zimny dreszcz przeszył całe moje ciało, bo wszystkie duchy skrzydlate były czarne i brunatne. Właśnie zbliżył się do mnie wielki skrzydlaty twór ze skrzydłami nietoperza, zobaczyłem jego przekrwione oczy i poczułem odór straszliwy siarki, opar bagienny i smród rozkładu. Wpatrzył się we mnie i dmuchnął z wielką mocą w stronę zakonników, wywołując nagły huragan. Na pół zgniłe i strupieszałe ciała zaczęły rozpadać się i uderzać jedno o drugie i tylko przeor trwał na swoim miejscu, śpiewając pieśń pochwalną i przeklinając raz po raz Szatana.

– Mówiłem, że to piekielna bestia… Szatan bracia do nas zawitał – krzyczał histerycznie gruby kanonik – Uciekajmy, chowajmy się w trumnach i kryptach, zamykajmy wieka i marmurowe płyty… Chrońmy się przed Szatanem…

– Przeklinam cię bracie Gwalbercie – syknął z mocą przeor, a wtedy nagle wszystko ucichło, rojowisko czarnych aniołów oddaliło się i zgasło, sklepienie zamknęło się z hukiem i bracia wdrapali się z powrotem na wielkie krzesła.

Uniosłem się nad podłogą, zatoczyłem dwa koła w powietrzu i popłynąłem w kierunku przeora. Złapałem jego głowę i jednym szarpnięciem oderwałem ją od tułowia i zanim bracia zdążyli się poruszyć, przeniknąłem ściany podziemi i poleciałem ku rysującym się w dali wielkim wirom upadłych aniołów. Ich pióra, jak okrycie kruków i gawronów opalizowały złociście, odbijały światło księżyca i lśniły pośród mroku. Jeszcze usłyszałem jak spod ziemi dobiega odgłos przeciągłego …Alleluia, alleluia…, jeszcze spojrzałem na moje migotliwe odbicie w tafli wielkiego stawu. Miałem czarne skrzydła, czarny tułów, ręce i nogi, a nad moją głową rysowały się potężne czerwone rogi.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: