DALEKA GWIAZDA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

   Poezja Józefa Banaszaka jest próbą uchwycenia świata w kadrze słowa, w błysku migotliwej świadomości, wyodrębniającej strukturę i kształt, szukającej symbolicznych miejsc i zdarzeń. Czas jest w niej odzwierciedleniem ruchu w przyrodzie, zmienności pór roku, rozkwitu kaczeńców i więdnięcia liści jesionu. Zielona trawa pod stopami potwierdza realność istnienia, prawdę dotyku, wspólnotę podążania od chwili pierwszej do ostatniej – od doświadczeń dziecka do odwiedzin po latach starego domostwa. Wspomnienie i powrót do miejsc przeszłości zyskuje tutaj wartość niezwykłą, zamyka symbolicznie ogromne przedziały życia i generuje refleksje epistemologiczne i eschatologiczne. To są wspomnienia bliższe i dalsze,/ coraz wnikliwsze, namacalne, to rodzaj dopominania przeszłości, zdejmowania kolejnych warstw, kolorowych błon, to przenikanie mgieł i szarości, a czasem smolistej czerni dalekich dni i nocy. Poeta pragnie zaakcentować swoją pokorę w stosunku do natury, eksplodującej na wiosnę i natychmiast anektującej jego świadomość, włączającej ją w obręb wielkiego systemu pachnących hiacyntów i koziołkujących w powietrzu czajek, błękitu nieba nad Narwią i wiatru grającego w gałęziach wierzb. Doskonale widać w tych wierszach jak wielką rolę odgrywa przyroda w życiu autora, jak wytycza kierunki rozwojowe i staje się lustrem niezwykłej wrażliwości, wielką tęsknotą i spełnieniem się dziecinnych marzeń. Ale wejście w jej obręb ma też coś z magii, otwierania się cudownego ogrodu, w którym obowiązują prawa narodzin i śmierci, ale też istnienia energetycznego i odwiecznego pulsowania kosmosu: Między wczoraj a jutrem/ – jedno dzisiaj,/ jak życie jętki:/ Między przeszłością a przyszłością. Ulotność naszego świata rekompensują doroczne odrodzenia, a waga śmierci zostaje pomniejszona przez dźwignięcie się przyrody z martwoty zimowego snu i śpiew skowronka nowego czasu.

Kościół w Wierzenicy

Kościół w Wierzenicy

   Ogromną rolę odgrywa w tych wierszach ściśle określona topografia, najczęściej okolic Wierzenicy i Lednicy, gdzie poeta się urodził i wychował, a potem ustalił te miejsca jako swoją liryczną i filozoficzną ojczyznę. Tam przy krypcie grobowej Augusta Cieszkowskiego rozmyśla o upływie czasu i ułudzie ludzkiej wielkości, tam ma do czynienia z ontologią zdarzeń pierwiastkowych dla jego życia i dla egzystencji tych, których spotyka na swej drodze, obdarza przyjaźnią i próbuje zrozumieć pośród chaosu naszego świata. To są nieustanne powroty i odjazdy, to są radosne przybycia, po okresie nieobecności i wciąż nowe sprawdziany realności natury, prawdy miejsc i elementów, chwil nad strugami i w obliczu wielkich drzew. Tak się objawia poecie świętość istnienia, immanentna energia, tkwiąca w każdej cząstce ożywionej materii – dlatego wielbi chwile na łonie przyrody, a potem wyznaje: I znów mam ochotę uklęknąć/ przed bladozielonym krzewem,/ przed cudem życia,/ i tajemnicą przemijania. Śmierć krzewi się wszędzie i wzrost czarnego bzu, rokitnika czy tawuły postrzegać można tylko jako proces w czasie, kolejne stadia rozwojowe w drodze ku więdnięciu, jest wszakże coś, co wypełnia pustkę, co koi i daje poczucie jedności z innym bytem: Nawet jeśli pyłem jestem,/ w tej części galaktyki/ z tobą nim jestem. Miłość i jedno muśnięcie rzęs ukochanej łagodzi wszystko, daje poczucie bezpieczeństwa, unii przemijalnych istnień, jednako tonących w wieczności i odchodzących w niepamięć wieków, tysiącleci, miliardów lat. To jest zderzenie subtelności życia i grozy przemijania, możliwe do wyrażenia tylko w poezji, w nieustannym lirycznym czuwaniu, gotowości by podjąć wyzwanie i odpowiedzieć ulotnym lirykiem na takie zdarzenia kosmiczne jak lot pszczoły nad kwiatem ostropestu albo pojawienie się chrabąszcza w perspektywie wieczornego nieba i jaśniejącej na nim konstelacji Wielkiej Niedźwiedzicy. Sens egzystencji uchwycić można w chwili, wyodrębnionej w wierszu i utwierdzonej w słowie, stającej się elementem znaczącego ciągu przyczyn i zdarzeń, transcendencji szczegółów i niewyobrażalnych wielkości kosmicznych. Jeśli świadomość zauważa elementarną strukturę i podąża od stawu zarośniętego trzcinami na niewielkiej planecie Układu Słonecznego do dalekich gwiazd, potwierdza realność doświadczeń i prawdę bytu.

62

   Wiersz bywa u Józefa Banaszaka przestrzenią wspomnień, bolesnych albo świetlistych przywołań ważkich zdarzeń życiowych i centralnych postaci. Pretekstem bywa powrót myślą do czasów dzieciństwa albo stara fotografia: Stale patrzę na twoją fotografię,/ ojcze:/ za tobą ogród, kilka uli z pszczołami/ zamknięte chruśniakiem./ Twój mały świat,/ a przecież nie mały,/ dalej były pola –/ ten ich patchwork zmieniających się barw,/ których tak mi brakuje dzisiaj./ I to nocne niebo,/ którego miałeś w nadmiarze –. Spojrzenia ojca w niebo stają się odwieczna modlitwą tych, którzy jak on unosili głowę ku górze i szukali tam znaku, że istnienie jest święte. Potwierdzeniem bywa też codzienność, w której najważniejszą rolę odgrywa miłość i nie jest dziełem przypadku, że wiersz o ukochanych pszczołach, które właściwie ukierunkowały jego życie i nadały mu impet, poeta dedykuje żonie, lokując ją w tej samej serdecznej przestrzeni. I choć wyrazisty w tych lirykach jest ton zmęczenia, smutku z powodu przemijalności świata, to powrót myślą do przeszłości daje wytchnienie: Wspomnienia to opatrunki/ na serce,/ gdy czas nas zmęczy./ Przylepiamy jak plastry:/ obrazy rodziców przed domem,/ ojca przy ulach,/ matki w ogródku,/ grządki kwiatów –/ narcyzy, astry i lwie paszcze,/ jabłoń obsypująca ogród/ białymi płatkami śniegu,/ i zielony agrest/ smakujący jak konfitura,/ jak nigdy później. Wspomnienia jak plastry na rany, jak kojące ból serca opatrunki – jakież to funkcjonalne porównania, dodatkowo doskonale komponujące się z esencjonalnością liryki Banaszaka. Nie znosi ona patetycznych uwzniośleń, uderzeń w bębny i wielkie talerze, raczej przyporządkować jej należy smutek wiolonczeli, delikatne pohukiwania fagotów albo tęskny śpiew fletu. Zaduma nad sobą idzie tutaj w parze z zamyśleniem nad światem i próbą systematyzacji zdarzeń, dotarciem do istoty rzeczy, do tego, co stało się podłożem działań. Ale przecież najważniejsze jest końcowe, epikurejskie pogodzenie ze zrządzeniami losu, odrzucenie niepotrzebnego buntu i oswojenie śmierci. Przecież nic się nie zmieni – I rechot żab będzie dochodził znad wody/ i motyl wpadnie do pokoju… – tylko zamknie się jakiś przedział czasu, jak wiele innych okresów, a syn poety patrzący w niebo, zobaczy ojca w blasku dalekiej, lśniącej srebrzyście gwiazdy. I może uroni łzę, a może uśmiechnie się, ogarniając myślą wielkie dzieło życia i własne chwilowe istnienie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: