ALEJA KLONÓW (19)

chagall

Każdego dnia, od wiosny do jesieni, Janek Wodogłowiec stał w drzwiach niskiego domu przy Alei Klonów i patrzył na przechodzących ludzi, przejeżdżające wojskowe ciężarówki i wyładowane węglem furmanki. Ubrany w jasne, poplamione, drelichowe spodnie, które dał mu ojciec, malarz pokojowy Mundek, codziennie wracający do domu pijany. Na górę zakładano mu bordowy, rozwlekły sweter, który kiedyś matka zrobiła na drutach, a na nogach najczęściej miał wykoślawione robocze buty, też przytaszczone z jakiejś budowy. Niektórzy się go bali, ale ja chętnie przy nim przystawałem i próbowałem nawiązać dialog, dawałem nieszczęśnikowi jakieś cukierki, ciastka, czasem kawałek chleba ze słonym masłem albo ze smalcem i skwarkami. Miał głowę trzy razy większą od innych ludzi, do tego zdeformowaną jak ogromna dynia, wyrastająca bezpośrednio z korpulentnego tułowia. Jego wielkie, czarne, wyłupiaste oczy nieustannie były w ruchu i sondowały przestrzeń przed nim, a nienaturalnie małe ręce zwisały bezwładnie, czasem tylko wznosząc się lekko w górę, jakby bolesny kurcz dawał im znać, że mają drgnąć. Nogi też były za krótkie, stopy przesadnie rozrośnięte, a kolana wykrzywione jak przy chorobie Heinego-Medina. Na czoło zawsze występowały mu krople potu i zlepiały rzadkie włosy, które tworzyły coś w rodzaju polepy, czarnego zwieńczenia koślawych kształtów. Chwiał się lekko i wyglądał jakby miał za chwilę upaść na ziemię, co też czasami się zdarzało i dopiero dobrzy ludzie go podnosili, jakieś kruche staruszki, młodzież, przechodzący mężczyźni z innych dzielnic. Ale bywało, że leżał tak bardzo długo, a nie radząc sobie z własnym ciałem, roztaczał wokół siebie smród nie do wytrzymania i przyciągał wielkie czarne muchy. Czasem oblepiały go gęsto i żerowały na nim jak na koniach w pobliskiej stajni jednostki wojskowej.

marc_chagall_shop_t_postcard_20

Gdy ojciec wracał z roboty, podnosił go z ziemi, albo brał pod ramię i prowadził na ogród, gdzie stawiał pod jednym z drzew, odkręcał wodę i polewał go z gumowego węża, wywołując bełkotliwe skargi, jakieś potworne buczenia i rozpaczliwe krzyki. Potem wycierał go szmatami i zabierał do komórki za domem, gdzie Janek mieszkał razem z psem, kurami i królikami. Do domu nie miał wstępu, a zimą matka kładła mu brudny materac w piwnicznej kotłowni, gdzie stale było ciepło, ale czasami z pieca wydzielał się czad i zdarzało się, że Wodogłowiec prawie umierał, ale za każdym razem powiew świeżego powietrza przywracał go do życia. Malarz pokojowy, który go spłodził z urodziwą krawcową zaraz po wielkiej wojnie, mówił, że Bóg go pokarał, za to, że zatłukł szpadlem i siekierą wielkiego owczarka niemieckiego, uprowadzonego zza komendy Gestapo. Niemcy używali go do szczucia ludzi, zagryzania dzieci i kobiet, a malarz pewnego dnia postanowił, że wykradnie go, zawlecze w jakieś ustronie i bez litości zabije. Długo czekał na stosowna okazję, a gdy wreszcie nadarzyła się, podrzucił psu kawał mięsa z trucizną na szczury. Pies stracił przytomność i kat wpakował go do jutowego wora, zarzucił na dwukołowy wózek i wywiózł na obrzeże mętnej glinianki. Tam wyrzucił ledwie dychające zwierzę na brzeg i zaczął tłuc łopatą, odrąbał nogi siekierą, a potem, jeszcze drgające ciało, pokawałkował szpadlem, najpierw odcinając łeb. Szczątki zepchnął do wody i z satysfakcją patrzył jak ruszyły ku nim z zarośli wielkie szczury. Gestapowcy zatrzymali za kradzież niewinnego chłopaka i rozstrzelali go nad głębokim dołem, pośród pagórków za miastem, razem z wieloma innymi nieszczęśnikami.

Chagall_SelfPort_MaVie

Właśnie wtedy zaczął chadzać do urodziwej krawcowej Gizeli, zamykać się z nią w pokoju pełnym bibelotów, a gdy poczęli dziecko, poprosił ją o rękę i zamieszkał z zrzędliwymi teściami. Kobieta bardzo źle się czuła przez całą ciążę, a potem rodziła Janka przez trzy dni, bo ważył ponad sześć kilogramów. Gdy wreszcie akuszerka wydobyła go z jej ciała, natychmiast pobiegła z nim do drugiego pokoju, a tam wszyscy zaczęli krzyczeć jak oparzeni. Gizela zemdlała natychmiast, wyobrażając sobie, że urodziła antychrysta z jakimś znakiem na czole lub potylicy, ale gdy się ocknęła i nie chciano jej pokazać dziecka, zażądała zdecydowanie, że chce znać prawdę, nawet gdyby była najstraszniejsza.

– Czy urodziłam kretyna…? – pytała podniesionym głosem.

– Nie pytaj lepiej… – odezwała się jej matka.

Powiedziano jej, że syna zabrało pogotowie, bo miał kłopoty z oddychaniem, ale nie uwierzyła i gdy poczuła się lepiej, wymusiła na mężu by powiedział jej prawdę. Jej rodzice nie byli w stanie tego znieść i wyrzucili ich z dnia na dzień na bruk, każąc zabrać też ze sobą ludzkiego potwora. Mundek miał przy Alei Klonów komórkę na narzędzia i niewielki ogród z gołębnikiem, więc zaczął powoli budować mały domek z tego, co udało mu się wynieść z kolejnych budów. Początkowo mieszkali razem z Wodogłowcem, ale z czasem umieścili go w komórce dla zwierząt, przenosząc go zimą do kotłowni. Wszystko się między nimi popsuło, Gizela zbrzydła okropnie, zaniedbała się i wegetowała z dnia na dzień, a malarz znalazł pocieszenie w alkoholu, wciągając też w nałóg swoją żonę. W nocy wciąż śniły jej się koszmary, jakiś wielki czarny demon o głowie owczarka niemieckiego przylatywał do niej, machając ogromnymi skrzydłami i gwałcił ją raz za razem. Próbowała się wyrwać, gdzieś uciekać, ale wtedy drogę zastępował jej Janek ubrany w czerwone aksamity i jedwabie, odsłaniał żółte zęby i warczał na nią jak pies. Innym razem śniło się jej, że do domu przyszli gestapowcy, ustawili ją, Janka i malarza w jednym szeregu przy płocie ogrodu i rozstrzelali z karabinów maszynowych. Gdy padała na ziemię w jej martwiejących oczach pojawiły się postacie w brunatnych mundurach, z głowami owczarków, poszczekujące znacząco. Ludzie zaczęli ich omijać, nie było zamówień na nowe stroje, a malarz zdobywał zlecenia tylko dzięki kolegom i swoim umiejętnościom. Wiele razy mówili przy wódce o tym, że zabiją potwora, ale jakoś nie mieli odwagi, codziennie prowadzili go na ulicę, gdzie wystawał od rana do wieczora, ślinił się nieustannie i mruczał jakieś, przez siebie tylko zrozumiałe słowa.

6a00d8341c41ba53ef00e54f2320848834-800wi
Nie wiem czy mnie zauważał w świecie ludzkim, ale gdy podchodziłem do niego ożywiał się nieco, przekrzywiał wielką głowę i patrzył na mnie to lewym, to prawym okiem. Opowiadałem mu o ostatnich zdarzeniach na Alei Klonów, o chłopcu zabitym przez samochód, o moim kochanym psie Murzynie, o szlachtowaniu świni i pieczeniu chleba w piekarni. Najbardziej mlaskał i prychał, gdy snułem opowieść o kuźni i podkuwaniu koni, choć jego oczy zaczynały biegać jak oszalałe tylko wtedy, gdy na gałęzi klonu pojawiała się sroka, sójka albo kilka czarnych jak węgiel gawronów. Nie wiem co działo się w jego wielkiej głowie, czy krążyły w niej jakieś myśli, czy może żył bezwolnie, jak kamień toczący ze zbocza niewielkiego pagórka. Zdarzało się, że dokuczali mu jacyś podpici młodzieńcy, przezywali najokropniej, ale milicjanci i kominiarze, fryzjerzy, rzeźnicy, wozacy i uczniowie piekarscy dawali mu suche bułki, kawałki kiełbasy i jakieś łakocie. W dniu, w którym umarł, obudziłem się z przeczuciem, że stanie się coś bardzo złego, ale nie przypuszczałem, że to będzie miało związek z Jankiem Wodogłowcem. Nie było go na ulicy, a przy wejściu do korytarza wiodącego na podwórko, gdzie mieszkał Mundek z Gizelą, stał czarny samochód dostawczy. Podszedłem bliżej i zobaczyłem, że dwaj mężczyźni wyjmują z niego brązową, politurowana trumnę i taszczą ją przez przejście. Po pogrzebie ludzie mówili, że to był nieszczęśliwy wypadek, a czad szybko dokonał dzieła zniszczenia. Tylko gruby zamiatacz uliczny mówił, że pękła w jego wielkiej głowie żyła, bo ponoć miał krew w uszach i przy nosie. Malarz zrobił mu grób z kamienia, ale zapowiedział żonie, że jak umrze nie chce iść do tego samego dołu. Ona też zastrzegła, że nie godzi się na pochówek w tym samym miejscu, bo dziecko, które urodziła było z piekła rodem. Kto mógł przypuszczać, że po latach, gdy z ciała Janka już nic nie zostanie, pijani grabarze umieszczą w tym samym dole zmarłego na raka sekretarza partii komunistycznej. Człowiek ten dzierżył w ręku przez wiele lat czerwony sztandar, a w niedzielę jeździł chyłkiem na msze święte za miasto, do małego kościoła, gdzie nikt go nie znał. Przytuliłem się do pachnącej czystością, białej poduszki i zasypiając pomyślałem:

– Czy to ważne jaki kawałek ziemi dostanie człowiek po śmierci, czy to ważne czy był dowódcą pułku, sekretarzem,garbusem, pijakiem bez nogi albo wodogłowcem…

Spałem spokojnie, choć śnił mi się Janek w trumnie, pod ziemią, zmieniający się w owczarka i łkający boleśnie, prawie jak człowiek.

chag1

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: