KOSZMARNE SZKAPY (2)

2

CZYLI CHYBIONE STRATEGIE PISARSKIE GRZEGORZA MUSIAŁA

W drugiej powieści Musiała, zatytułowanej Czeska biżuteria, chyba najbardziej mizoginicznej ze wszystkich, którą po raz pierwszy przeczytałem trzydzieści lat temu w maszynopisie, znajdziemy nie mniej portretów „bab dziwo” i „koszmarnych szkap”, przemieniających się w chłopów.

Pani wicedyrektor przyjrzała mi się badawczo. Była to osoba ubrana w szary kostium, z obciętymi po męsku włosami i czarnym wąsikiem przykrywającym górną wargę, pod którą kryły się drapieżne ząbki. Mówiąc miała zwyczaj z naciskiem podkreślać każde słowo i wtedy patrzała w przestrzeń. Potem znienacka atakowała wzrokiem i wtedy jej oczy zmieniały się w elektryczne świderki. Mówiono, że jej narzeczony zginął w katastrofie lotniczej i odtąd postanowiła nie wychodzić za mąż. To samo jednak mówiono o paru innych nauczycielkach, które również nie wyszły za mąż. Pani wicedyrektor nie lubiła innych nauczycielek.

Charakterystyczne dla Musiała jest owo „mówiono”, bo narratorzy jego powieści są wielkimi plotkarzami, którzy nieustannie generują nieprawdziwe opinie, sądy, dane, wciąż mają coś złego do powiedzenia na temat jakichś ludzi. Tutaj wicedyrektorka jest zbyt męska jak na kobietę i jako żywo przypomina Hitlera, a do tego jest nikogo nie lubiącą abnegatką. Trudno się dziwić, że narrator Czeskiej biżuterii widzi w niej führera, jadącego w odkrytym Mercedesie, z ręką uniesioną w nazistowskim geście:

I jeszcze inne dzieci ujrzałem, które maszerowały z kordzikami u pasków i z prawicą uniesioną w niebo, a pani wicedyrektor stała w otwartym aucie z małym wąsikiem nad górną wargą osłaniającym drapieżne ząbki i pozdrawiała ramieniem cały świat, który jej darowano z kopertą wetkniętą za wstążkę (…)

Wszystko ma związek z występem Grzegorza M. na akademii, występem do którego nie doszło, a który miał się wydarzyć dopiero na studiach – tutaj jednak nasz nadwrażliwy artysta nie wiedzący jak postępować z kobietami niechcący obnażył kolejną kobiecą okropność:

(…) odziany w romantyczną pelerynę zbyt mocno przyciskałem do siebie obfitą kibić partnerki, aż jej szyfonowa suknia powędrowała na grzbiet, i w kolejnym pas przed rozszalałą z uciechy publicznością dziewczę ukazało barchanowe majty.

W tym nienawistnym i spotworniałym świecie kobiety nie noszą pięknej, jedwabnej, satynowej bielizny, a pod sukniami lub spodniami skrywają barchanowe gacie. Grzegorzowi M. (bohater powieści ma takie samo imię i pierwszą literę nazwiska jak Musiał), nie mogła przytrafić się inna inicjacja seksualna jak z monstrualną, grubą babą, toteż opisuje ją z całą zjadliwością:

Moją pierwszą, nazwijmy to dziewczyną, była Gruba Lenka: dziewczę obszerne i romantyczne, o wolim oku i sercu miękkim jak drożdżowe ciasto. Kochała się w każdym bez wyjątku i każda z tych miłości bywała nieodwzajemniona. Po Lence widać było, że z coraz większym trudem dźwiga na swych barkach balast odrzuconych uczuć.

To była pierwsza dziewczyna, a może jej fantom, służący narratorowi do kolejnego oczerniania płci pięknej, szydzenia z otyłości i ukazywania kobiety jako piekielnego monstrum, niepanującego nad odruchami i rozbawiającego co i rusz dumnych panów – to także pretekst by snuć ogólne, pseudouczone refleksje na temat „grubasek”:

Nachodziły ją chwile szaleństwa, a jakże, wszystkie te nieszczęsne grubaski mają w sobie dynamit, wszystkie mogłyby, gdyby tylko świat był mniej obojętny. Wybuch szaleństwa rozpoczynał się niewinnie od jednego-drugiego piwa. Wkrótce Lenka wskakiwała na stół. Stół się załamywał. Rozwścieczonego kelnera próbowała bić. Potem nagle wybuchała płaczem, po którym następował atak histerycznego optymizmu. Najtrudniejszą jednak rzeczą było wydostać ja na powrót do akademika, pod czujnym okiem cierpiącej na bezsenność portierki.

Zauważmy ile jest tutaj negatywów i jak paskudnych narzędzi Musiał używa – naśmiewając się z „grubasek”, ukazuje je jako tępe idiotki, które już po jednym piwie zaczynają szaleć, wskakują na stoły, biją kelnerów, wybuchają płaczem lub popadają w histeryczny optymizm. Opis portierki też zaczyna się od wskazania jakiejś ułomności (cierpiała na bezsenność), ale to przecież za mało i dalej pojawią się następne elementy kalectwa żeńskiego:

Lenka na czworakach przeczołgiwała się pod parapetem szpiegowskiego okienka, za którym portierka robiła na drutach lub otwierała nad parą listy do studentów. Przód Lenki przechodził gładko, i dopiero tylna część zdradzała swą obecność, przesuwając się przed oczyma osłupiałej portierki jak czubek góry lodowej nad powierzchnią oceanu. Rozlegał się przeraźliwy wrzask i po chwili mała wredna starucha wlokła Lenkę za koński ogon do pokoju kierowniczki.

Opisując portierkę Musiał określa ją jako: „osłupiałą, przesuwającą się jak czubek góry lodowej nad powierzchnią oceanu” i znowu daje tu o sobie znać obecna we wszystkich „powieściach” tego autora tandeta porównawcza, która jednak jest niczym przy dalszym określeniu kobiety: mała wredna starucha. Nie ma ona litości dla grubej Lenki i wlecze ją za koński ogon do gabinetu kierowniczki, dając Grzegorzowi M. możliwość naigrywania się do woli. Ta opozycja grubej, rozbuchanej baby i małej wrednej staruchy lokuje się znakomicie w Musiałowym systemie nienawiści do kobiet i przybiera raz jeszcze zjadliwie groteskowy wymiar:

Zanim Lenkę ostatecznie wyrzucono z akademika, próbowaliśmy jeszcze paru innych sposobów. Windowaliśmy ją na zaprzyjaźniony parter, ale nam spadła i mnóstwo potem było przepraszania, bo mało nie popękaliśmy ze śmiechu. Kiedy indziej znów wabiliśmy portierkę pukaniem w okno od ulicy, a gdy wypadała, za jej plecami szybko przesuwał się ogromny cień Leny. Staruszka, która niewątpliwie miała oczy naokoło głowy, wykonywała wtedy błyskawiczny półobrót i odbiwszy się od ziemi z tryumfalnym okrzykiem spadała na struchlałą olbrzymkę.

Ale głupie te baby! – konkluduje narrator. Te cycate olbrzymki i te wredne staruchy! Tylko Grzegorz M. jest wspaniałością samą w sobie, artystą, który musi egzystować w paskudnym świecie, mieć stale do czynienia z żeńską degrengoladą i wściekłym atakiem tych cycastych bestii, co w końcu prowadzi do czegoś w rodzaju gwałtu na nim. Choć opis może początkowo wydawać się nieco łagodniejszy, wydobywający jakieś tam kobiece pozytywy, to koniec końców staje się kolejnym atakiem na płeć przeciwną:

Ach, Lena… Jej cygańskie romanse, które śpiewała z przejęciem, z paluszkami jak paróweczki splecionymi na gigantycznym biuście. Jej romantyczne żale nad wróbelkiem, którego po ciemku niechcący rozdeptała. Jej miłości namiętne i wargi wydęte, ukarminowane, które ułożyć próbowała w obiecujący ciup, i spojrzenie, którego powłóczystość ginęła w twarzy jej pucułowatej jak arbuz, i papieros trzymany czubeczkami palców, łokieć o blat stolika wsparty i sylwetka krągła, bez załamań, której dodać próbowała omdlewającej słabowitości. (Dopadła mnie w mojej mansardzie, przewróciła na tapczan i umiejętnie schwytawszy za gardło dokonała, czego pragnęło jej dyszące słuszną żądzą ciało. Potem oczywiście popłakała się, napaliła mi w piecu, wysprzątała pokój i poszła).

Grube baby zadeptują niewinne wróbelki i gwałcą nadwrażliwych Grzegorzy M., by potem napalić w piecu, posprzątać i sobie pójść. Ironia ma tutaj służyć wzmocnieniu krytyki, ale obraca się raz jeszcze przeciwko histerii autora, który widzi wszystko dwuwymiarowo – mężczyźni są cool, a „baby” mają twarze pucułowate jak arbuz, gigantyczne biusty, palce jak parówki, wargi wydęte, ukarminowane i czyhają na subtelnych artystów, a potem rzucają się na nich z całym impetem swoich stu, dwustu kilogramów. Choć autor ukazuje Lenę jako dziwaczkę, gwałcicielkę, jej zagubienie na końcu opisu budzi sympatię i pozwala wierzyć, że istota ta wydostała się ze zmanierowanego świata i może gdzieś tam spotkała mężczyznę, który zobaczył w niej kobietę. Narrator powieści Musiała nie jest w stanie tego dostrzec, choć może próbuje, zachwycając się cygańskimi romansami Leny – niestety wciąż górę bierze w nim obrzydzenie i szyderstwo, totalna negacja i odrzucenie niezależności feministycznej.

Studia w Poznaniu dostarczają Grzegorzowi M. nowych obserwacji i kobiety pojawiające się na kartach Czeskiej biżuterii znowu przypominają upiory nie z tego świata. Oto dziadek, u którego wynajmuje pokój:

Miał matkę Przyrośniętą Do Krzesła. Była to niezwykle brudna staruszka, która zdecydowała się kiedyś już więcej z krzesła w kuchni nie powstawać, przyrosła więc do niego i do widoku na ogródek, potrzeby naturalne załatwiając w Sposób Niewiadomy.

Koleżanka Grzegorza – Natalia:

Była mała i gruba, ruda i piegowata. Miała wciąż Mnóstwo – Do – Powiedzenia oraz Babkę – Markizę, z której natrząsała się życzliwie.

Nawet standardowa podróż pociągiem dostarcza odrażających obserwacji, przenikających nawet do snu nieszczęsnej kobiety:

Spojrzałem na drzemiącą naprzeciw mnie nieładną, młodą kobietę. Czerwone, niezgrabne dłonie splotła na brzuchu. Gdy jej głowa osunęła się trochę w bok, dojrzałem, że tłuste włosy ma ściągnięte w tył czarną apteczna gumką. Ujrzałem jej sen – było to piaszczyste pole, a może szara rybia łuska. Przypomniałem sobie zasmarkane stworzonko u nogawki Proroka. Przypomniałem sobie jego brzydką i zmęczoną żonę.

Dalej zaczyna się ciąg opisów „idiotek”, najpierw zdziwaczała Natalia, otoczona gromadą sióstr babki, „przedziwnych staruszek-spirytystek, teozofek, wariatek. Potem kłamliwa dziennikarka Patrycja, prosto z Nowego Jorku, której Grzegorz M. musi towarzyszyć w zwiedzaniu zapyziałego miasta B. Patrycja jest wzorem kobiecego piękna, prawdziwym wampem znad Hudson River, ale nawet wtedy Gregory nie może darować sobie nienawistnych okrzyków i refleksji nad kolejnym zauważonym kobiecym monstrum:

Tym razem – gruba baba. Podpadła mi już wcześniej, gdy pchając się do kiosku z gazetami wołała: – Przepraszam, przepraszam, ja z dzieckiem! Dziecko wypisz wymaluj mamunia: już nadęte, już bezczelne. I nagle pociąg do Łodzi rusza. Baba kamienieje z plikiem gazet w łapie. Rozdziawia mordę i po chwili osłupiałego milczenia wywala z siebie WYCIE, któremu w parę sekund później wtóruje drugie, bardziej piskliwe i niżej zlokalizowane. I ruszają przed siebie jak tajfun dwie słonice wyjące, machające łapskami, w których gazety, torebki, powietrza pełno pomiędzy latającymi paluchami. I wyją przed siebie, jak gdyby własne swe wycie dogonić chciały, a ono je ciągnie za ryje, wydłuża, i dwa kapelusiki trzęsące się na czubku, i oczka małe, utopione w oszalałym przerażeniu…

U Musiała często w skrawkowych powieściach i dziennikach pojawia się tego rodzaju głupkowatość opisów, jakby narrator co jakiś czas tracił rozum i rozkoszował się nowymi wybuchami nienawiści do kobiet. Proste zdarzenie na dworcu, zwykły przyjazd pociągu na stację i przepychanie się do niego ludzi, budzą w nim odrazę do kolejnej „grubaski” i generują tandetę literacką najwyższej próby. Gdyby autor skupił się na punktowym opisie cech negatywnych, gdyby je jakoś zanalizował, ułożył w ciągi, wyszydził w jakimś dobrym stylu, ale gdzie tam, najprościej przyporządkować kobiecie i jej dziecku krzywdzące, ludyczne określenia typu: „gruba baba”, „łapa”, „morda”, „wycie”, „słonica”, „paluchy”, „ryje”. Nie wiadomo czemu ma służyć system, rozsianych w książkach Musiała, ponurych, nienawistnych pomruków, kierowanych ku kobietom. Przecież częste są w świecie gejowskim przyjaźnie par męskich z kobietami, często też różne niewiasty informują, że nie znalazłszy przyjaciółki w świecie żeńskim, natknęły się na prawdziwie bratnią duszę w środowisku homoseksualnym. Widać Grzegorzowi M. to nie było dane, a jego wizja potwornego świata i histeryczne podejście do rzeczywistości znalazły odbicie w tego rodzaju nastawieniach i kolejnych eskalacjach zła. Czeska biżuteria to powieść (choć lepiej pasuje tutaj określenie: tekst), pełna dziwnych deliberacji, przywołań cytatów z dzieł filozoficznych, analiz osobowych, zachwytów nad wybranymi twórcami, kontynuuje też Musiał budowanie mitologii artysty bywałego w świecie, gardzącego swoim rodzinnym miastem i z lubością poddającego się drobnomieszczańskim rytuałom, małomiasteczkowym obwarowaniom i nakazom. To taka próba charakteru światowca, swobodnie przenikającego granice państwowe, co w czasach komunistycznych miało być znakiem artystycznej niezależności i niezwykłości, a dzisiaj – przy otwartych granicach – tylko budzi uśmiech wyrozumienia. No pojeździł sobie chłop po różnych Iowach, Londynach, Berlinach i Szkocjach, a wszędzie rzucały się na biedaka te wstrętne babiszony, koszmarne szkapy, słonice, grube ryje i mordy. Na szczęście odkrył w pewnym momencie, że zapisywanie kartek, a potem sklejanie ich w coś w rodzaju powieści, broni przed nimi i daje panu pisarzowi wielką radochę, rozkosz z niczym nie dającą się porównać.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: