PRZECIW NICOŚCI

11

Piotr Cielesz należy do wąskiego grona najwybitniejszych poetów polskich, a jednocześnie lokuje się pośród tych autorów, o których krytyka literacka nieustannie zapomina. Dzieje się tak dlatego, że poeta nie wiąże się z żadnymi grupami nacisku, koteriami towarzyskimi, lobby, a jego przemiana wewnętrzna, porzucenie dawnych przyzwyczajeń, może się wielu osobom nie podobać. Dopiero podczas lektury takich książek jak Effatha widać jak nikłe znaczenie mają poetyckie zachowania stadne, wzajemne lansowanie się i nagradzanie, a nade wszystko świadczenie sobie usług pseudoliterackich. Cielesz nie zabiega o splendory, wsłuchuje się w siebie i nieustannie szlifuje rzemiosło poetyckie, tworząc wiersze i poematy, nawiązując do wielkiej literatury, znamienitych postaci kultury i sztuki, ale nie stroni też od analizy swoich losów – doprawdy zdumiewających i każących zweryfikować obiegowe prawdy na temat ludzkiego wnętrza. Kluczem do zrozumienia osobowości i liryki tego twórcy może być wiersz pt. Małe miasteczko gdańsk… – małe miasteczko bydgoszcz…, który zaczyna się od przywołania Aleksandra Jurewicza, krajana Cielesza, jeśli chodzi o korzenie rodzinne i też pochodzącego z Białorusi. Sprzedane okazyjnie winylowe płyty, a szczególnie czarny krążek z pieśniami Gołdy Tencer, stają się podstawą do snucia wspomnień. Poeta wraca do domu, włącza płytę Bułata Okudżawy i w jego świadomości zaczynają pojawiać się ruchome obrazy, jasne myśli o wyższości tegoż barda nad Władimirem Wysockim. Ale przy słuchaniu Gołdy Tencer, przy pieśni o miasteczku Bełżc, odpływa w dal łagodność i harmonia, a wraca bolesne wspomnienie z Bydgoszczy: siedziałem drżący na krześle przy antycznym biurku/ w mieszkaniu – klatce poety i okulisty/ w jednej osobie – grzegorza m./ z twarzy grzegorza m. nie schodził/ grymas pogardy pomieszany z/ drwiącym uśmieszkiem/ obok na tapczanie pamiętającym/ dających dupy nastolatków/ siedział socjalistyczny redaktorek/ z „ilustrowanego kuriera polskiego”/ który to/ o ironio dziejów/ kilka miesięcy później/ został naczelnym solidarnościowego/ „tygodnika obywatelskiego”/ no czyste jaja panie i panowie/ czyste jaja tarzysze i tarzyszki/ nieprawdaż/ no i zaczęło się/ byłem kąsany po całym ciele i całej duszy/ przez wygłodniałe szczury zdań – poniżenia/ przez wygłodniałe szczury zdań – ośmieszenia/ przez wygłodniałe szczury zdań – destrukcji/ przez wygłodniałe szczury zdań – obmowy/ no i w tle ten głos gołdy Tencer z anlogowej płyty/ w okamgnieniu pękł mój mózg/ serce zaczęło bić tak/ jakby chciało mnie zabić/ zerwałem się na równe nogi/ i wybiegłem z klatki mieszkania grzegorza m./ (Primus non nocere doktorku)/ prawda/ a zatem wybiegłem w ciemną maź nocy/ deptał mi po pietach szyderczy śmiech adwokatów diabła. To traumatyczne przeżycie zostało przywołane przez głos pieśniarki i wspomnienie miasteczka, w którym naziści bestialsko mordowali ludzi. Skutki tych kpin i drwin były opłakane i doprowadziły poetę niemal na skraj szaleństwa, uruchomiły potencjalną lawinę bolesnych zdarzeń.

Białoruskie korzenie rodziny Cielesza zostały wspaniale dookreślone poetycko i filozoficznie w tomie pt. Ikony rodzinne (1984) – pojawili się w nim polscy krewni, tacy jak dziadek Piotr i babcia Franciszka ze Szczecinka, jak wujek Janusz, jak siostra, żona i dzieci poety. Teksty tego typu pojawiały się i w następnych zbiorach, ale najpiękniejszy wiersz poświęcił jednak Cielesz ojcu: mój tato/ ma 85 lat/ i / pomaleńku pocichuteńku/ idzie w stronę swojego grobu/ (…) zaczyna być z nim źle/ pogarsza mu się wzrok/ ledwie już widzi/ już nie może nawet czytać. To jest wiersz-prośba o pozostawanie ojca pośród żywych i rodzaj zaklęcia, może modlitwy, która ma powstrzymać upływ czasu i spowodować, że będzie on jeszcze długo żył. To jest też serdeczne przywoływanie dziejów rozbudowanej familii, a przy tym tworzenie genealogii rodowej, jakże różnej od herbarzy szlacheckich, jakże zwyczajnej i prostej w swoim wyrazie. Ojciec musi żyć, bo nosi w sobie pamięć tych, którzy dawno umarli i jest łącznikiem pomiędzy swoim synem, Białorusią i prawosławnym Bogiem – musi żyć, bo wraz z nim umrą wspomnienia, chwile rozpłomienione pośród domostw Wołkowyska, Krasnego Sioła i Grodna. Być poetą, to dla Cielesza, stać na straży istnienia, odsuwać śmierć w dal i walczyć o każdą chwilę, być poetą, to nieustannie mocować się z nicością i rozpadem. Może dlatego ojciec z synem łkają długo po nieudanej próbie samobójczej, jakby chcieli na zawsze odsunąć od niego niebezpieczeństwo i grozę nagłego odejścia ze świata. Nie na darmo w tytule tego tomu jest słowo, które wypowiedział Mesjasz do głuchoniemego nad Jeziorem Galilejskim, tuż przed jego uzdrowieniem, bo tutaj też chodzi o pozostawienie za sobą zła i zgiełku świata i o t w a r c i e się na Boga, niczym zagazowana i skremowana w Oświęcimu św. Edyta Stein. A wtedy wszystko zyska inny wymiar, wszystko ułoży się w szyfr świętości, nieustannie pulsującej w sercach i myślach, stale płonącej na ołtarzu wiary i przeznaczenia – wszystko roztopi się w miłości, która nigdy nie ustaje.

Wszystko w tej poezji zaczyna i kończy się w istnieniu – wszystko podąża ku życiowej prawdzie, nawet jeśli ociera się o najczarniejsze zło, brud, nienawiść i morderstwo przeciwko ludzkości. Poeta uważnie wpatruje się w ciemność i słucha odgłosów z daleka, które mogą być zapowiedzią nowej wojny, wielkiej walki na równinie Har-Magedon, albo narodzin Mesjasza, krwawego poczęcia nowej chwili sakralnej. Właściwie Cielesz stale dokumentuje powszechność świętości, w życiorysach członków jego rodziny, ciotek i wujków z Białorusi, w losach ukochanego ojca Sergiusza i wszystkich ludzi odrzucających zło. Poeta wie, że nie każdy zostaje aniołem, bo odczuł straszliwie smaganie zła, miał do czynienia z ludzkimi potworami, jakby za życia już ukorzenionymi w piekle (szyderczy poeta okulista, esbecki pedofil, socjalistyczny redaktorek). Zapewne dlatego tak wzruszają go losy sybirskich zesłańców i żydowskich ofiar mordów nazistowskich w Oświęcimiu, Bełżcu czy Kobryniu – dlatego zwraca się bezpośrednio do Anne Appelbaum – autorki przerażającej książki o sowieckich gułagach i próbuje podjąć z nią dialog, jakoś zrozumieć skąd w ludzkim świecie pojawia się tyle tragicznych wynaturzeń. Ale przecież poeta jest też zagadką sam dla siebie i jego przemiana, przejście z pozycji lewicowych ku żarliwie wyznawanej wierze chrześcijańskiej, jest rodzajem tajemnicy, równie trudnej do pojęcia, jak samo życie i śmierć. Każdy, kto znał tego twórcę w latach osiemdziesiątych dwudziestego wieku, kto zauważał jego żywiołowość przy analizach rzeczywistości polskiej i europejskiej, musi zdumieć się czytając wiersze kierowane do Jezusa i świętych, musi zastanowić się nad drogami naszych przeznaczeń i wyborów. Liryka Piotra Cielesza wywierała i wywierać będzie nadal przemożny wpływ na wielu autorów z jego pokolenia i z młodszych generacji, ale prawdziwie poeta zacznie oddziaływać na polską poezję, gdy zostanie opublikowany komplementarny tom wierszy zebranych, opracowany źródłowo, z dobrymi analizami krytycznoliterackimi i filozoficznymi glosami. Na pewno zbiór pt. Effatha jest ważkim umocnieniem dorobku poety i właściwym krokiem w kierunku jego wzniosłych, świetlistych przeznaczeń.

__________
Piotr Cielesz, Effatha, Gdańsk 2014, s. 60.

1 komentarz

  1. 2015/08/13 @ 17:15

    Lubię czytać recenzje Dariusza Tomasza Lebiody, są tak interesująco napisane, że od razu zachęcają do przeczytanie , wierszy czy powieści przedstawianego autora.


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: