JULES BIANCHI 1989–2015

092539_f1_bianchi_j_silverstone

Nasze życia są kruche jak płatki hibiskusa, ulotne jak mgły nad wzgórzami, delikatne jak nasiona dmuchawca, ledwie przez chwilę unoszące się w powietrzu. Mamy mało czasu by zaistnieć w ludzkim świecie, zostawić ślad w nieustannej bieganinie, w chaosie dni i nocy, w nieustającej walce istot prymitywnych i przewodników duchowych, bestii i aniołów. Tylko konsekwentne dążenie do celu, pokonywanie kolejnych przeszkód, odrzucanie zła i tandety daje szansę istnienia dłuższego, ukazania innym ludziom swego subtelnego wnętrza, dojścia do punktów granicznych. Jakże dzisiaj zasmuciły mnie zdjęcia z pogrzebu Julesa Bianchiego, młodego kierowcy bolidów wyścigowych Formuły Jeden, który 5 października 2014 roku miał wypadek na torze Suzuka w Japonii i od tamtego czasu pozostawał w śpiączce. Nie pomogły modlitwy, energia serdecznych uczuć, płynąca z wielu miejsc świata, nie powiodły się zabiegi najlepszych lekarzy, którzy byli bezsilni wobec rozległego urazu głowy. Tylko cud mógł uratować młodzieńca z Nicei, ale 17 lipca skończyło się dla niego wszystko i wieczność okryła go czarnym całunem. Zdawać by się mogło, że ten jakże przystojny, uśmiechnięty chłopak ma wszystko i tylko kwestią czasu jest ciąg dalszych sukcesów, wspaniałe kontrakty, ogromne dochody, wygrane wyścigi, a może nawet samo mistrzostwo świata. Niestety, wszystko pękło jak bańka mydlana w jednej chwili, gdy zjechał z mokrego toru i uderzył w ciągnik usuwający maszynę innego kolegi. Nie wyglądało to jakoś specjalnie groźnie, ale skutki okazały się opłakane, a kariera kierowcy wyścigowego skończyła się w najmniej oczekiwanym momencie. Takie historie jak Ayrtona Senny, Roberta Kubicy, Michaela Schumachera, a wreszcie Julesa Bianchiego, ukazują zwiewność ludzkich losów, chwilowość nawet największych sukcesów i przypominają o nieuchronności każdego bytu, o bezdusznej śmierci wiszącej nad naszymi losami, jak fatum, jak burzowe chmury, rodzące błyskawice. Właśnie taki grom trafił tego sympatycznego chłopaka i nie było już dla niego ratunku, a ludzie mogli tylko opóźniać jego coraz szybsze osuwanie się w nicość. Trudna do zrozumienia jest natura ludzka, która generuje tyle zagrożeń, niszczy inne istnienia, nieustannie intryguje i wyrządza krzywdę, czerpie radość z destrukcji. A przecież wszyscy ludzie podążają od narodzin do martwoty, od pierwszego haustu powietrza do lodowatej pustki rozkładu, od ciepła i czułości do choroby i bólu. Wzruszająca była ta obecność na pogrzebie Julesa jego kolegów z torów wyścigowych – Massy, Rosberga, Vettela, Hamiltona, Sutila i innych, chwytały za serce zdjęcia ukazujące jak solidarnie nieśli jego trumnę i płakali nad grobem. Śmierć tak młodego, obiecującego człowieka, odejście tak zdolnego i przyjaznego chłopaka boleśnie przypomina, że świat, który postrzegamy i w którym uczestniczymy jest jak ułuda, jak odsłonięcie się ciemności w chwili rozbłysku burzowego, jak echo dalekiego wołania, jak coś i zarazem nic.

Jules-Bianchi-009

uid_089e915f683c451d6620bb643289cd291437486354792_width_613_play_0_pos_0_gs_0_height_344

uid_c8ff02d4a7933d4484688f18ece5b0dc1437496307007_width_633_play_0_pos_0_gs_0_height_355

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: