WINNETOU

11240572

Wczoraj zmarł we Francji na zapalenie płuc Pierre Brice, aktor który wcielił się w rolę Winnetou – słynnego bohatera powieści Karola Maya. Tak przemija nasze życie, tak odchodzą w niebyt jego elementy… Ileż to razy siedziałem w kinie i przeżywałem przygody dzielnego wodza Apaczów Mescalero, przyjaźniącego się z Old Shatterhandem, walczącego przede wszystkim z białymi osadnikami, ale też z wojownikami z plemion Komanczów, Kiowów i Siuksów. Szlachetny Indianin stawał się wzorcem osobowym dla mojego pokolenia, a jego walka była dla nas przykładem męstwa i nieustępliwości. Tak się złożyło, że najpierw oglądałem filmy z Brice’m, a dopiero potem czytałem książki Maya, stąd w mojej wyobraźni postać Winnetou zawsze miała rysy francuskiego aktora. „Płonąca woda”, bo tak należy tłumaczyć zmistyfikowane imię tego bohatera, zawsze stawał w obronie słabszych i potrafił odwzajemniać przyjaźń, czy to białych, czy czerwonoskórych. Niedaleko mojego bloku w Bydgoszczy były dwa kina w środku ogródków działkowych – „Mimoza” i „Słońce” – i do nich to często wędrowałem na seanse filmowe. Większość obrazów o Winnetou powstała w latach sześćdziesiątych, gdy dopiero dorastałem, ale była powtarzana także w latach siedemdziesiątych i na ten drugi rzut się załapywałem. Zazdrościłem wodzowi pięknej Apanaczi, śledziłem z zapartym tchem jego przygody w Dolinie śmierci, starcie z królem nafty i innymi złoczyńcami, ale do dzisiaj najbardziej lubię trzy części główne, noszące taki sam tytuł jak imię bohatera (I. Złoto Apaczów, II. Ostatni renegaci, III. Ostatnia walka). Jakże indiańska uroda Pierre’a Brice’a i jego dobre aktorstwo powodowały, że nawet najbardziej nieprawdopodobne zdarzenia miały walor prawdy. Każda wyprawa do kin wiązała się z opuszczeniem mojej dzielnicy i wkroczeniem na terytorium wrogów, często czekających tylko na taki moment. Toczyliśmy przecież – jak Winnetou z Komanczami – regularne bitwy na kamienie ze Szwederowiakami czy chłopakami z Miedzynia i nie mogliśmy spokojnie wędrować ich ścieżkami. Po obejrzeniu jednego z filmów rozgorzała w ogródkach działkowych regularna bitwa i szybko musieli interweniować zawezwani ormowcy, tudzież patrol milicyjny. Może w momencie śmierci aktora nie wypada przywoływać zabawnych momentów, ale mam przede wszystkim w pamięci jego promienną twarz i noszę w sercu głęboki podziw dla niego, myślę zatem, że nie obraziłby się na takie obniżenie tonu. Oto moja niewielka powiastka, którą napisałem kiedyś w ciągu kilku innych tego rodzaju lżejszych tekstów. W jakiś sposób obrazuje ona nasz zachwyt dla wodza Apaczów, a przy tym pokazuje jacy bywaliśmy głupkowaci…

WINNETOU

   Dzisiaj opowiem wam historię o Grzechu, który chciał być wodzem Apaczów i z dnia na dzień, przeistoczył się z paralityka i popychadła blokowego, w znamienitego Indianina. Było to w czasach, gdy w polskich kinach triumfy święciły filmy enerdowsko-jugosłowiańskie z serii Winnetou. Chodziliśmy na nie całymi grupami do kin w ogródkach działkowych, takich jak „Mimoza”, „Słońce” lub „Bałtyk”, a czasem jeździliśmy nawet do odległej dzielnicy, w której kino „Robotnik” mieściło się w dawnej synagodze. Iluż to chłopaków chciało wtedy dorównać nieustraszonemu wodzowi, ilu chciało być jak Old Shatterhand, a ile dziewcząt nosiło warkoczyki z koralikami, jak Apanaczi, ukochana Winnetou. Mieliśmy wtedy w domach plakaty przedstawiające Pierra Brice’a jako wodza, a wielu miało też niewielkie lusterka lub breloczki z jego podobizną. Mało kto czytał wtedy Karola Maya, ale wykreowana przez niego postać, za sprawą serii filmowej, była równie znana jak Zorro, Ivanhoe czy bracia Cartwright z Bonanzy. Opowiadaliśmy sobie poszczególne odcinki tego długiego serialu, ekscytowaliśmy się możliwościami tytułowego bohatera i jego kobiety. Co jakiś czas ogromniała fama kolejnego filmu, a to „Złota Apaczów” i „Ostatnich renegatów„, potem „Winnetou w Dolinie Sępów” i „Winnetou i król nafty„, z kolei „Winnetou i Apanaczi„, a dalej ciąg zazębiających się epizodów: „Winnetou i Old Surehand„, „Winnetou i Old Firehand„, „Winnetou i Old Shatterhand„, by wreszcie zamknąć wszystko filmem „Winnetou w Dolinie śmierci„.

   Grzechu był bardzo wysokim chłopakiem, z orlim nosem i malutkimi, rozbieganymi oczami. Zwykle wyprowadzał swojego foksteriera i odbywał z mamusią długie spacery. Szedł wtedy wyprostowany, jakby połknął kij, a rękę ze smyczą trzymał sztywno, prosto, bez ruchu. Foksterier maszerował jakoś dziwnie stępa, podnosząc nogi i także patrząc w jeden punkt przed siebie. Tylko gdy pies zaczynał wydalać, Grzechu i jego mamusia przystawali i zamieniali ze sobą parę słów. Kiedyś ich podsłuchałem i brzmiało to mniej więcej tak:

            – No, no, mówiłem ci mama, ze zaraz zrobi…

            – Myślałam, że teraz jeszcze nie…

            – A ja mówiłem ci, mama…

            – No, miałeś rację Grzesiu… robi, robi…

            – Ja ci, mama, mówiłem…

            – No, no…

Gdy foksterier załatwił swoja potrzebę, nieruchomieli i ruszali dalej, chodnikami po osiedlu. Grzechu chodził z matką dla ochrony, bo często bywał obiektem różnych dowcipów. Raz poszczuliśmy jego foksteriera wielkim owczarkiem niemieckim Garsiji i gdyby nie jakiś starszy facet, to doszłoby do masakry. Innym razem rzuciliśmy z dachu garażu na Grzecha i jego foksiego trzy koty. Nie wspomnę tu o polewaniu wodą i szczynami, o najeżdżaniu rowerami, a wreszcie i ucięciu smyczy i schowaniu foksteriera w pustej skrzynce rozdzielczej.

   No, ale nadeszły czasy filmów o Winnetou i nasz kolega zaczął się przeistaczać w Indianina. Jego orli nos i sępiaste spojrzenie powodowały, że rzeczywiście trochę przypominał mężnego wojownika z prerii Dzikiego Zachodu. Jego matka pracowała w jakiejś spółdzielni, która produkowała maskotki z kawałków króliczej skórki i przynosiła do domu pełne siatki futrzanych skrawków. Robili z tego rodzinnie poduszki, czapki, jakieś kołnierze do płaszczy, ale w czasach fascynacji wielkim wodzem pojawiło się inne zastosowanie. Grzechu zaczął tworzyć sobie strój Indianina, a więc najpierw przyozdobił swój czerwony pulowerek kawałkami króliczych ogonków, potem oderwał rękawy, by było widać jego muskularne (wtedy jeszcze kościste) ramiona. Wyglądało to, jakby wisiało na nim wiele pozabijanych, małych zwierzątek. Potem nadeszły dalsze innowacje, z których najwięcej pracy wymagało obciągnięcia pasa króliczym futrem, a potem dopasowanie go do pochwy zwykłej finki harcerskiej. Z kolei ponaszywał kawałki skóry zająca na spodnie, przyczepił ogonki do tenisówek, ulizał sobie włosy na mokro i tak przysposobiony do walki lub trudów wędrówki, wyszedł na podwórko.

   Już dawno nikt nie sprawił nam takiej radości, bo gdy go zobaczyliśmy, ryknęliśmy takim gromkim śmiechem, że w pierwszej chwili zawahał się i chciał biegiem wracać do domu. Mężnie przemógł jednak strach, zatrzymał się na skraju chodnika i wściekłym, pełnym indiańskiej nienawiści wzrokiem patrzył na nas zaczepnie.

             – Patrzcie chłopaki Grzesiu zmienił się w skunksa… – krzyknął pierwszy Bajkoś i śmiał się, trzymając się za brzuch.

            – Co ty gadasz, to nie skunks, to zając wpuszczony do schroniska dla kulawych foksterierów… – zawołał Laluś.

           – No, co wy, chłopaki, przecież to jest sam Winnetou… – krzyknął Marek Jajcarz i wywołał tym największą eksplozję śmiechu.

Grzegorz spojrzał żywiej na Jajcarza, odwrócił się majestatycznie i krokiem wojownika powędrował do domu. Długo jeszcze śmialiśmy się i opowiadaliśmy sobie najbardziej nieprawdopodobne historie, ale niebawem stało się coś dziwnego. Oto różni chłopacy zaczęli wymieniać znaczki, widokówki, jakieś breloczki, jakieś piękne kamyki i lusterka na skórki zajęcze. W ten sposób Grzechu jakby został zaakceptowany i stał się członkiem naszego podwórkowego plemienia. Coraz więcej pojawiało się noży i pasów obciągniętych futerkiem, coraz częściej skórki zdobiły chlebaki i torby szkolne. Obok naszego wodza stanął dumnie Old Shatterhand, którym został Piotrek, przezywany wcześniej Kurdupel.

   Grzesiek kupił sobie toporek harcerski, przyozdobił go króliczym futerkiem i zaczął chodzić z Old Shatterhandem, dawnym Kurduplem, do pobliskiego lasu. Wprawiali się tam w rzucaniu do drzew sosnowych finką i toporkiem. Początkowo szło im słabo, ale po jakimś czasie tak się wyćwiczyli, że trafiali w ogromne pnie. Odbywali wielkie wyprawy po dużych połaciach leśnych, tropili „białych”, zaczajali się przy strumieniach na zbliżających się wrogów. Kiedyś, także czując w sobie zew indiańskiej krwi, poszedłem ich tropem i podglądałem, co robią. Zaraz na początku lasu były tory kolejowe, a za nimi ciągnęły się polany i młodniki, z których gdzieniegdzie wyrastały majestatyczne, wysokie na dwadzieścia metrów sosny. Szedłem za Winnetou i Old Shatterhandem i widziałem jak sprawnie przeskakują doły, jak czołgają się po mchu i jak w indiańskim języku wydają sobie komendy. Brzmiało to mniej więcej tak:

            – Jahaaaa, mułaaa, mułaaa, duuu paaaa mułaaa – wydawał rozkaz Winnetou i wskazywał toporkiem miejsce, gdzie ma się przemieścić towarzysz.

Ten przeskakiwał wprawnie jakiś dół i zaczajał się za drzewem, a potem nagle wydawał z siebie okrzyk:

            – Japaa, japaa, japaa, kuru kuru, kuru kuru, mułaaa duu paaa…

   Na taki okrzyk Winntou doskakiwał do Old Shatterhanda i razem przyglądali się przestrzeniom przed nimi. Ja podążałem powoli za nimi, niczym złowieszczy zwiadowca białych, który wykorzystuje to, że wiatr wieje w przeciwnym kierunku. W pewnym momencie miałem nawet chęć doskoczyć do kolegów i wystraszyć ich jakimś groźnym okrzykiem, ale nieoczekiwanie sprawy potoczyły się inaczej. Z jednego z zagajników wyszedł sobie spokojnie jakiś staruszek, który mógł mieć już siedemdziesiąt lat. Zapewne wracał ze spaceru po lesie, czuł się odprężony, czasem zrywał jakiegoś kwiatka, czasem przyciągał gałązkę świerku i wąchał ją z wyrazem zachwytu na twarzy. Taki wróg, tak wyrazista blada twarz nie mogła umknąć uwagi Winnetou. Wciągnął demonstracyjnie dwa razy powietrze do płuc i wskazał dziadka, zbliżającego się powoli do ich kryjówki. Jednocześnie zakrzyknął:

            – Jahaaaa, mułaaa, mułaaa, duuu paaaa mułaaa…

Wyciągnął dłoń z toporkiem w kierunku „wroga” i zmarszczył brwi. Mężczyzna przystanął na moment, bo mu się wydało, że coś słyszy, ale zaraz ruszył spokojnie dalej. Zbliżała się chwila ostatecznej rozprawy. Winnetou wyciągnął czerwoną pomadkę, którą zwinął mamie z łazienki, pomalował sobie kilka kresek na policzkach i czole, a potem oddał ją demonstracyjnie koledze. Ten też nałożył sobie barwy wojenne i z wielką powagą oddał atrybut walki wodzowi. Dziadek szedł i zrywał kwiatki, czasem też przystawał, patrzył na niebo i uśmiechał się promiennie do całej natury. Gdy zbliżył się do wielkiej sosny, wydarzenia rozegrały się z błyskawiczną szybkością. Winnetou wyskoczył z dołu i zawołał donośnie:

            – Japaa, kuru kuru, kuru kuru, mułaaa duu paaa…

Jednocześnie zamachnął się i z rozmachem rzucił topór w kierunku oszołomionego mężczyzny. Broń poleciała ze świstem i wbiła się pięknie w korę sosny, jakieś pół metra od głowy „wroga”. Na to tylko czekał Old Shatterhand, który także wybiegł z ukrycia i krzycząc równie przeraźliwie, rzucił harcerską finką, która jednak, ze słabą mocą, trafiła rękojeścią w pień i odbiła się od niego. Dziadek spojrzał na biegnących napastników, odwrócił głowę i zerknął na wbity toporek, po czym ruszył biegiem w kierunku torów kolejowych. Nikt nie mógłby przypuszczać, że ten mężczyzna, w podeszłym wieku, lekko zgarbiony i powolny, tak szybko ucieknie z pola walki. Indianin i jego towarzysz tylko na to czekali. Wydarli się razem i zaczęli biec za uciekinierem, który jak najlepszy lekkoatleta przeskoczył tory kolejowe i gubiąc sandały, pognał w kierunku osiedla. Ale w tym momencie nastąpiła nieoczekiwana zmiana akcji, z innego zagajnika wyskoczyło dwóch milicjantów i biegiem zaczęło zbliżać się do Winnetou i Old Shatterhanda. Wojownicy wskazali sobie nowych napastników, jakoś tak ciszej krzyknęli:

            – Japaa, japaa, japaa, kuru kuru, kuru kuru…

Następnie podbiegli do drzewa, Winnetou wyszarpnął toporek, Old Shatterhand zgarnął finkę i przeskakując dół, gdzie dopiero co się ukrywali, znacznie szybciej od zaatakowanego dziadka, pobiegli przez tory w kierunku osiedla. Milicjanci zwolnili i po chwili zaprzestali pościgu, a wtedy w oddali dał się jeszcze raz słyszeć wojowniczy okrzyk wodza Apaczów:

            – Japaa, japaa, japaa, kuru kuru, kuru kuru, mułaaa duu paaa…

Nie miał on jednak swojej mocy i echo ledwie go powtórzyło pośród zagajników i wyniosłych pni sosen. Winnetou i Old Shatterhand nigdy nie dowiedzieli się, że blada twarz podążała ich tropem i była świadkiem tej haniebnej porażki. Wycofałem się powoli do bardzo gęstego młodniaka, poczekałem aż przejdą milicjanci i powoli, robiąc wielkie koło pośród drzew, pomknąłem do obozowiska białych.

LE PAUVRE HOMME!

1408222365570

Jakiż to był komiczny spektakl, gdy człowiek, który najbardziej mi w życiu zaszkodził stanął przed sądem, tuż przy mnie i zachowywał się jak zranione niewiniątko. Biedaczek, Le pauvre homme! Niczego nie wie o moich dwóch zniszczonych habilitacjach, dopiero od sędzi dowiedział się, że pierwsza miała miejsce w Opolu. A druga w Gdańsku? Tak, słyszał o wyniku, ale w ogóle się tym nie interesował… Wcześniej, zanim nie zaczęły wychodzić na jaw jego ciemne sprawki, gdy czuł się pewnie i butnie, szalał na Radach Wydziału, kazał podawać sobie szczegóły moich przewodów, pytał ile mam recenzji, kto opiniował i w jakich ośrodkach będę finalizował wszystko. Po uzyskaniu odpowiedzi wychodził na korytarz i natychmiast dzwonił gdzie trzeba. Tak, przed sądem podobno wolno kłamać, ale protokoły uczelniane to jest prawda – czarno na białym. Jak on w ogóle może stawać naprzeciw człowieka – pytał mój adwokat – któremu wyrządził tyle zła? Przecież jeszcze chwila i zdradzą go kolesie, jeszcze moment i wszystko wyjdzie na jaw, a sieć intryg zostanie szczegółowo opisana. Myślę, że koniec tego człowieka będzie naprawdę straszny, tym bardziej, że jest kompletnie nieprzygotowany do walki w świecie, do którego próbował mnie zdegradować.

STO WIERSZY POLSKICH (XXIII)

skanowanie0001

W siedemdziesiątą piątą rocznicę urodzin

Ryszard Milczewski-Bruno wpisał się w czarną legendę literatury polskiej ostatnich dziesięcioleci dwudziestego wieku. To spowodowało, że elementy bujnej biografii przyćmiły jego dorobek literacki, stale czekający na swojego krytyka, wciąż domagający się kompleksowego opracowania. A zadanie jest tutaj bardzo trudne, bo należał Bruno do tego samego polskiego cechu poetyckiego, do którego wcześniej zaliczono Norwida, Leśmiana, Białoszewskiego, nie tracąc niczego ze swej oryginalności, tworząc w kolejnych książkach przestrzenie tajemne i groźne, wnikając w ciemność i odsłaniając brzydotę wewnętrzną świata, w którym żyjemy. Czynił to z pasją, rozbijał słowa i przyglądał się nowym sensom, odkrywał semantykę ulicy i knajpy, nie wahał się wprowadzać do swoich tekstów wulgaryzmów i zwrotów slangowych. A przy tym bywał subtelnym lirykiem, potrafiącym zadumać się nad gwiazdami na nocnym niebie, nad lotem jętki i parabolą ptaka. Szedł przez życie gwałtownie, zapadał się w sobie i eksplodował w nowym czasie, w innej przestrzeni, czy to były piwnice poetyckie Torunia, czy klubokawiarnie Wrocławia albo samotny pokój u przyjaciela w Antoniewie. Trudno było z nim się zabliźnić, bo buntował się najbardziej przeciwko samemu sobie, manifestując też niezgodę na fałsz ludzi spotykanych na drogach losu. Totalne zniszczenie było jego przekleństwem i obszarem wielkiej tajemnicy, gdzie mógł nieustannie eksperymentować ze słowem i szukać lirycznej jedni, chwil jaskrawych i matowych, egzystencji pełnej i pustej zarazem. Nie mógł umrzeć inaczej jak w absurdalny sposób, tonąc nagle w jeziorze, w otoczeniu roześmianych kolegów, osuwając się w nicość pośród przestrzeni, które tyle razy kreował w swojej liryce. Jego martwe ciało, leżące na dnie akwenu w Nowej Wsi Szlacheckiej, stało się metaforą istnienia w świecie, w którym nadwrażliwcy idą prosto ku bezsensowi przeznaczenia, a ich gesty, zdarzenia ich życia, układają się w chaotyczny ciąg obrazów, symboli, znaków nie do rozszyfrowania. Dotarcie do najgłębszych pokładów jego poezji i prozy, zrozumienie jego listów i zapisków możliwe jest tylko po wstępnym odrzuceniu biografii i skupieniu się na słowach i ich głębiach.

Pozornie prosty i niczym nie wyróżniający się wiersz pt. Ptaki jest dobrym przykładem ułudy jaką Bruno tworzył i pośród której ukrywał swoje największe poetyckie skarby. Mamy tu do czynienia – jak w wielu tekstach tego autora – ze sztafażem suicydalnym, gdy autor opisuje przestrzeń zjawiskową, a w tle czai się śmierć zadana samemu sobie. Nie znajdziemy tu inkantacji, wstępnego zaśpiewu – uderzenie słów jest gwałtowne i bezlitosne, jak narzędzie, które poeta wyodrębnia w pierwszym wersie: Jest nóż – cierpka znajda. Ostrze służące do krojenia chleba i zabijania, łatwo wnikające w miąższ owoców i tnące żyły, nośnik blasku i cierpienia. Ta dwoistość istoty noża bliska jest dualizmowi życia Bruna, w którym brud i rozkład sąsiadowały z czystością i pełnią. To narzędzie zostało znalezione w sytuacji, która generuje poczucie cierpkości, to tak jak z jabłkiem podniesionym z ziemi w sadzie, które po nagryzieniu wysyła nieprzyjemne impulsy smakowe. Tutaj samo jego pojawienie się ma wydźwięk negatywny, ale zostaje jeszcze wzmocnione przez interakcję materii i żywiołów: Rękojeść ogień – żelazo żal. To przypomnienie procesu powstawania ostrego narzędzia, a zarazem odwrócenie sensów – żelazo, które powinno kojarzyć się z ogniem, połączone zostało z żalem, a rękojeść, która pozwala bezpiecznie nim operować jawi się poecie w płomieniach. Ale czy tak jak naprawdę? Wszakże bezpieczne użycie noża warunkuje właściwy uchwyt, a żal pojawia się przy każdym zetknięciu z żarem, przy topieniu żelaza także, gdy kształty stają się lepkie i nieodwracalnie rozpływają się w czerwieni pieca. To tylko kwestia spojrzenia, ujęcia, zadumy nad zmiennością rzeczy, a nade wszystko twórczej interpretacji elementów naszej rzeczywistości. Dla poety jest to oczywiste i podkreśla pewność swoich obserwacji wersem, który jest jak wieńczące utwór muzyczny uderzenie w metalowe talerze: Nic odjąć – nic dodać. To ustalenie nie znosi zagrożeń i w czwartym wersie wraca ponownie negacja, dodatkowo dopełniona „krwistą” nazwą rośliny i ontologicznym rozmyciem: Krwiściąg lat – pomiędzy… rozpięty. Krwiściąg to bylina używana do tamowania krwi, a jednocześnie jakże Brunowy neologizm, odsyłający wyobraźnię do arterii organizmu. Nóż może je przeciąć bezlitośnie, zawieszać wszystko na chwilę w obliczu podziału na cząstki, bo jest jak znajda nie licząca się z ludzkimi uczuciami, a jego twardość służy określonemu celowi. To jest znajda w świecie, w którym wszystko podąża do rozprężenia i bałaganu, a chwilowe uporządkowanie i tak zostaje zanegowane przez śmierć.

W slangu chuligańskim „zatańczyć z kimś”, znaczy pobić go, dopiec mu do żywego, zdemolować bez litości, i tutaj też pojawia się podobna semantyka: Jest nóż – rodzinne tango. Narzędzie używane przez rodziny w kuchniach, pozwalające przygotować posiłki, ale też nośnik szybkiej śmierci, zagubienia się w odwiecznym danse macabre. W poetyckim świecie Bruna: Do tańca zaprasza błysk jego twarzy, kusi lśnienie przedmiotu antropomorfizowanego dla nihilizmu, dla obrony lub ataku. Człowiek czuje się pewniej mając nóż na podorędziu i może ruszyć z nim w groteskowy tan, w ostatnie tango albo pogrzebowy marsz. On powoduje, że zmieniają się proporcje pomiędzy wrogami, obniża szanse przeciwnika w ostatecznym starciu – wtedy: Płacz nie płacze – nie zawodzi krok. Nóż odpowiednio użyty spełnia swoje zadanie bezbłędnie, staje się nośnikiem rany, błyskawicznie otwiera arterie, wydobywa krew na powierzchnię ciała, zabija bez uczuć, bez litości, bez zbędnych kontekstów. Śmierć jest w nim tak samo potencjalna jak w naboju karabinowym, szabli, mieczu, stryku szubienicy. Nieożywione należą do klasy przedmiotów martwych, ale uruchomione przez człowieka zyskują ponadnaturalne właściwości, odbierają to co najcenniejsze, żyją najpełniej przez ułamek sekundy. W takiej sytuacji, gdy zostaje zadany cios, albo śmignięcie ostrza w powietrzu przecina żyły, przez moment pojawia się ciepło krwi rozlanej i poecie kojarzy się to z uwolnieniem skrzydlatych istot: Z nas wypłyną ciepło ptaki. To może być morderstwo, albo śmierć zadana samemu sobie, w grę może też wchodzić obrona, użycie noża jako ostateczność w sytuacji ekstremalnej. Te ptasie transportery ciepła ludzkiego poeta wtłacza w obręb innego żywiołu i stają się one ciekłe jak krew, wypływają z żył, a zarazem wylatują ku absurdalnej wolności. To jest przestrzeń śmierci, chwilowego rozpalenia bólu, strachu, grozy zdarzenia bez odwrotu, a potem majestatycznego umierania i coraz szybszego rozkładu.

Jak w każdej wielkiej poezji pojawia się u Milczewskiego-Bruna perspektywa przedśmiertna i eschatologia ostatecznego ludzkiego przegrania. Rzeczy w jego świecie przez chwilę lokują się we właściwym miejscu, ale zaraz potem popadają w nicość, stają się elementem systemu negacji. Człowiek próbuje żyć pośród nich, oddalać wizję gilotyny wiszącej nad głową, ale w jakiś fatalny sposób nieustannie podążą ku rozstrzygnięciom tragicznym. Chciałby uporządkować świat, próbuje wznosić konstrukcje ze znaczących cząstek, ale zawsze pojawia się jakaś destrukcyjna siła, coś przeszkadza mu, stale znosi pozytywy i domaga się zaprzeczeń. Ci, którzy znali Bruna wiedzą, że taka też była jego natura, a momenty spokoju, chwile odprężenia, rodziły w nim melancholię i rozpacz, przeradzające się w bunt. Dlatego tak trudno było z nim wejść w bliższe relacje, a przyjaźń stawała się często wyzwaniem ponad siły, próbą wytrzymałości, w której wielu przegrywało. Poezja Bruna pełna jest sprzecznych energii, wciąż pulsuje siłą naturalnych żywiołów, a w warstwie językowej jest nieustannym odkrywaniem głębin znaczeniowych. To, co wydawało się zabawą w słowa, po latach jawi się jako niezwykle ambitne wyzwanie twórcze, coś czego nie mógłby dokonać nikt inny. Musiał to być człowiek, który tyle razy burzył swoje chwilowe światy i stale wkraczał w nowe przestrzenie, obcował z ekwiwalentami słownymi, charakterystycznymi dla ludzi prostych i dosadnych, różnorakich pijaków, włóczęgów i wykolejeńców. Zderzając ich artykulację z językiem kolegów po piórze, osiągał w swojej liryce zdumiewające efekty, wciąż odbierające oddech krytykom. Zapewne najprościej byłoby opisywać poetę jako chuligana, chłopaka z proletariackiej bandy, obdarzonego ponadnaturalną energią, ale wchodzenie z namysłem w jego światy literackie powoduje, że odsłania się przed nami ktoś zupełnie inny. Innowator słowa, z ogromną pasją tworzący neologizmy i stosujący najwymyślniejsze tropy semantyczne, stosujący naturalne nazwy własne, specjalne złożenia metaforyczne, ciągi określeń, które krytyk musi właściwie rozszyfrować, dziesiątki wierszy, które domagają się zdekodowania na wielu poziomach interpretacji. Monografia twórczości tego poety może być prawdziwym wyzwaniem dla ambitnego interpretatora i powinna jak najszybciej się pojawić w naszym piśmiennictwie – niestety, zaprezentowana wyżej analiza wiersza Bruna wskazuje, iż nie będzie to łatwe.

Newer entries »

%d blogerów lubi to: