ALEJA KLONÓW (18)

11725826

Gdy oboje rodzice szli do pracy, prosili prababcię Franciszkę by zaopiekowała się mną, a jej ulubionym zajęciem było straszenie mnie i dramatyczne opowiadanie okropnych historii. Działy się wtedy rzeczy dziwne, które głęboko wryły się w moją pamięć i powracały w snach, jakże groźnych i pełnych symboliki, przepojonych lękiem i poczuciem przegrania. Franciszka pozwalała mi budować półmetrową wieżę z drewnianych klamerek do zawieszania prania, a potem z uśmiechem, nagle pukała w nią artretycznie powyginanymi palcami i burzyła wszystko. Natychmiast uderzałem w płacz, a ona rechotała jak stara wiedźma i brała się pod boki, patrząc z rozkoszą jak szarpię się w drewnianym krzesełku. Potrafiła też, podczas karmienia mnie łyżeczką, zatrzymywać ją przy moich ustach, cofać i znowu zbliżać, czerpiąc radość z moich prób sięgnięcia budyniu lub kaszki manny. Zdarzało się też, że przetrzepała mi tyłek, uznając że jestem nieznośny, za każdym razem strasząc mnie, że jak powiem mamie lub ojcu, to dostanę jeszcze gorzej podczas następnej wizyty. Przychodziła pilnować mnie z ogromną niechęcią, jakby się tego brzydziła, stale naburmuszona, ubrana w tradycyjne sukienki w grochy lub kwiaty, czarne lub czerwone czółenka i cieliste pończochy. Gotowała jakąś zupę, stale ją podjadając chochlą z garnka, albo smażyła pulchne klopsy, kotlety lub lepiła pierogi z mięsem. Bawiłem się grzecznie przy stole, patrząc raz po raz na to, co działo się za oknem, na niewielkim podwórku, a ona tylko czekała na moment mojej nieuwagi i zaraz przestawiała mi klocki, burzyła konstrukcje, śmiejąc się do rozpuku, unosząc do góry ręce i kręcąc coś w rodzaju dwóch, trzech piruetów. Po powrocie ojca, po pojawieniu się matki, udawała świętoszkę, głaskała mnie po główce i mówiła jaki to ja byłem grzeczny, a ona spokojnie, z czułością i miłością się mną opiekowała. Wychodziła od nas z promiennym uśmiechem, mrugając do mnie zalotnie oczkiem, albo obiecując, że jak przyjdzie następnym razem, to przyniesie mi wielkiego, czerwonego lizaka i włoskie orzechy, które lubiłem.

chagall_samotnosc_1933

Bardzo bałem się z nią zostawać i pochlipywałem często w jakichś kątach, czekając co wymyśli i czym mnie będzie chciała zastraszyć. Robiła to stale, opowiadając mi o tym, że jak będę niegrzeczny, sprowadzi Żydów, a ci ukradną mnie i przerobią na kiełbasę. Pokazywała za oknem starego, zarośniętego złotnika Jakuba Rozenfelda i mówiła, że jest wielkim szpiegiem żydowskim i donosi współbraciom o mnie.

– Już im powiedział, że tutaj jesteś i teraz tylko czekają, żeby cię złapać, porwać i zaciągnąć do ich tajemnej rzeźni… – straszyła i wytrzeszczała straszliwie oczy.

Serce w moim drobnym ciele zaczynało wtedy bić jak oszalałe, popłakiwałem pociągając noskiem, a ona ciągnęła dalej:

– Najpierw spuszczą ci juchę i zrobią z niej kaszankę, a potem to twoje delikatne mięsko przemielą w wielkiej maszynie i zrobią z niego pęta wędzonej kiełbasy…

Za każdym razem, gdy na podwórko wychodził Rozenfeld albo jego młoda, piękna żona, zaczynałem drżeć jak oparzony, a pewnego razu, gdy złotnik usiadł na ławeczce z dwoma klientami w myckach, zarośniętymi jak on, ubranymi w czarne chałaty i szerokie spodnie, zacząłem drzeć się wniebogłosy.

– Widzisz, widzisz… przyszli ustalić kiedy ciebie porwą… – straszyła prababcia i rechotała charkliwie, poprawiając plastikowy grzebień we włosach i wykrzywiając groźnie usta.

p02i9665

Pewnego dnia, gdy uznała, że jestem bardzo niegrzeczny, zdjęła pokrywę w podłodze, odsłoniła schody prowadzące do piwnicy i powiedziała, że mnie tam zamknie, bo umówiła się z Żydami, że jak pójdzie do domu, to stamtąd mnie zabiorą. Bardzo bałem się tej piwnicy, a ona złapała mnie za ubranie i zawiesiła nad nią, raz to obniżając, raz unosząc w górę. Płakałem i wierzgałem nogami, próbując ją podrapać po twarzy albo uszczypnąć boleśnie w policzek, ale sprawnie się usuwała i jeszcze gwałtowniej mną potrząsała nad czarną dziurą piwniczną, z której buchał zapach gnijących kartofli i spleśniałej marchwi.

– Teraz, rozwydrzony szczeniaku, tam ciebie zaniosę i zamknę w ciemności z pająkami, karaluchami i szczurami…

I niby zaczynała ze mną na rękach schodzić do ciemnicy, cały czas patrząc w dal płonącymi, dzikimi oczyma i oblizując wargi, jakby już szykowała się na zjedzenie kiełbasy z chłopca. Jak do drzwi zapukał listonosz albo kominiarz, albo jakaś sąsiadka przyszła prosić o szklankę cukru lub maki, mówiła:

– Aha… już idą po ciebie miungwo… Zaraz cię wsadzę do piwnicy i podpiszę z nimi umowę, a potem mi dobrze zapłacą …

wp855cfc5c

W nocy przyśnili mi się Żydzi w czarnych, lśniących chałatach, skradający się bezszelestnie przez czarny korytarz, przystający przy oknie i zerkający ciekawie do środka. Nagle opadły ściany naszego domu, a ja znalazłem się na rękach Matki Boskiej z obrazu Rafaela Santi, w samym środku barwnego wiru. Wszystko fruwało w powietrzu, miało niebieskawy poblask, a tuż przy mnie pojawił się wielki czerwony, ognisty anioł. Maryja przyciskała mnie do piersi, a on krążył wokół nas i przyglądał się złym okiem. Zrozumiałem, że to duch upadły, strącony z tronów niebieskich, lecący prosto do piekła, a on, gdy pojął, że został rozpoznany, wydał z siebie przerażający ryk. Jacyś Żydzi unosili się swobodnie w powietrzu, trzymając Torę, wspierając się na laskach, wykrzywiając dziwnie nogi i ręce. Tuż przede mną przepłynęły błękitne skrzypce, na których poruszał się swobodny smyczek. Wpatrzyłem się w nie, a wtedy wysunął się z nicości żółty koń i oparł się o instrument, lekko dociskając go do skrzydła Lucyfera. Muzyka była skoczna, jak na żydowskim weselu, ale wszystko powoli cichło, lekko się rozmywało, pomarańczowa poświata słońca, blask świecy chanukowej, wielki zegar ścienny, dalekie bryły małych domków, a nad nimi krucyfiks z brodatym Chrystusem. Kosmiczna noc pulsowała w tłach i zima swym woalem otuliła białoruską wioskę, a rabin w fioletowym okryciu wskazał na odsłonięty zwój, jakby chciał przywołać słowa Pięcioksięgu: Lo tircach… Nie rozumiałem tego, bo nawet muchy nie skrzywdziłem w swoim krótkim życiu, kochałem osy chodzące po szybie okna i pająki zawieszone u sufitu, pozdrawiałem dobrym słowem myszy przemykające ku norom. Ale to wielkie, ogromniejące nie morduj… brzmiało głośniej i głośniej, oplatało białą poświatę Maryi z Nazaretu, jej syna umierającego na krzyżu, a potem niczym włócznia uderzało w lecącego do piekła czerwonego demona. Obudziłem się z płaczem i mama zaraz podeszła do mojego łóżeczka, przytuliła mnie do siebie i pocałowała z czułością. Obraz wykrzywionej jak wiedźma prababci i Żydów skradających się po mnie, wielkich zjaw, żółtego konia i żydowskich domków powoli, bezpowrotnie, zatonął w ciemności.

marc-chagall-3

Po jakimś czasie moja mama zauważyła, że histerycznie reaguję nawet na wspomnienie prababci, że długo płaczę i nie mogę się uspokoić. Rosłem jak na drożdżach, więc zaczęła zostawiać mnie samego w domu, przygotowując wcześniej jakieś kanapki, herbatę w butelce ze smoczkiem i barwne słodycze. Patrzyłem wtedy ze zgrozą na pokrywę od piwnicy, a jak za oknem pojawiali się Żydzi, uciekałem do pokoju i chowałem się za tapczanem, przykrywając ciało kocem albo pierzyną. Dopiero po jakimś czasie wracałem powoli do kuchni, a gdy na podwórku nic się działo, zaczynałem bawić się przy stole. Prababcia została gwałtownie ode mnie odsunięta, ale widać zabolało ją to bardzo, bo któregoś dnia pojawiła się nagle na podwórku, usiadła na ławce z Rozenfeldem i pokazując stale na okno naszego domu, coś żywo mu relacjonowała. Patrzyłem na nich stojąc za załomem muru i tylko na chwilę wysuwając się bardziej, zerkając ku ławce z lękiem, gotowy do ucieczki i ukrycia się w rogu dużego pokoju. Skończyła rozmowę i zapukała do drzwi, mówiąc rozkosznie:

– Synuś otwórz proszę, babcia przyniosła ci wielkiego, słodkiego, czerwonego lizaka…

Nie dałem się temu zwieść i pomknąłem szybko, by schować się za kaflowy piec, a potem cierpliwie czekałem aż ustaną hałasy i na podwórku już nikogo nie będzie. Po godzinie, może dwóch, podszedłem wolno do okna i usadowiłem się bezpieczny przy stole, a wtedy Franciszka nagle wychyliła się zza framugi, wykrzywiła straszliwie twarz i wrzasnęła:

– Żydzi zrobią z ciebie salceson szczeniaku… Już idą po ciebie…

Przeraziło mnie to strasznie, ale jakoś przemogłem lęk, zaśmiałem się, przyłożyłem wskazujące palce z obu stron czoła i poruszyłem nimi, jak diabełek rogami. Prababcia jeszcze przez chwilę popatrzyła na mnie dzikimi oczyma, a potem szybkim krokiem ruszyła do korytarza prowadzącego z podwórka na drugą stronę domu. Potem, gdy już dorosłem, dowiedziałem się, że Franciszka pewnego dnia wychyliła się za bardzo z okna kamienicy i wypadła z trzeciego piętra na bruk, ponosząc śmierć na miejscu.

– Dobrze jej tak – pomyślałem… Dobrze jej tak… Każde zło na tym świecie doczeka się zapłaty… Spadła do piekieł jak czerwony, ognisty anioł…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: