POEZJA PODRÓŻNA

Ormiańska tancerka1Czy istnieje poezja podróżna? Zadaję to pytanie i natychmiast w mojej świadomości ustawia się ciąg tekstów, począwszy od literatury starożytnej, przez wieki średnie i kolejne stulecia, aż do tak wyrazistych jej realizacji jak Sonety krymskie Adama Mickiewicza, wczesne poematy Juliusza Słowackiego, wiersze Zygmunta Krasińskiego inspirowane Italią (Rzym, Kampania rzymska, Varenna). Także dwudziesty wiek przyniósł sporo pięknych liryków włoskich Herberta i Miłosza, wiele wierszy światowych Różewicza, próby oswojenia nowej, zagranicznej rzeczywistości emigrantów młodszych pokoleń. Rozmyślam na ten temat w chwili ukazania się mojego ostatniego zbioru wierszy, zatytułowanego Ormiańska tancerka, który jak zwykle jest dla mnie wielkim zaskoczeniem i niewypowiedzianą radością. Tworząc tom pt. Bulwar Singera, zbierający wiersze z podróży do Stanów Zjednoczonych, nie zdawałem sobie sprawy, że otwiera się w mojej twórczości nowy etap, a następne wyprawy, do Chin, do Iraku i Armenii zaowocują kolejnymi książkami i staną się ważną cząstką  poetyckiego dorobku. Ale czy te wiersze można określać mianem „podróżnych”, jak to sugeruje zapis w bibliotekach i jak zaczynają je określać krytycy? Może dla rozwikłania tego dylematu wartościową będzie publikacja niewielkiego szkicu Krzysztofa Derdowskiego, który powstał na kanwie trzech moich ostatnich zbiorów wierszy.

* * *

 „Bulwar Singera”, „Sprzedawca skowronków” i „Żółty oleander” to trzy książki Dariusza Tomasza Lebiody, będące zwieńczeniem podróży poety do USA, Chin i Iraku. Zawierają wspomnienia spisane prozą i wiersze będące odzwierciedleniem stanu jego emocji i przemyśleń. Niewątpliwie są poważnym osiągnięciem, bo Lebiodzie udaje się pokazać w tych trzech książkach liczne fascynacje i stworzyć spójny obraz świata. W spotkaniu z innymi kulturami autor jest aktywnie poznającym, zaciekawionym tym, co go spotyka. To nie jest turysta przywiązany do hotelu, gdziekolwiek się znajduje, szuka spotkania, uważnie obserwuje, emocjonalnie reaguje na to co się mu przytrafia. Dobrze się chyba też stało, że Lebioda nie jest młodzieniaszkiem, to człowiek dojrzały, Liczący ponad pięćdziesiąt lat. A zatem dostrzegający już w świecie i w sobie samym procesy nieodwołalnego przemijania. Mający za sobą wiele przeżyć i lektur. Nie żywi młodzieńczych złudzeń. Nie bez znaczenia jest i to, że Lebioda jest autorem już trzydziestu zbiorów wierszy. Tworzy od lat osiemdziesiątych. Ma więc doświadczenie w pisaniu, a najkrócej mówiąc nie schodzi poniżej dość wysokiego poziomu poezjowania. Po trzydziestu latach pisania wierszy wie jak się to robi. A przecież przez pierwsze lata swej twórczej drogi był poetą swego pokolenia. W takich tomikach jak „Samobójcy spod wielkiego wozu”, „Najnowszy testament”, „Pole umierającej kraski” opowiadał o młodych ludziach szukających własnej tożsamości, gdzieś pośród ćpania, picia, „Solidarności”. A było to pokolenie wielu przedwczesnych śmierci i psychiatrycznych powikłań. Lebioda odnalazł swój głos osobny, między Nową Falą, a Nową Prywatnością. Nie był jak nowofalowcy polityczny. Nie był jak poeci Nowej Prywatności domowy i zaściankowy. Wykorzystywał swoje najbliższe doświadczenia z blokowiska, z lichej bydgoskiej dzielnicy. Nie eksponował przesadnie własnego losu i doznań. Chciał, jak powiedziałem, być kronikarzem własnego pokolenia. I był. Należę do tego pokolenia i mogę zaświadczyć, że wielu naszych wspólnych znajomych zaćpało się na śmierć, inni popędzili za forsą, gubiąc po drodze to co osobiste i niepowtarzalne. Wiersze podróżne Lebiody, o których chcę tu opowiadać nie zrywają z wyznaczoną przez autora „Płacz, moje pokolenie” poetyką wzmożonej socjologicznej obserwacji, uwrażliwienia na przeżycia innych ludzi.

 AMERYKA I PRZEMIJANIE

Bulwar Singera1Przy pobieżnej, wstępnej lekturze amerykańskiego tomiku Lebiody „Bulwar Singera” czytelnik może się czuć odrobinę zdezorientowany i skonsternowany. Poeta bowiem opisując swoje amerykańskie doznania i doświadczenia nieustannie mówi o przemijaniu i śmierci. Co jest zresztą leitmotivem pozostałych części trylogii podróżniczej. Dlaczego jednak pisząc o kraju chyba najbardziej cywilizacyjnie dynamicznym, kraju nieustannej zmiany i modernizacji, swobodnego rynku, poeta z uporem wraca do problemów przemijania i śmierci. W Ameryce tyle jest ruchu, autostrad, nieba pełnego samolotów. Co u licha nakazuje w tym kraju snuć poecie refleksje o ludzkich ostatecznościach. Dlaczego myśli tyle o przemijaniu i śmierci na ludnych ulicach amerykańskich miast? Poeta wyjaśnia to precyzyjnie w posłowiu do książki, które jest też diariuszem amerykańskiej jego podróży: „Wiele razy w moim życiu znalazłem się w miejscach i sytuacjach, które dawały mi szczęście, rozświetlały moją jaźń, ale też zaraz budziły smutną refleksję: Nie zatrzymasz chwili.” I tu jest ów poetycki pies pogrzebany. Otóż Lebioda tym intensywniej przeżywa przemijalność świata im większe robi on na nim wrażenie. Im świat jest piękniejszy, odwiedzane miejsca fantastyczne, tym boleśniejsze jest to, że człowiek w tym świecie jest śmiertelny i przeminie. Jak każdy rasowy artysta, malarz, poeta, muzyk, Lebioda stara się ocalić piękno chwili, jej egzystencjalną i metafizyczną konsystencję. Ale wie też, że chwili ocalić się nie da, że nieuchronnie przemija. Chwila, tak jak i człowiek – jest śmiertelna. Czas, czas wszystko zmienia, jak słusznie śpiewał Bob Dylan. Możemy wracać do ulubionych miejsc, jeśli będą nam sprzyjały okoliczności, ale przecież będziemy wówczas już choćby odrobinę inni. W międzyczasie umrze nam ktoś bliski, na świecie będą miały miejsce wojny i katastrofy. Dana nam chwila zachwytu nigdy precyzyjnie się nie powtórzy. W amerykańskich wierszach Lebiody dochodzi nieustannie do styku piękna ze śmiertelnością uczestników tegoż piękna. Kartkując na chybił trafił „Bulwar Singera” trafiamy na takie pointy wierszy: tylko tutaj odrodzisz się/ i umrzesz w jednej chwili [Jadąc autobusem z Port Authority]; głęboko tak/ samotnie/ tak/ (…)/ jak mewa wpatrzona/ w toń/ jak sama/ śmierć [Mewa]; życie i życie/ a później/ jednaka/ zawsze osobna/ śmierć [Canal Street] Tym przeczuciom śmierci i grozy przemijania towarzyszy – jak powiedziałem – zachwyt. A zachwyt jest wzmożonym sposobem poznawania świata. To typowe Heideggerowskie połączenie trwogi i zdziwienia. Trwoga Heideggera, jak wiadomo, jest dogłębnym przeżyciem własnej śmiertelności i pojawia się po uprzednim otwarciu się podmiotu na bycie. Trwoga ani otwartość na bycie nie pojawią się u kogoś, kto właśnie zastanawia się, czy wziąć kredyt lub co zjeść na kolację. Trwoga jest stanem poetyckiego poznania. I owo poetyckie poznanie prowadzi często do daleko idących wniosków metafizycznych, o których Lebioda we wspomnianym posłowiu powiada tak: „Patrzę na stada, zawoje, zwałowiska chmur. Myślę o sile, o Istocie, która to stworzyła. Czyż jakakolwiek religia zdoła oddać wielkość i ogrom stworzenia? Czy jakaś postać boska, mająca rodowód ludzki, obdarzona ludzkim ciałem i ludzkim wyglądem zdoła udźwignąć monumentalny charakter ziemskiej kosmogonii?” Odpowiedzmy: raczej nie, nie zdoła. Poeta też, w moim przekonaniu, udziela sobie takiej właśnie odpowiedzi i dlatego w swoich wierszach tropi raczej ową siłę stwórczą, dającą wszystkiemu trwanie i przemijanie, niż osobowego Boga czy bogów. I dlatego tak fascynują go wielkie przestrzenie i ekspansje ludzkich dążeń. Ta siła jest wszędzie. W przygodnie spotkanej w samolocie Murzynce, w starym Żydzie widzianym w Nowym Jorku, ale także w źdźble trawy wyrastającym na chodniku, no i w ptakach, które są prawdziwą obsesją poety. Będę o tej obsesji, fascynacji jeszcze pisał przy okazji chińskich wierszy Lebiody, tu jednak chcę odnotować to szczególne zauroczenie ptakami. W posłowiu nieustannie czytamy: „Podziwiam atlasy ptaków, leksykony i encyklopedie i inne książki o nich (…) Nigdy do tej pory nie widziałem tego ptaka na żywo i robi on na mnie kolosalne wrażenie (…) Tuż przy brzegu, pływają kaczki krzyżówki (…) Droga wiedzie przy rzece, więc w milczeniu podziwiam nowe widoki, zauważam sporo wodnych ptaków.” Dlaczego akurat ptaki tak fascynują poetę? Bowiem niepoznawalna jest tajemnica ich wędrowania. Z gruntu nieludzka zdolność przemieszczania się w powietrzu. Lebioda podejrzewa, że ptaki mają jakąś wiedzę o świecie niedostępną dla ludzi. Nie werbalną oczywiście, ale jest im dostępna oczywistość istnienia, która przed człowiekiem się skrywa. I poeta napisze na przykład tak: i oko ptaka uważnie sondujące/ obszar nieistnienia/ [Strumień. Kos. Nieistnienie] Przypuszczam, że Lebiodzie bliskie jest zawołanie Chrystusa, który zalecał ludziom by byli jako ptaki, co skrupulatnie zrelacjonował św. Mateusz w swej Ewangelii: „Przypatrzcie się ptakom w powietrzu (…) Ojciec wasz niebieski je żywi. Czyż wy nie jesteście ważniejsi niż one. Kto z was przy całej swej trosce może choćby jedną chwilę dołożyć do wieku swojego życia” Autor wróci do tego Chrystusowego nauczania w opowieści o porcie Clearwater, w którym cumują jachty amerykańskich bogaczy, a obok przysiadają pelikany. I powie poeta o tej sytuacji bogatych ludzi i ptaków: biedne i dostojne/ suszą pióra/ spoglądają/ na ludzi/ bogactwo/ i ubóstwo/ Ludzie/ i pelikany [W Clearwater] Ludzie w tym zestawieniu stracili naturalność i wolność, mają jachty i konta w banku, ale wolności nie mają. To ptaki są w tym wierszu na miarę darowanego istnienia, a ludzie są grą rynku, kursów walut i mód.

 CHIŃCZYCY I PTAKI

Sprzedawca skowronkówNajbardziej egzotyczną wydaje się podróż poety do Chin. Jej pokłosiem jest książka ”Sprzedawca skowronków”. Lebioda był w Chinach dwa razy – w 2009 roku. Widział Wyżynę Tybetańską, Pekin, Chiński Mur i wiele innych zajmujących miejsc. Zastanawiające, że najbardziej fascynowały go podczas chińskich podróży spotkania z ludźmi. W ich twarzach, gestach wypatrywał oryginalności i niezwykłości. I znajdował. Ta optyka nastawiona na spotykanych ludzi jest zresztą silnie obecna w całej podróżnej trylogii Lebiody Poeta stworzył też znakomite portrety zbiorowe Chińczyków: W tym kraju żyją pokorni ludzie zapatrzeni/ w swoje myśli/ dalecy jak wzgórze niknące/ we mgle/ i bliscy jak śpiew ptaka w bambusowych/ zaroślach/ (…) jadą do pracy na rowerach siadają w parkach/ przystają i gimnastykują się patrząc/ na wschodzące słońce [Chińczycy]. Te socjologiczno-psychologiczne obserwacje autor wzmacnia portretami pojedynczych ludzi, których spotyka podczas swojej wędrówki. I powtórzę – jest tu wierny swojej poetyce stworzonej na początku lat osiemdziesiątych. Skrupulatnie odnotowuje dostrzeżone zachowania ludzi. Tropi cierpliwie ich odmienność i oryginalność. Czytając te wiersze ma się mocne przekonanie, że Lebioda zwyczajnie lubi spotykanych ludzi. Chce się od nich jak najwięcej dowiedzieć, chce się od nich uczyć, jest otwarty na ich przeżycia. I dzięki temu osiąga wysoki poziom przesłań humanistycznych. Ludzie dookoła, owi często anonimowi Chińczycy borykają się z samotnością i śmiercią. Są, ni mniej ni więcej, tylko towarzyszami wędrówki poety do wyznaczonego mu przez los kresu. Wierzą w innych bogów, mówią trudnym dla Europejczyka językiem, ale są zadziwiająco do nas podobni, bowiem ból, cierpienie są doświadczeniami uniwersalnymi, łączą ludzi wszystkich nacji i kontynentów. Szukanie tego braterstwa i wzajemnego zrozumienia jest niewątpliwie celem, który stawiał sobie Lebioda pisząc swoje książki podróżne. Idzie o przekazywanie sobie człowieczeństwa, wbrew i mimo różnic kulturowych. W dzisiejszym globalnym świecie żyjemy coraz bliżej siebie: ludzie, narody, nacje i kultury. Różnorodność nie musi prowadzić do konfliktu i braku zaufania. Przeciwnie, może wzbogacać i uzupełniać. Nie unikniemy spotkania z innymi kulturami. Inny jak widzieli go Levinas i Buber jest problemem i zadaniem pierwszoplanowym współczesnej kultury. Wiele tu żalów i pretensji. Europejczycy przez kilka stuleci byli okupantami w wielu afrykańskich i azjatyckich krajach. Dziś natomiast muzułmanie nie potrafią współżyć kulturowo z europejską odmiennością. Lebioda jest wyczulony na tę problematykę i chce Innego zobaczyć w całej krasie i odmienności. Stara się z tą odmiennością współżyć. We wszystkich trzech podróżnych książkach pokazuje Innych jako problem, ale też nadzieję wzbogacenia własnego świata. Spotkanie z odmiennymi, silnymi kulturami jest nie tylko zagrożeniem, ale też szansą rozwoju. Ot, Lebioda napisze na przykład przejmujący wiersz o żebraczce w świątyni Tao: Ta drobna kobieta z blaskiem urody na pomarszczonej/ twarzy żyła już tutaj wiele lat przed moim/ urodzeniem/ (…) teraz stoi na schodach wiodących/ do figury złotego słonia/ i prosi o święte juany/ (…) jeszcze chwila a odwieczne/ Chiny zgasną dla niej/ na zawsze [Żebraczka w świątyni Tao]. Chińczycy, jak może żaden inny naród, mają właściwości masy, o których tak przekonywająco pisał Elias Canetti w książce „Masa i władza”. Lebioda chętnie wydobywa z tej masy poszczególnych ludzi – a to młodziutkie prostytutki, a to dzieci, które obdarowuje drobnymi monetami, a to wysokiego boya hotelowego, sprzedawcę skowronków. Raz po raz jednak Chińczycy skupiają się mu w niepokojącą masę, jak w wierszu „Już dudnią kroki”: Słyszę jak dudnią kroki/ to armia pierwszego/ cesarza rusza/ na podbój/ wieczności (…) to armia pierwszego/ cesarza maszeruje/ przez tysiąclecia. Lebioda ma, jak powiedziałem już wyżej, ewidentnie obsesję ptaków. Pisze o nich bez przerwy: „Kruki nad Chińskim Murem”, „Wrona na platanie”, „Pekińskie sroki”, „Chiński wróbel”, „Dudki”. O co chodzi z tymi ptakami? Otóż dla Lebiody chińskie ptaki o których pisze równie chętnie jak o ptakach spotykanych w USA, są czymś pośrednim między ciężką, toporną materialnością człowieka, a duchową lekkością. Człowiek przywiązany do ziemi, nie potrafiący latać, uwikłany w historię, politykę, biznes i zbrodniczy jak może żadne inne zwierzę na świecie, nie ma lekkości i swobody ptaków. Ptasie loty są emanacją wolności i swobody. Ptaki są też świadkami naszego nieporadnego życia: W tym mieście fruwa wiele srok – całymi stadami/ i pojedynczo ale nikt nie zatrzymuje wzroku/ na czarno-białych szatach/ a one uważnie śledzą ludzkie ruchy – patrzą na/ przechodniów i na dalekie kształty zakazanego/ miasta [Pekińskie sroki] Dlatego poeta tak intensywnie przeżywa swoje podróże samolotem. Lot czyni sytuację człowieka podobną do tej w jakiej znajdują się ptaki. I wywołuje nieodmiennie w tej poezji silne doznania metafizyczne: Samolot wzniósł się do/ świata lotnych kształtów/ (…) mógłbym tak lecieć/ bez końca/ mógłbym tak istnieć/ bezcieleśnie/ mógłbym tak mknąć/ w sobie i poza sobą [Chmury nad Pekinem]. Oprócz ptaków, Chinek i Chińczyków, uwagę poety podczas jego dalekowschodniej wyprawy przykuwają rośliny i krajobrazy, które zawsze wywołują osobiste refleksje na temat losu i przemijania. Wielkie chińskie wyżyny i góry, widok z okna na milionowy Pekin wywołują nieuchronnie refleksje na temat przemijania i wartości życia. Czymże jest nasze życie wobec ogromu świata i kosmosu? Czymś nieważnym? Czymś o co jednak warto się troszczyć: Jestem cząstką planety/ pyłem kosmosu/ mój byt wypełnia pustkę/ w pradawnej materii [Poranny wiersz w hotelu Xiyuan]

 IRACKI ŚMIETNIK I KURDOWIE

LebiodaZoltyOleander-OKL-OK.indd1Trzecią książką z cyklu podróżnego jest „Żółty oleander”. To efekt podróży Lebiody do Iraku, Kurdystanu i Babilonu. W książce tej poeta zamieścił wiele wierszy odnoszących się do polityki i historii. Irak to kraj ciężko doświadczony przez wieloletnie rządy Saddama Husajna. I późniejszą wojnę z USA. W tym kraju poeta spotyka liczne dowody zbrodni reżimu Husajna. Zwraca w kilku wierszach uwagę na to, że zniszczenia moralne, które niesie ze sobą każda dyktatura są długotrwałe i trudno jej zlikwidować. Śmierć dyktatora jest zaledwie początkiem odnowy i powracania do życia całego narodu. I jest tak: Kraj jak śmietnik – trzeba go oczyścić/ zebrać brudy papiery puste butelki/ i plastikowe torby/ trzeba powybijać armie wielkich szczurów/ pewnych siebie jak Nabuchodonozor [Iracki śmietnik]. Kraj o wspaniałej historii pełnej wielkości i grozy nie może podnieść się po krwawej dyktaturze. Obecni są jeszcze ludzie Saddama z partii BASS. Na ulicach irackich miast wybuchają bomby. Ludzie z trudem organizują sobie życie po totalitarnej traumie. Chaos i dezorientacja. Lebioda z troską pisze o tym stanie arabskiego państwa: Powiedz mi przyjacielu co stało się/ z narodem arabskim?/ (…) Dlaczego twój kraj/ wygląda jak śmietnik cywilizacji?/ Powiedz mi przyjacielu gdzie/ podziała się duma szejków/ i emirów (…) Kto zabił światło w oczach/ dzieci Bagdadu Ramallah/ i Kirkuku? [* * * Powiedz mi przyjacielu…] Z dużą estymą pisze poeta o Kurdach i Kurdystanie. Górale kurdyjscy jawią się mu jako ludzie dzielni, instynktownie szukający wolności i prawa do samostanowienia. To ludzie odważni, bez reszty oddani świętej sprawie wolności. Lebioda chętnie opowiada o takich ludziach, a przypomnę, że Kurdowie stanowią mniejszość narodową w trzech krajach: w Turcji, Iraku i Iranie. I są tam prześladowani. W ostatnim czasie śmiertelnym niebezpieczeństwem dla Kurdów jest także Państwo Islamskie. Mimo tych niedogodności i trudności Kurdowie jawią się Lebiodzie jako ludzie niezłomni. I poeta tak napisze o pewnym starym Kurdzie: ból który czuję w piersiach nazywa się/ Kurdystan/ ból który rozrywa mojej serce/ nazywa się wolność [Stary Kurd] Myślę, że Lebioda, jest szczególnie predysponowany do pisania takich właśnie wierszy o dzielności i walce o niepodległość. Ta poezja wpisuje się w polską tradycję poezji patriotycznej i niepodległościowej. Zaletą wierszy Lebiody o aspiracjach narodowych i niepodległościowych Kurdów jest niewątpliwie pewna powściągliwość. Poeta nie histeryzuje, nie epatuje grozą, ani łatwymi wzruszeniami. Opowiada o Kurdach w sposób powściągliwy i męski. Powiada o ofiarach kurdyjskich tak: nikomu nie wolno zabijać/ a zamordowano cały naród/ nikt nie ma prawa/ odbierać oddechu/ a zdławiono wielki/ Kurdystan [* * * O płaczcie piaszczyste zbocza]. A warto chyba zwrócić też uwagę i na to, że poeta, pisząc wiersze o Kurdach, nie traci perspektywy indywidualnej, osobistej śmierci. Tu każda śmierć, każde cierpienie są osobistą sprawą ludzi o których autor pisze. Lebioda indywidualizuje śmierć – z masowych grobów, które pozostawił po sobie Saddam dobywa osobiste losy, tych którzy zginęli. Rolą poety zdaje się tu być chęć przywrócenia osobistego charakteru śmierci. Najkrócej mówiąc – każdy człowiek umiera w samotności. Wrzuconym do zbiorowych mogił poeta przywraca człowieczeństwo, nie godząc się na to, żeby ich śmierć opisywać w liczbie mnogiej i jako proces zbiorowy: widziałem chłopca/ o czarnych oczach/ i białych zębach/ jak przywiązali go do/ słupa i czarną opaską/ odgrodzili od świata/ w plutonie egzekucyjnym/ stali koledzy ze szkoły/ i boiska [Łoże tyrana]. Te zapiski to zaledwie rekonesans po trzech udanych książkach Lebiody o podróżowaniu. Mam nadzieję, że stanowić one mogą zachętę dla potencjalnych czytelników tej poezji. Odnotujmy też i to, że we wszystkich trzech książkach autor zamieścił pokaźną ilość zdjęć z podroży o których opowiada. Te zdjęcia często wprost odnoszą się do tego o czym pisze on w swoich wierszach.

 __________________

Dariusz Tomasz Lebioda, Bulwar Singera, Biblioteka „Tematu”, Bydgoszcz 2012. Dariusz Tomasz Lebioda, Sprzedawca skowronków, Biblioteka „Tematu”, Bydgoszcz 2013. Dariusz Tomasz Lebioda, Żółty oleander, Biblioteka „Tematu”, Bydgoszcz 2014.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: