LUDZKA BIEDA

11255480_830444227032580_4482524770316662176_n

I już po kolejnym Zjeździe Związku Literatów Polskich… Spośród wielu zdarzeń, jakie miały tam miejsce zapamiętam przede wszystkim widok Leszka Żulińskiego, niegdyś dumnego krytyka, prawodawcy młodej poezji, pragnącego wytyczać granice w obrębie literackich państewek, przyjaźniącego się ze mną przez wiele lat, a potem wściekle mnie atakującego, gdy wyrażałem dezaprobatę dla jego donosicielstwa w ramach struktur SB. Patrzyłem na tego marniejącego, przygarbionego dziadunia i widziałem w nim upadek człowieka, jakże wychudzonego, złamanego przez choroby i noszącego na twarzy czytelną wiadomość, co do jego przyszłości. Oczywiście sporo w nim zostało z przeszłej perfidii i chętnie by opluł tego i owego (przede wszystkim mnie), ale jego hamowanie się w trakcie zjazdu miało swoją klasę i odmowa kandydowania do Zarządu Głównego ZLP też była stylowa. Nieważne, że zaraz zamieścił na swoim blogu stek bredni i kłamstw na mój temat, nieistotne, że wpis spreparował na wzór dawnych meldunków i doniósł na mnie tym razem wszem i wobec, a nie tylko oficerowi prowadzącemu. Tacy jak Żuliński nie są w stanie zrozumieć, jak budujące jest, gdy opluwają mnie tacy ludzie, wszak prowadzę swoją walkę już od wielu lat i zawsze pojawiali się przy mnie wrogowie, gotowi udowodnić, że jestem skrzyżowaniem komara ze słoniem, albo ośmiornicy z sępem. Budujące, bo przecież dzięki takim plugastwom czuję swoją siłę, jasno widzę drogę i mam sporo pomysłów jakimi szlakami dalej podążać. Plwocina natychmiast spływa po srebrzystej zbroi, a ruina ludzka zawsze budziła we mnie współczucie, czy to był uwikłany w romanse ze studentkami profesor uniwersytetu, czy polityk z PRL-u, robiący karierę w nowej Polsce, a mający krew na rękach, czy wreszcie konfident opływający niegdyś w zbytki, a teraz ledwo powłóczący nogami. Tak się złożyło, że z braku miejsc w restauracji Domu Literatury jadłem obiad obok Żulińskiego, głęboko czując swoją i jego osobność i rozmyślając o ludzkiej kondycji – o tym, że wszyscy podlegamy prawom entropii, niszczeni przez czas i choroby, dający się łatwo nabrać na różne życiowe tricki. Siedząc metr od Żulińskiego, byłem mu wdzięczny, że pojawił się w moim życiu, bo wyraziście, kontrastowo, pokazał mi odrębność świata, w którym egzystuję i pomógł ustawić strażnice na rozstajach dróg. Rozumiem jego rozgoryczenie, bo nigdy nie znajdzie się w tych przestrzeniach, nigdy nie odkryje prawd, które udało mi się odsłonić, a do tego odejdzie z piętnem donosiciela na czole, wymieniany pośród innych konfidentów, coraz wnikliwiej opisywany przy pojawianiu się nowych akt. Tak mi go było żal, że gotów byłem podać mu talerz z ciastkami, gdy nie mógł ich dosięgnąć, ale ubiegła mnie niewiasta, siedząca bliżej niego. Choć czułem, że bulgocze w nim nienawiść, buzują wściekłe myśli, powstają pierwsze zarysy internetowego donosu na mnie, tak bardzo było mi go żal…

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: