WALC NUMER DWA

Główny plac Stepanakertu

Główny plac Stepanakertu

Właśnie ukazuje się mój kolejny zbiór wierszy pt. Ormiańska tancerka, w którym znalazły się wiersze napisane w Górskim Karabachu i w Armenii w 2014 roku, a wyszlifowane i przygotowane do druku w Polsce. Zamieszczam tutaj słowo odautorskie, które umieściłem na końcu zbioru, dołączam też Walc nr 2 Dymitra Szostakowicza, od którego wziąłem tytuł Posłowia.

Jechałem do Armenii z wiarą, że zobaczę wspaniałe zabytki, odwiedzę dalekie miejsca i spotkam ludzi innego kręgu kulturowego, a przy tym spróbuję znaleźć swoje odbicie w tym różnobarwnym zwierciadle dziejów. Kraj od dawien dawna najeżdżany przez Turków, Arabów, w końcu trafił pod jurysdykcję rosyjską, a potem sowiecką, by ostatecznie uzyskać niepodległość w dwudziestym wieku. Przestrzeń jest tam zjawiskowa, wieńczona górami, pośród których błyszczą dwie piramidy mniejszego i większego Araratu. Kto jednak zapozna się z historią kraju dowie się, że pośród tych cudnych krajobrazów wciąż rozgrywały się tragedie przerastające ludzkie rozumienie, wybuchały konflikty i boje, a krew niewinnych istot przelewano strumieniami. Moja podróż zaczęła się na lotnisku Okęcie, skąd rejsowym samolotem przeleciałem do Erywania, mijając kilka krajów i wielkie pasma górskie, szerokie rzeki i Morze Czarne. Kontrola paszportowa i przejście przez odprawę celną były sprawne, więc szybko znalazłem się poza strefą graniczną i zostałem przywitany przez oczekujących na pisarzy Ormian. Kilkunastoosobowym busem ruszyliśmy w kierunku Stepanakertu, stolicy Górskiego Karabachu, mającego status niezależności, ale pozostającego w unii z Armenią i w orbicie Wspólnoty Niezależnych Państw. To była dość wyczerpująca droga przez góry, wijącymi się serpentynami, odsłaniająca zjawiskowe widoki hal i zboczy pokrytych drzewami w jesiennych barwach, a także majestatycznych, ośnieżonych szczytów, wyrazistych na tle błękitnego nieba. Mijaliśmy wsie, miasteczka i większe osady, stale pokonując niebezpieczne zakręty, prawie ocierając się o samochody podążające w przeciwnym kierunku, to zjeżdżając w doliny, to wspinając się na wielkie zbocza. Październik ozłocił roślinność, a pierwsze chłody spowodowały, że liście stały się żółte, czerwone, zachowując w wielu miejscach sporo jaskrawej zieleni. W końcu, po czterech godzinach minęliśmy znaną z wojny z Azerbejdżanem Szuszę i zaczęliśmy zjeżdżać ku stolicy kraju, położonej w rozległym wąwozie, rozgałęziającym się na mniejsze obniżenia i skarpy. Szybko przemknęliśmy przez kilka ulic i znaleźliśmy się na głównym placu miasta, przy którym jest pałac prezydencki i nieco reprezentacyjnych budynków państwowych, a także reprezentacyjny hotel Armenia, a którym zostaliśmy zakwaterowani. Oprócz Polaków na drugi festiwal literacki w Górskim Karabachu przyjechali twórcy z Libanu, Włoch, Niemiec, Rumunii, Serbii, Rosji i oczywiście wielu pisarzy z Armenii. Trafiliśmy akurat na dżdżysty moment, ale prognozy zapowiadały słońce w następnych dniach i tak też się stało.

Cerkiew w Gandzasarze

Cerkiew w Gandzasarze

Już pierwszy wieczór miał niezwykły charakter – najpierw stałem dość długo przy otwartym oknie hotelowym i patrzyłem na pobliskie wzgórza, na domy usadowione na zboczach i ciepłe światła w dali, przyglądałem się ludziom przechodzącym przez plac, a potem wziąłem udział w imprezie powitalnej, zakończonej wspólną kolacją. Na talerzach pojawiły się nieznane potrawy, wiele warzyw i owoców, a do tego znakomite koniaki i wina, spośród których najbardziej przypadły mi do gustu wytrawne białe trunki, typu Bagratuni lub Narine. Od samego początku zauważyłem niezwykłą otwartość ludzi Zakaukazia, ich przyjazne podejście do obcokrajowców i chęć wspólnego celebrowania literatury, sztuki, historii. To był ciąg rozmów o dawnych czasach i wydarzeniach ostatnich dwóch dziesięcioleci, kiedy to rozgorzał konflikt z Azerbejdżanem i zginęły tysiące ludzi, czego ślady miałem potem zobaczyć na kilku cmentarzach i w zburzonym Agdamie. Stepanakert jest miastem wtopionym w górski krajobraz i zdaje się enklawą spokoju, ciszy, monotonnego życia, ale przecież wyczuwalne jest napięcie i widuje się wciąż wielu wojskowych w charakterystycznych wielkich czapkach, w mundurach polowych, jakby stale w gotowości do odparcia napaści. Następnego dnia już się wypogodziło, a przebudziwszy się wcześnie rano, poszedłem na pierwszy spacer, zataczając kręgi wokół centralnego placu, przemierzając nieznane ulice, niewielkie parki, przystając na wzniesieniach i patrząc na odsłaniające się na horyzoncie wysokie góry. Zawsze, gdy jestem tak daleko nachodzą mnie myśli o moim losie, o tym jak to się stało, że chłopak z bydgoskiego osiedla, pochodzący ze skromnej rodziny, zawędrował tak daleko, zobaczył tyle oryginalnych miejsc na świecie i zrealizował młodzieńcze marzenia o podróżach? Myślę, że kluczem do tych przeżyć była zawsze literatura – czy to jeździłem na konferencje naukowe, spotkania autorskie, czy na wielkie festiwale literackie, zawsze moje pisanie było tłem dla tych eskapad, a dodatkowo pomagała też moja niepohamowana energia. Na spotkaniu powitalnym otrzymałem pióro i dwa notatniki od przyjaciół z Górskiego Karabachu i pojawiła się zachęta by jak najwięcej napisać podczas pobytu w ich ojczyźnie. Zawsze buntowałem się przeciw takim dyrektywom, ale tym razem wiersze zaczęły mi się sypać jak z rękawa i każdego dnia pojawiały się tematy, zdarzenia, sytuacje, które zapragnąłem utrwalić w słowie. Od czasu mojej niezwykłej wyprawy na Florydę zaczęły powstawać zbiory wierszy, w których starałem się odzwierciedlić fenomen wypraw do innych światów, spotkań z niezwykłymi ludźmi i ich dziejami. Tak było też dwukrotnie w Chinach, tak pisałem wiersze w Kurdystanie i centralnym Iraku, tak wreszcie zacząłem zapełniać karty dwóch notatników w Górskim Karabachu i Armenii.

Górski Karabach

Górski Karabach

Program festiwalu w Arcachu został tak skomponowany, że zobaczyliśmy sporo miejsc, które są chlubą tej ziemi i znakiem wielowiekowej tradycji chrześcijańskiej. Pokazano nam cerkwie w Suszy i Gandzasarze, gdzie znajdują się relikwie św. Zachariasza, zawieziono nas do historycznej stolicy dawnej Armenii – Tigranakertu, spotkaliśmy się z Prezydentem kraju, z wieloma osobami ze środowiska literackiego i artystycznego, a nade wszystko mieliśmy sporo wolnego czasu na podziwianie dalekich widoków i kontemplowanie piękna jesieni na Zakaukaziu. W miarę możliwości odłączałem się nieznacznie od głównej grupy i przyglądałem się starożytnym płytom nagrobnym, charakterystycznym krzyżom, starałem się utrwalić w pamięci bryły małych cerkwi i domów. Ale przez cały czas wpatrywałem się też w siebie i szukałem odpowiedzi na pytania mojego życia, sięgałem z daleka ku centralnym punktom, ku zdarzeniom chwalebnym i nieustannym atakom wrogów. Będąc tak daleko od Polski i sięgając myślą ku demonom mojego życia, zauważałem bezsens ich istnienia, ale też ich ważną rolę, jako zagrożeń, wciąż motywujących mnie do działania. W jakiś sposób podobnie żyją ludzie w Arcachu, gotowi na agresję ze strony sąsiadów, a przy tym nieustannie zmotywowani do rozwoju i walki o samych siebie. Tutaj, tak daleko od domu mogłem patrzeć na moje życie jak na coś skończonego do chwili wyjazdu z Polski, coś co miało swoje punkty graniczne i nieustannie się kształtowało, aż doszedłem do chwili w Stepanakercie, Szuszy, Gandasarze, Erywaniu, aż spojrzałem po raz pierwszy na Ararat. Gdybym nie wrócił – wszak podróż samolotem to zawsze rodzaj rosyjskiej ruletki – mógłbym powiedzieć, że dobrze przeżyłem swój czas, syna spłodziłem, dom zbudowałem, zasadziłem wiele drzew i zawsze przyglądałem się z uwagą ptakom i owadom, szmaragdowym toniom jezior i mórz, odbijałem się w oczach wielu kobiet i ściskałem dłoń mnogim przyjaciołom. W takim spojrzeniu z miejsca, w którym nigdy miałem się nie znaleźć, a tylko przypadkowo w nim się pojawiłem, zło traci swoją wagę, a na plan pierwszy wysuwają się dobre cząstki mojego istnienia – miłości i narodziny syna i córki, kolejne publikacje książek i artykułów, namalowane obrazy, liczne rysunki i szkice, a nade wszystko chwile, które odcisnęły się w pamięci jako czas szczęścia i spełnienia. O tym myślałem, gdy stałem na murach zamku w Tigranakercie i patrzyłem na pobliskie ruiny miasta Agdam, zrównanego z ziemia podczas ostatniej wojny o Górski Karabach – o tym dumałem, gdy chodziłem wokół cerkwi w Gandasarze i na górskim cmentarzu przy niej. Takie były moje myśli, kiedy zapalałem świece w cerkwi w Szuszy i schodziłem w dolinę w Stepanakercie i tak podróżowałem wewnętrznie, gdy już jechaliśmy z powrotem do Erywania, gdzie miałem raz jeszcze doświadczyć wzruszeń nie do opisania.

Fontanny na placu w Erywaniu

Fontanny na placu w Erywaniu

Erywań przywitał nas widokiem Araratu, połyskującego w dali jak wielka piramida nieskończoności, jak znak pierwszej kosmogonii i kształtowania się globu w czasach tak odległych, że aż niewyobrażalnych. Wielkie miasto tętniło życiem, a ja jeszcze podczas jazdy samochodem wyławiałem charakterystyczne męskie twarze, piękne buzie czarnookich i czarnowłosych Ormianek, zauważałem miejsca niezwykłe, zapraszające do odwiedzenia. Po przyjeździe do hotelu Shirak okazało się , że z okna na piątym piętrze rozpościera się wspaniały widok na świętą górę tego narodu, leżącą teraz po stronie tureckiej i zawłaszczoną podczas zawirowań wojennych na początku dwudziestego wieku. Wiele godzin spędziłem tam przy otwartym oknie i patrzyłem na ośnieżone czapy wyższego ze szczytów, rozmyślałem o historii, o książkach Orhana Pamuka, który miał odwagę mówić prawdę o Rzezi Ormian, torując w ten sposób drogę do autentycznych, prawdziwych studiów naukowych. Wychodząc z hotelu, wchodziłem do dużego parku, w którym znajduje się pomnik pilota Nelsona Stepanyana, bohatera narodowego Armenii, który trafiony przez Niemców, skierował swój samolot we wrogi statek i zakończył życie jak kamikadze. Chodząc alejkami tego skweru wyodrębniałem dziwne rośliny, przyglądałem się ptakom, a nade wszystko tonąłem w myślach o tym, co zobaczyłem i przeżyłem w Arcachu. Choć był to już koniec października, słońce wspaniale przygrzewało i można było chodzić po ulicach w letniej koszulce lub w cienkim swetrze, więc korzystałem z tej możliwości. W pewnym momencie, na głównym placu Erywania, pośród barwnych kwiatów na klombie, zauważyłem dziwnego owada, który początkowo wydał mi się kolibrem, gdyż miał rodzaj cienkiego dziobu-ssawki, którym spijał kwiaty. Po powrocie do Polski odnalazłem to stworzenie w atlasie i okazało się, że jest to fruczak gołąbek, dziwna ćma, jakby rodem z krain egzotycznych, zawisająca nad barwnymi kielichami i płatkami. Nieopodal znajdowało się Armeńskie Muzeum Narodowe, w którym przeżyłem niezapomniane chwile przy obrazach Martirosa Sariana, kultowego malarza armeńskiego, podziwiałem wielkie płótna Iwana Ajwazowskiego, a przy tym zobaczyłem dzieła tak znanych malarzy jak Pieter Claesz, Claude-Joseph Vernet, Wasyl Kandinsky czy Marc Chagall. Dopełnieniem tego dnia był wieczór przy bogato iluminowanych fontannach, na reprezentacyjnym placu Erywania, otoczonym słynnymi czerwonymi budynkami. Barwy tryskającej wody zmieniały się co chwilę kalejdoskopowo, a w przestrzeni rozbrzmiała muzyka, która chwytała mnie za serce. Oprócz słynnych dzieł filharmonicznych Vivaldiego, Mozarta, Bacha, Beethovena, wybrzmiał nieśmiertelny kanon D-dur Johanna Pachelbela i walc numer dwa Dymitra Szostakowicza. Jak barwy tryskających w górę strug, mój nastrój nieustannie się zmieniał, od feeryjnej radości do głębokiego smutku, przy dźwiękach kanonu i słynnej części suity jazzowej. To było moje pożegnanie z Armenią i starożytnym Arcachem, a przy tym jedne z piękniejszych chwil w życiu. Z wyprawy na Zakaukazie przywiozłem dwa notatniki pełne skończonych wierszy, notatek, pomysłów do zrealizowania na papierze, ale prawdziwy skarb, dany mi w tamtych dniach, na zawsze pozostał w moim sercu i pamięci. I na kartach tej książki…

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: