LEKTURA FAULKNERA

William-Faulkner-9292252-1-402

Czytam partiami Koniokrady, powieść napisaną przez Williama Faulknera u końca życia. Dozuję sobie poszczególne części, bo nie chcę niczego uronić, niczego pominąć w procesie podążania do przodu, stymulowanym dynamiką lektury. To historia dorastania narratora – Luciusa Priesta – i jego uczestnictwa w społeczności miasteczka Jefferson, jakże ważnego dla wyobraźniowego okręgu Yoknapatawpha, który pisarz stworzył, by odzwierciedlić kontrasty, z jakimi miał do czynienia na południu Stanów Zjednoczonych, przede wszystkim w Georgii, Marylandzie, obu Karolinach i Wirginii. Fabuła powieści jest niezwykle rozbudowana, pełna nagłych zwrotów akcji i jak zwykle u tego pisarza nieustannie wiruje wokół głównych wątków. Jest rok 1905 i możemy się domyślać, że opowieść Luciusa czerpie swoje soki z dzieciństwa Faulknera, a główni bohaterowie – biały pomocnik ojca Boon Hogganbeck i czarny stangret Ned McCaslin mają swoje osobowe odpowiedniki. Chłopak ma jedenaście lat, imponuje mu towarzystwo starszych o dziesięć lat towarzyszy i dlatego pewnie zgadza się na wszystkie ich fanaberie. Życie płynie leniwie w Jefferson, od jednego Malo istotnego zdarzenie do innego incydentu, aż wreszcie technika dwudziestego wieku wkracza do miasta. Wielkim marzeniem chłopaków w tamtym czasie było posiadanie konia i przemierzanie nim wertepów (Faulkner fascynował się takimi przejażdżkami do końca życia i zmarł w wyniku obrażeń po upadku z wierzchowca), a tu nagle, na tej głębokiej prowincji, za sprawą dziadka Luciusa, pojawia się lśniący niklem i lakierem samochód, który wszakże był dość archaiczny: Zapuszczało się motor ręcznie, stojąc przed samochodem, ryzykując najwyżej skomplikowane złamanie ręki, jeśli się nie zapomniało wyłączyć uprzednio biegów. Miał naftowe latarnie do nocnej jazdy, a kiedy zaczynało padać, pięciu lub sześciu ludzi mogło w kwadrans naciągnąć budę i boczne zasłony. Bohaterowie podróżując tym wehikułem ubierali się w dziwaczne pilotki, gogle, kapuzy i rękawice z mankietami i przejeżdżając przez miasto płoszyli wszystkie konie. Jak się okaże, automobil stanie się powodem licznych kłopotów i zejścia bohaterów na drogę bezprawia. Ich wyprawa do burdelu w Memphis, gdzie Boon zapragnął odwiedzić jedną z zaprzyjaźnionych z nim dziwek, a przy okazji „uświadomić” Luciusa, zakończy się dramatycznie. Przyjaciele stracą samochód, będą musieli ukraść konia i tylko dzięki szczęściu podczas wyścigu uda się wszystko wyprostować. Będzie to przyspieszona szkoła życia dla Luciusa, który wróci do Jefferson odmieniony i zaakceptowany przez klan mężczyzn dojrzałych. Zdumiewająco rzadko pisano o inicjacyjnym charakterze powieści Faulknera, skupiając się przede wszystkim na obyczajowości początku dwudziestego wieku, typach ludzkich i dość prostej intrydze. Choć jest to podróż konkretnego bohatera, który dojrzewał w przyspieszonym tempie i odebrał bolesną lekcję od życia, to podsumowanie czarnoskórego Neda i samego Faulknera: Dużo się nauczyłeś o ludziach w tej podróży – odnosi się do każdego z nas.

 352x500-horz

Polifoniczna proza Williama Faulknera jest gęsta i pulsująca, nieustannie krążąca wokół wątków, wciąż dorzucająca coś do tego, co już zostało powiedziane. To nieustająca czujność autora i chęć pogłębiania konstrukcji psychologicznych poszczególnych bohaterów. To tak, jakby jakiś głos wewnętrzny stale dopytywał Faulknera o inne elementy charakterystyki, o dopowiedzenia istotnych treści, o dopełnienie całości nowymi elementami. To rodzaj układanki, w której mamy na początku do czynienia z kilkoma zaledwie elementami, ale w miarę lektury pojawiają się następne cząstki, tak, że odkładając powieść na końcu lektury, mamy już pełne wyobrażenie o postaciach najważniejszych i tych z drugiej i trzeciej linii. Czytelnik nie znający metody twórczej autora Wściekłości i wrzasku może czuć się zaskoczony, albo wręcz obezwładniony przez strumień świadomości, stale generujący nowe fakty, zdarzenia, opisy osób i zdarzeń. To krążenie wokół wyrazistych punktów narracyjnych daje zdumiewające efekty, a przede wszystkim wymusza na czytelniku niezwykłą wprost uwagę, stan gotowości, by analizować kolejne cząstki i dopasowywać je do całości. Wystarczy chwila nieuwagi by jakiś ważny fragment struktury został pominięty i wakował przy dalszej lekturze. Faulkner ma przez cały czas świadomość tego, co wyartykułował wcześniej, a zataczając małe kręgi narracyjne, często zatacza też wielkie koła i wraca do samego początku opowieści. Tysiące słów i określników zdając się tutaj mienić wyraziście w swoich sensach i korespondencjach, a jednocześnie nikną najdoskonalej w gęstej materii językowej. Czytając, mamy wrażenie, że mieszkańcy okręgu Yoknapatawpha są bardziej skomplikowani od innych ludzi i mają problemy, które wymagają specjalnego potraktowania przez pisarza. A przecież chodzi tutaj tylko o przypomnienie, że każdy człowiek jest przepaścią samą w sobie, każdy byt ma trudne do ogarnięcia przestrzenie wewnętrzne, ciągnące się od początków jego świadomości i rekonstruowane nieustannie przez wyobraźnie, biografię i doświadczenia kolejnych dni. W powieści Koniokrady narratorem jest dziecko, co dodatkowo komplikuje odbiór i każe odnosić jego doświadczenia do dziecinnych przeżyć pisarza. Dzięki temu Faulkner może nieustannie nakładać nowe warstwy narracyjne i zaskakiwać czytelnika informacjami o bohaterach, których czytelnik się nie spodziewał. Oczywiści w tle tych przybliżeń pojawiają się wielkie pytania o prawdziwą naturę człowieka, o elementy budulcowe jego świadomości, a nade wszystko o jego znaczenie w obliczu niewyobrażalnych wielkości. Ludzie z powieści Faulknera żyją swoim życiem, ale też stają się cząstkami wielkiej maszynerii dziejowej, nieustannego rodzenia się i umierania, bycia kimś i nikim, wzrastania i szybkiej erozji.

POCZĄTEK ROKU

Błękitne niebo kusiło mnie dzisiaj i zapraszało by wyjść na spacer z aparatem fotograficznym… Było mroźnie, ale ubrałem się ciepło, pozwalając sobie tylko na nonszalanckie odsłonięcie głowy. Jak zwykle udało mi się zrobić kilka wspaniałych fotografii, o czym przekonałem się oglądając je na laptopie. Niestety styczniowa ornitologia jest dość uboga i na obrzeżu miasta natknąłem się tylko na gawrony, kilka dużych wron, mazurki, sikorki, do tego kilkanaście mew, szukających odpadków przy blokach, wszędobylskie sroki, synogarlice, kawki. Jedynym ciekawszym zdarzeniem było nagłe zerwanie się do krótkiego lotu dwóch znakomicie wyeksponowanych bażantów, które wzniosły się ponad pole i zniknęły pośród zeschłych wrotyczy, nawłoci i trzcin. Rozmyślałem o wszystkim, co zdarzyło się w ubiegłym roku, o moich decyzjach, o błędach i radościach, o chwilach jasnych i mrocznych. Czuję, że rok 2015 będzie bardzo ważny dla mojego życia, a to przede wszystkim za sprawą ekscytujących projektów, które mam zamiar zrealizować. Ważne też będą rozliczenia i wymierzenie sprawiedliwości tym, którym się wydawało, że bezkarnie będą mogli niszczyć mnie na przestrzeni lat. Czytałem ostatnio wywiad z Krzysztofem Pendereckim, który wskazuje „gnojenie” w Polsce tych, którzy się wybijają i coś konstruktywnego tworzą – najczęściej robią karierę za granicą, z dala od polskiego piekła. Zaznałem tego wiele razy, czego ślady są też we moim dzienniku, ale nie mam zamiaru poddać się, wiem też, że krzywda zawsze dopada tych, którzy ją sprowokowali. Tak rozmyślałem sobie chodząc w mroźne południe na skraju miasta, w północnej części Europy, na północnej półkuli planety Ziemia, ogrzewanej promieniami niewielkiego Słońca, w średniej wielkości galaktyce spiralnej Mleczna Droga.

      ??????????????????????

??????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

??????????????????????

??????????????????????

??????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

WIERSZE DLA IWONY

M i ł o ś ć … ileż sprzecznych uczuć… ileż bólu i euforii… ileż straconych i nagle odzyskanych chwil… Stan otępienia i najjaskrawszego rozświetlenia jaźni, moment najniebezpieczniejszy i schron dla uciekinierów, zbliżenie ????????????????????????????????????z inną istotą, równie wrażliwą, równie potrzebującą, równie szukającą i pierwsze doświadczenie odrzucenia. O ileż świat byłby uboższy bez n i e j, odmienianej przez formy i tryby, pojawiającej się w najmniej spodziewanym momencie i porywającej za sobą wszystkich i wszystko. M i ł o ś ć … ileż zdumiewających wydarzeń i treści… ileż pragnień i wypowiadanych w ciemności życzeń… ileż łez spływających z policzków i kropel potu zsuwających się z harmonijnych krzywizn piersi… ach, ileż… W poezji polskiej miłość zajmowała od samego początku poczesne miejsce, u Kochanowskiego, u Morsztyna, u Krasickiego, u Mickiewicza, u Tetmajera, u Leśmiana, a potem u Gałczyńskiego, u Poświatowskiej, u Stachury… Ekscytowała i prowadziła na zarosłe zielskiem ścieżki poznania, kazała wracać z tułaczki i odbierała oddech… Wielu twórców podchodziło do niej w sposób oryginalny i manifestujący odmienność doświadczenia, wyjątkowość scenariusza, niespotykany kształt. Odbijało się to w obrazach, utworach muzycznych, ale chyba najwyrazistsze było to w wierszach. Tutaj język i metaforyka wprzęgane były w formułę modlitwy albo erotyku, litanii, albo psalmu pochwalnego i obrazowały indywidualny wyraz tego niezwykłego, często najboleśniej traumatycznego doświadczenia.

Jerzy Szatkowski od zawsze był słowiarzem – czerpał obficie z wynalazków lingwistycznych Norwida i Leśmiana i modyfikował je na swój sposób, obdarzał też wiersz ogromnym ładunkiem własnej słownej pomysłowości, powiedzieć można – inwentyki lingwistycznej. Zasłynął jako przedstawiciel tego samego pokolenia co Stachura, Różański, Babiński, Bruno i wszedł do legendy literackiej jako ich kompan, twórca wyrażający w swoim dziele te same co oni niepokoje, autor chadzający tymi samymi co oni szlakami. Ale przecież – co zauważali liczni krytycy – szedł też swoją drogą i w swoich eksperymentach językowych dotarł zapewne najdalej. Przyjaźń otworzyła przed nim horyzonty poezji, ale kazała też nieustannie weryfikować, stale czujnie przyglądać się swojemu losowi i wierszom, które były jego odbiciem. Tak wpatrywał się w słowa i treści, tak stale szukał neologizmów i transformował w zdumiewający sposób martwą tkankę języka. Tak powstawały wiersze, które wpisywały się w określoną tradycję modyfikacyjną   s ł o w a, tak rodziła się liryka nie znająca kompromisów – zawsze, ponad wszystko stawiająca efekt artystyczny, oryginalność nie dającą się z niczym porównać.

W erotykach pisanych dla swojej wielkiej miłości – Iwony – wykorzystał Szatkowski dwie sfery obrazowania i dwie płaszczyzny językowe. Tak świat roślinny i kształty ludzkie stały się przedmiotem niezwykłych operacji słowno–metaforycznych i dały efekt doprawdy zdumiewający. Oto powstał cykl, w którym miłość wpisana została w ciąg nieustającej metamorfozy, wielkiej – rozgrywającej się w czasie i w przestrzeni – przemiany treści i sensów, słów i znaczeń. Wszelkie innowacje fundują się tutaj w zakresie botanicznej leksyki i antropomorfizacji treściowych – rośliny stają się elementami świata ludzkiego, a w połączeniach metaforycznych wręcz je obrazują. Uczestniczymy wraz z autorem w chwilach przeżywania rozkoszy, w momentach odczuwania ciepła i bliskości, ale też jakby podlegamy wraz z nim prawom, jakie obowiązują w świątyni miłości i w świecie roślin. Tu i tam trwa dynamiczne wzrastanie, tu i tam wybucha kwitnięcie, tu i tam wszystko zapada się w zgniliznę, albo zasycha bezpowrotnie. Poeta pragnie w słowach kultywować swoją miłość – chce ją widzieć w świetle i obfitości żywiołów, chce by krzewiła się nieopisanie, by była jak swarzybaba, jak kosatka, jak niezapominajka.

W takich przedziwnych, oryginalnych transformacjach słownych wiersze stają się rodzajem, tajemnego kodu i mają w sobie coś z miłosnego trelu skowronka i zawodzenia słowika, są poszumem chwastów i kwiatów ocierających się o siebie na wietrze, są szeptem ciał zamykających się w szczelnym uścisku. To są erotyki dla tych, którzy pragną swoją miłość przeżywać w sposób twórczy, to są liryki niespotykane, bo kierowane dla istoty rozumiejącej ich naturę i zarazem strukturę wyobraźni ich autora. Są to też teksty, które są odbiciem subtelności i wyjątkowości kobiety, dla której zostały napisane… I tylko ona może je w pełni zrozumieć, tylko ona może być ich adresatką. Czytelnik wszakże może próbować pobyć w tym świecie, choćby na chwilę, choćby na mgnienie… Może powiedzieć za autorem: pozdrowione niech będą palców twych opuszki/ pozdrowione niech będą piersiąt twych zdrojówki/ pozdrowione niech będą twoich warg wiolinki … Może to zrobić, choć nigdy jego udziałem nie będzie to, co oni przeżyli…

NUMINOSUM

Poezja Jerzego Ł. Kaczmarka jest wizyjna i pełna wyrazistych porównań, obrazów, symboli – ma swój niepokojący nastrój i nieustannie zmusza czytelnika do refleksji. To jest próba odzwierciedlenia świata i ukazania jego Okładka1niezwykłych głębi, barw i dźwięków, smaków i zapachów, a nade wszystko przestrzeni ontycznych. Poeta bytuje w imaginacyjnym zawieszeniu, w świecie czystych znaczeń i skończonych treści, ale wymowa przywoływanych symboli bywa u niego tragiczna, groźna, często przerażająca. Taki wszakże jest wymiar istnienia pośród świata, w którym świadomość implikowana jest przez nieustający rytm krwi płynącej w żyłach i pracę wielu skomplikowanych organów, w tym przede wszystkim mózgu. Poeta musi oswajać znaczenia i próbować dotrzeć do ukrytych wymiarów, do prawd esencjonalnych, do tego, co dla wielu przez całe życie pozostanie odległą tajemnicą. On jest kapłanem i prawodawcą obrzędu istnienia i zatrzymując się nad konkretnymi sytuacjami, sprawdzając realność świata, reaktywuje sensy, odnawia pierwotną treść. Cztery elementy wyznaczają ramy każdego bytowania, ale żeby dostrzec eternalny wymiar wody, ognia, ziemi i powietrza potrzebna jest specyficznie ukształtowana wyobraźnia, jakby rodem przeniesiona z zamierzchłych kosmogonii. Pisanie wierszy jest próbą nowego ustanowienia żywiołów, chwilą pierwszą i ostatnią zarazem, momentem alfa i omega, zaczynem i rozpadem.

Niezwykłe są owe zatrzymania świata i utrwalenia przestrzeni w liryce Kaczmarka – niby to proste słowa, niby znane obrazy, ale w takim doborze i z taką dykcją, stają się one fascynującą poezją. Otwiera ona przed czytelnikiem nowe horyzonty i pozwala dostrzec jednię doświadczeń i pragnień, utrwalonych w pamięci najprostszych, elementarnych cząstek i całych, złożonych systemów semantycznych. Dla poety ważne jest też nieustające przechodzenie, metamorfoza, która nie ma końca; wciąż pojawiające się fenomeny natury i psychiki, wciąż napływające jaskrawe obrazy. Ktokolwiek weźmie do ręki tę książkę, będzie musiał odpowiedzieć sobie na pytanie czy świat wykreowany przez twórcę jest koherentny, czy ma właściwą podbudowę filozoficzną i kulturową, ale jednocześnie – odrzuci wszelkie jednoznaczne klasyfikacje, zauważy płynność znaczeń i wartość plastycznych przybliżeń, zaakceptuje uprawianą przez twórcę poetykę chwili i cząstki. Ta poezja jest ważką próbą rekonstrukcji świata, w wielu kadencjach i wielu odmianach. Człowiek poety idzie przez czas i próbuje znaleźć swoje miejsce, swój magiczny zakątek, w którym mógłby czuć się bezpieczny i mógłby spokojnie planować kolejne okresy istnienia. Ale świat niesie swoje zagrożenia i stale destabilizuje rzeczywistość – obok chwil szczęścia i ekstazy, są momenty depresji, poczucia przegranej i zmarnowania szans. Poezja bywa ukojeniem, ale też i demaskacją, uczciwym procesem, w którym winy i kary są sprawiedliwie ważone. Nowy wiersz jest obietnicą i zarazem zagrożeniem dla sztucznie budowanego ładu ziemskiego, a nowy dzień musi mieć wyraźne utwierdzenie w realiach fizycznych i psychicznych – wszakże każda chwila jest zmaganiem się z entropią. Dlatego tak ważne dla poety są momenty zadumy, kiedy patrzy na zatrzymane sytuacje, kiedy spogląda w przepaść tego, co się zdarzyło i co może jeszcze się przydarzyć.

Wielką wartością tej poezji jest umiejętność syntetyzowania, dookreślania i wyodrębniania integralnych znaków, sememów, przedziałów czasowych, które zdawały się błahe, a teraz – z perspektywy lat – mają być może centralne usytuowanie dla życiorysu. Ta sztuka słowa dotyka spraw najprostszych i zarazem najważniejszych, jest rodzajem lirycznej epistemologii i ontologii. Opis doświadczeń jednostki staje się w niej wykładnią praw obowiązujących w świecie. W konstrukcji wierszy najważniejszy jest prosty język, który został wyposażony w niezwykłą głębię metaforyczną i symboliczną i stał się sam w sobie znakiem czasu. Przywoływane zdarzenia, sytuacje i chwile, pojawiają się tutaj w opozycji do innych momentów z życia i dokumentują przemijanie. Spojrzenie na dziecko i na człowieka, który przeszedł sporą przestrzeń życia, rodzi refleksje natury ogólnej i staje się rodzajem przypowieści. Poeta patrzy na swój los i na dzieje, w których uczestniczy, jak na drogę, którą przechodzi każdy człowiek od samego zarania. To jest obraz liryczny i ejdetyczny, w którym dodatkowo pojawia się tajemnicze numinosum. Tutaj mądrość jest niepodważalną wartością, bo wyposaża egzystencję w kontekst kulturowy, tworzy przestrzeń, w której ma swoje miejsce świadomość początku i końca wieku, w której mieszczą się treści naiwne i filozoficzne, pierwiastkowe i metafizyczne. To jest poezja wielkich wartości i ogromnych wzruszeń, liryka początku i wpisanej w każde istnienie nieuchronnej ostateczności.

CIEMNA DOLINA

Ks. Jan Wojciech Pomin jest poetą nieustannie poszukującym właściwej formy wyrazu poetyckiego, nośnego kształtu słowa i głębi treści metPominDolinaCienia OKL1aforycznej. Jego cykl antoniański ma mało sobie równych w liryce polskiej, tym bardziej, że wiele w nim odniesień do filozofii i teologii, do sztuki i prawdziwie wielkiej poezji. To są twórcze asocjacje, w których na plan pierwszy wysuwa się postać Antonia, arbitra elegancji i prawodawcy, a zarazem alter ego samego autora. Można by napisać rozbudowane eseje na kanwie wielu z tych wierszy, ale spojrzenie z góry każe wskazać najistotniejsze elementy wyobraźniowe i epistemologiczne i zatrzymać się dłużej przy podłożu ontologicznym tego dzieła. Niewątpliwie wyrasta ono z ustaleń biblijnych, starotestamentowego wskazania obecności dobra i zła w świecie, jako pierwiastków immanentnych, towarzyszących stworzeniu i ustalających proporcje dla każdego bytu, dla każdej historii ludzkiej i ziemskiej. Antonio jest też wyrazistą multiplikacją Chrystusa, podążającego nieustannie przez dzieje i łowiącego byty niczym rybak z Genezaret. Na te warstwy podstawowe jego osobowości nakładają się przezroczyste błony mitu, filozofii starożytnej (przede wszystkim Platona, Arystotelesa i Heraklita), a potem takich ekstremalnych myślicieli jak Spinoza i Kartezjusz, Kant i Hegel, a nawet Scheler i Wittgenstein. Przy powszechnym upadku metrum poetyckiego, Pomin konstruuje swoje wiersze na zasadzie kontrapunktu muzycznego, a potem aranżuje je jak rozbudowane symfonie. O ile Bóg stale wpatruje się w głębie istot ludzkich, o tyle poeta patrzy na przestrzał cielesnych bytów i zatrzymuje wzrok na tych cząstkach znaczeniowych, które mogą stać się zaczynem kolejnej lirycznej syntezy. To jest poezja trudna tylko dla tych, którzy szukają łatwych wzruszeń i malowniczości ocierającej się o kicz, ale przecież każda maksymalistyczna sztuka słowa poszukuje partnera i poeta nie może zniżać się do poziomu tych, którzy nie rozumieją czym jest prawdziwe czuwanie przy słowie. On autentycznie wypełnia pustkę znaczeniami, pointuje chwile i wydobywa na światło dzienne to, co miało pozostać w mroku i nieustannie degradować człowieka. Antonio prowadzi prywatną walkę z Szatanem, który do konfrontacji z siłą jego umysłu wysyła z doliny cienia intelektualistę piekielnego – Mefistofelesa. Przybiera on różnorakie kształty, zakłada maski spotykanych ludzi i nieustannie stara się wyprowadzić na manowce przeciwnika. Ale poeta zdaje sobie sprawę z zagrożenia, a żarliwa wiara w Boga, pozwala mu czuwać, daje siły, roznieca ogień wewnętrzny i demaskuje przebiegłego wroga.

 Życie nie składa się z samych jasnych chwil, istoty ludzkie dochodzą do światła poprzez różnorakie ciemne doliny, bo przecież: nikt w czasie/ nie jest czystym duchem/ aniołów nie widać okiem/ są poza prawem ciała/ niezmienne istotowo. To znaczy, że prawdziwa czystość możliwa jest dopiero w świecie pozacielesnym, w przestrzeniach ducha, w którym nie ma już ziemskiej metamorfozy, a istotowość możliwa jest tylko w poszczególnych kręgach spirytualnych. Stąd sfery anielskie dzielą się na trony, chóry, armie serafinów i archaniołów, a Bóg w Trójcy jedyny jest istotą wszystkiego, każdą oddzielną cząstką i zarazem skończoną całością. Antonio przynależy tyleż do sacrum, co do profanum, zdaje się być najczystszym aniołem, ale jednocześnie, z konieczności, uczestniczy w zepsuciu ziemskim, gdzie chorowite ciała nieustannie podążają w kierunku rozkładu i ostatecznie na chwilę przegrywają ze złem: Antonio/ z brzegu myśli/ widzi twarze/ maski weneckie/ białe policzki/ śmieszne/ oderwane od rzeczywistości/ w ciemnej dolinie/ w morzu cieni/ odcięte od doskonałej/ jasności. Jako strażnik obszarów tajemnicy, próbuje już tutaj, na ziemskim padole pomagać tym, którzy stawią się kiedyś na Sądzie Ostatecznym. Jego wsparcie jest subtelne, przypominające modlitwę dziecka, a jednocześnie ma w sobie moc sakramentów, przed którą czmychają czarne istoty, kłębiące się na samym dole doliny cienia i nawet mędrek Mefistofeles odstępuje go na bezpieczną odległość. Teksty, które wypowiada Antonio stają się rodzajem egzorcyzmu, odwołania do imienia Jezus i mocy bitewnej św. Michała Archanioła, ale też dokumentują jego lęki i chwilowe poczucie zagubienia. On, jak każdy człowiek, miewa gorsze momenty, staje nagle na drodze i rozgląda się przestraszony wokół siebie. Na szczęście wiara jest w nim tak silna, że wszelkie zasadzki zła nie mają szans powodzenia, a momenty zwątpienia przekuwane są w siłę następnych dni i nocy, w sacrum niepodważalne i ostateczne.

 Nie znaczy to, że poezja Ks. Jana Wojciecha Pomina orbituje tylko w stronę świętości, wręcz przeciwnie, ma ogromny walor antropologiczny, odnosząc zdarzenia świata ludzkiego do kreacji boskiej, nie zapomina o ułomnych cząstkach, które w niej uczestniczą. To są historie poszczególnych ludzi, z krwi i kości, to wskazania błędów, ale też i niespotykanej urody życiorysów. To jest takie samo piękno, jak na rysunkach anatomicznych Leonarda da Vinci, to są kryptocytaty z jego studiów szat, organów i postaci kobiet, zawierających w sobie pierwiastek maryjny, ale żyjących infernalnymi pragnieniami. Intelektualista Antonio znalazł swoją samotnię, ale nie czuje się w niej wyobcowany – jego zakorzenienie w Bogu łagodzi ból upływającego czasu i daje mu siłę w sytuacjach krańcowych, motywuje go do walki. Mógłby przecież pójść błędną ścieżką i jak wielu artystów tej miary zagłębić się w dewiacje, posmakować goryczy absyntu, mógłby – jak jego przyjaciel – szukać szczęścia w ramionach pięknej kobiety. Ale on, przy całej subtelności i łagodności, ma w sobie twardość kamienia, co jakoś upodabnia go do marmurowych rzeźb mistrzów renesansu i baroku. Mają one w sobie element pierwotnej materii, a zarazem stają się wiotkie jak Pieta Michała Anioła, jak David Donatella, jak Ekstaza św. Teresy Giovanniego Lorenzo Berniniego. Coś z tych kreacji jest w postaci i kształcie Antonia, coś każe go ustawiać w jednym szeregu z największymi dokonaniami artystycznymi w dziejach ludzkości. I nie ma w tym przesady, bo nie jest to proste porównanie, w jakim gustują tandetni krytycy poezji, wręcz przeciwnie, to rodzaj asocjacji i nieustannego pragnienia bohatera tej poezji by być jak rysunek Leonarda, jak fała szaty św. Teresy, by mówić jak Pan Cogito, a wreszcie by uświadamiać zawiłości numinosum ludziom, którzy nawet go nie przeczuwają: Antonio/ uprawia wiedzę/ minionych istnień/ przebrzmiałych wydarzeń/ dla bycia nowych/ rozumnych twarzy/ pragnie przybliżyć/ być może obraz/ istniejącej rzeczywistości/ dla poczucia realnej/ obecności/ ma obowiązek/ do spełnienia/ misyjne zadanie/ otworzyć myśli/ pobudzić rozum/ na drogę jasnej/ tożsamości. Jego misja nie jest prosta i Antonio realizuje ją na wielu poziomach ludzkich, nieustannie wkraczając w rewiry świętości, wciąż kierując dynamikę bytów ku Bogu i światłu. Musi przy tym wnikać do doliny cienia, sondować mroki historii i wyprowadzać z matni tych, którzy stanęli na skraju przepaści. Jego walka codziennie się zaczyna od nowa, a świt jest zapowiedzią kolejnej przemiany i nowego wiersza, w którym znajdzie się przesłanie dla całej ludzkości i dla osobnego, zbłąkanego bytu. To jest ogromna odpowiedzialność, a zarazem zadanie ponad siły jednego człowieka, które nie byłoby możliwe bez Boskiego wsparcia. Dlatego Antonio, choć słabowity i cielesny jak inni ludzie, wstaje rano gotowy do walki i mówi: Choćbym szedł ciemną doliną, zła się ulęknę… Wchodzi w mrok z drżącym sercem, a potem wraca z doliny cienia ze światłem na twarzy: stawia sobie pytanie/ trudne do pojęcia/ już na brzegu zamyślenia/ patrząc w dolinę cienia/ na miejsce utraty godności/ przynależnej do wielkości/ człowieka. Stawia pytanie, choć w nim samym jest jedyna i najpełniejsza odpowiedź. Cisza świętości i milczenie Boga…

ALEJA KLONÓW (16)

chagall-3

Wuja Koniś pojawiał się na naszej ulicy jak kometa, nagle nie wiadomo skąd wybiegał i głośno manifestując swoją obecność, prychając i podskakując jak koń, oddalał się majestatycznie. W miesiące wiosenne i letnie miał na sobie starą, powyciąganą marynarkę tweedową z dziwnie dobranymi, różnokolorowymi guzikami i szare spodnie rurki, nieco za długie i okrywające połowę rozciapanych, skórzanych czarnych półbutów, z nieco uniesionymi czubkami. Szeroka grzywka spadała mu na czoło i ocieniała oczy, ale z tyłu głowy zawsze sterczały do góry cienkie włosy, jakby specjalnie natapirowane, podkreślające jego wielkie roztrzepanie. Oczy miał przepiękne, zielone, nos kształtny, usta zmysłowe, uszy niewielkie, ledwie wystające spod czupryny. Czasem na obu policzkach wypisywał czerwoną szminką duże litery K, a czasem nie wiadomo dlaczego czernił henną przestrzeń nad górną wargą i upodabniał się do Hitlera. Jeśli przystawał w biegu, unosił dłoń w geście nazistowskiego powitania i wykrzykiwał głośno: hajtla… Najczęściej jednak cwałował lub galopował po chodniku, nie zwracając uwagi na otoczenie, unosząc do góry ręce, zakrzywione w nadgarstkach, jak wałach wstający na tylnych nogach. Wtedy wykrzykiwał co jakiś czas coś na kształt: uaaaauuu, uaaauuu… i podrzucał grzywkę do góry, czasem w nią dmuchał, czasem odgarniał dłonią-kopytem. Nigdy nie widziałem go stojącego, rozmawiającego z kimś, opowiadającego coś komuś, zawsze w ruchu, wciąż podążający przed siebie, albo obiegający jakąś grupę i wykrzykujący: wuja koniś, wuja koniś, wuja koniś, uaaaauuu, uaaauuu… Kiedyś odważnie odezwałem się do niego, chciałem go zatrzymać i zaprosić do zabawy, ale skrzywił się nienaturalnie, przystanął na chwilę, truchtając nogami w miejscu i przebierając rękoma zawołał: Nie mogę, pędzę do stajni, świeży obrok wyłożyli… Nikt go nie widział jedzącego, nikomu też nie udało mu się dać coś do przegryzienia i nie wiadomo skąd czerpał energię do swoich galopad.

cows-over-vitebsk-1966

Pozwalał nam tylko przyłączać się do siebie, biegać razem z nim i udawać stado koni, stawał się wtedy ogierem-przewodnikiem, promieniał na twarzy i częściej wykrzykiwał swoje tyrady. Zdarzało się jednak, że nagle przystawał w miejscu, patrzył błędnym okiem dookoła, jakby nas nie widział, jakby z wysoka patrzył na rozhisteryzowane tłumy. Przykładał wtedy dwa palce lewej dłoni pod nos, prawą unosił w górę i witał się z niewidzialnymi towarzyszami: hajlta, hajtla, hajtla… Początkowo jacyś młodzi, niedoświadczeni milicjanci lub ormowcy zaciągali go za to na komisariat, ale po przeczytaniu żółtych papierów, po ustaleniu kim jest, szybko go wypuszczano i ruszał sprzed cyrkułu najpierw stępa, powoli przechodził w cwał by już galopować przez naszą ulicę. Cieszyliśmy się, że wrócił i dużą grupą przyłączaliśmy się do niego, krzycząc radośnie: wuja koniś, wuja koniś… Niektórzy tak się rozpędzali, że zaczęli go wyprzedzać, wtedy natychmiast przyspieszał i strofował nas: przed führera nie wychodź… Himmlerku znaj swoje miejsce… Goebelsiku wróć do szeregu… Goering co ty wyprawiasz grubasie… wuja koniś, uaaaauuu, uaaauuu… Nie wiem czy wtedy bardziej czuł się koniem czy Hitlerem, ale te dwie pozy były u niego niezmienne, czasem przybierając formę dziwacznych przekształceń i mutacji. Podobno mieszkał ze starą matką na ulicy Orlej, ale upodobał sobie przede wszystkim Piękną i Strzelecką, a długa, ciągnąca się aż do lotniska Aleja Klonów była dla niego czymś na kształt toru wyścigowego. Przybiegał do domu zmęczony i spocony, matka rozbierała go podskakującego i parskającego, stale wykrzykującego jakieś słowa po niemiecku albo obwieszczającego nie wiadomo komu kim jest. Stawał przy łóżku i zapadał w odrętwienie, zasypiał na stojąco, a wtedy matka popychała go lekko na łóżko i przykrywała pierzyną, pod którą nie przestawał co jakiś czas wierzgać nogami i poruszać rękoma. Rano zrywał się o brzasku, zjadał bezwolnie to, co mu stara kobieta podsunęła, a potem stawał przy drzwiach i czekając aż zostaną otwarte, przebierał nogami w miejscu, drapał nadgarstkami pomalowane drewno. Matko potrafiła go tak trzymać przy wyjściu kilka godzin, wymuszała wejście do ubikacji lub choćby opłukanie twarzy, zresztą sama też była schorowana i często zapominała o nim, przysypiając na sofie, albo opierając głowę o stół i odgradzając się burzą siwych włosów od świata.

088_CHAGALL_CW końcu odkluczała drzwi i wypuszczała go z domu, a on wybiegał najpierw na podwórko, a potem pędził Orlą ku Pięknej i wreszcie pojawiał się na Alei Klonów, prychający i uderzający nogami o płyty chodnikowe, mknący w zawody z wiatrem, obwieszczający światu, że przybył: wuja koniś, wuja koniś, uaaaauuu, uaaauuu… Pijacy przy kiosku z piwem dokuczali mu najbardziej, ustawiali jakieś przeszkody na drodze, kopali go w tyłek, bili w twarz, albo zamykali w jakimś zakamarku, strasząc, że go zawiozą do rzeźni. Czasem też dawali mu trochę piwa, kłamiąc, że to woda dla konia. Pił i zaczynał szaleć jak dziki ogier z amerykańskich prerii, wykrzykiwał, że wszystkich wyśle do gazu i obdarzał kolesiów opartych o ladę kiosku niemieckimi wyzwiskami, przeplatając je nazwiskami wojennych dowódców: Trottel… Rommel… Fotze… Keitel… Schwantz… Kaltenbrunner… Pijacy śmiali się do rozpuku, ale po jakimś czasie puszczali go z powrotem na ulicę, a on przemierzał ją paradnym krokiem, dobiegał do ulicy Gnieźnieńskiej, skręcał w Kcyńską lub Strzelecką i znowu docierał do Pięknej, skąd szybko przemieszczał się ku Alei Klonów. Wiele razy widywałem go jak po drugiej stronie ulicy cwałował z uniesionymi rękoma przy plocie koszar wojskowych, wzbudzając salwy śmiechu żołnierzy w polowych mundurach, wylegujących się na trawie. Potrafił też wbiec na nasze podwórko, okrążyć je kilka razy, a potem znowu ruszyć ku bramie. Nigdy nas nie zachęcał do towarzyszenia mu, ale sami czasem uznawaliśmy, że warto za nim pobiec, przyłączyć się do kawalkady, niczym koniki pony przy dumnym, wielkim biegunie. Cieszyło go, gdy wykrzykiwaliśmy: wuja koniś… i podążaliśmy za nim w równym szeregu, kręcąc komicznie rękoma w powietrzu i tupiąc nogami o chodnik. Nie wszyscy wytrzymywali jego tempo i powoli grupa malała, aż w końcu, Wuja Koniś wyzwolony jak swobodny wierzchowiec, bez siodła i popręgu, przyspieszał kroku i pędził w dal. Tak jak słońce wschodziło, górowało nad światem i zachodziło, tak pojawiał się, był między nami i znikał w zmiętej marynarce i rozgniecionych butach.

Chagall Adao e Eva expulsos do paraiso

Pewnego kwietniowego dnia Wuja Koniś wbiegł nagle na skrzyżowanie ulicy Pięknej i Alei Klonów i został uderzony przez ciężarówkę wiozącą piasek na budowę. Odrzucony na chodnik, miał połamane nogi, a z czoła płynęła mu krew i gromadziła się na chodniku, tworząc niewielką kałużę. Zanim przyjechało pogotowie ratunkowe, ludzie zgromadzeni wokół niego usłyszeli jak wykrzykuje: dobijcie mnie, złamałem nogę, dobijcie mnie, bo zdechnę z bólu… hajtla… hajtla… Niestety nic się nie dało zrobić, obrażenia były zbyt rozległe i po kilku dniach ludzie zaczęli sobie przekazywać wieść, że Wuja Koniś zmarł w szpitalu z powodu obrzęku mózgu. Ktoś nawet widział nekrolog w gazecie i zdziwił się, że miał takie piękne nazwisko, znane z historii. Choć wolał być Adolfem Hitlerem, nazywał się jak polski król i tak napisano na kawałku blachy na jego grobie, który po śmierci matki szybko popadł w zapomnienie i po zaledwie paru latach został przekopany i wykorzystany do nowego pochówku. Grabarze byli zdziwieni, bo po ciele Wuja Konisia nie było śladu, ale znaleźli końskie kości i podłużną czaszkę, co najpierw ich przeraziło, ale w końcu uznali, że w wilgotnej ziemi kruchy mężczyzna rozpadł się doszczętnie, a cmentarz przecież powstał na dawnym Polu Ułańskim, gdzie zdarzało się żołnierzom zakopywać zdechłe klacze i ogiery. Jeszcze tylko podczas jednej nocy przyśnił mi się ten nieszczęśnik, jakby w czerwonym stroju arlekina, stojący na dwóch kopytach jak diabeł i grający na skrzypcach. Cały czas się zmieniał i unosił w powietrzu, a to ciągnął wóz z malutkim kominiarczykiem, a to tulił się do wielkiej świni, rozmywał się pośród barw a jego obraz przelewał się niczym gęsta krew. Zmieniał się w kozła albo brodatego Żyda, a potem znowu wracał jako Wuja Koniś, przemykający Aleją Klonów i znikający w dali, coraz mniejszy i mniejszy. Nigdy nie widziałem miejsca, gdzie go pochowano, a gdy prawdziwe konie, ciągnące furmanki, albo prowadzone do kuźni rżały na Alei Klonów, rozglądałem się dookoła i szukałem go niespokojnie w pobliżu. Jakby za chwile miał wybiec zza rogu, jakby miał prychnąć i kiwnąć głową, że mogę się do niego przyłączyć. Ale jego już nie było, tak jak nie było danego mu czasu, który wypełnił się bezpowrotnie i odszedł w zapomnienie. Bawiliśmy się potem kilka razy w Wuja Konisia z chłopcami z podwórka, ale to nie było to samo, co podążać za nim ulicą, rżeć jak kary kłusak i pokrzykiwać jak on: wuja koniś… wuja koniś… wuja koniś… hajtla… hajtla… hajtla…

Newer entries »

%d blogerów lubi to: