DUMA

James Foley

James Foley

W Internecie znalazł się film z egzekucji amerykańskiego dziennikarza Jamesa Foleya, którego po dwóch latach więzienia w Syrii i północnym Iraku, zdekapitował pochodzący z Londynu islamista. Zdradził go akcent i sposób posługiwania się językiem angielskim, jakże charakterystyczny dla brytyjskich Arabów. Patrzę na ten przerażający zapis i widzę dumnego człowieka, ubranego w pomarańczowe łachy, zmuszonego do wygłoszenia absurdalnych tekstów, ale zachowującego się godnie w obliczu swoich ostatnich chwil. Obok niego stoi zarozumialec, podrygujący i co chwilę lekko unoszący się na nogach, co wyraźnie wskazuje na użycie narkotyków. To dla niego rodzaj zabawy, a zarazem popis głupoty, religijnego otumanienia, walki o coś, co może tysiąc lat temu miało jakiś „sens”, ale teraz jest tylko archaicznym cytatem kulturowym, rodzajem pułapki, w którą stale wpadają nadpobudliwi młodzieńcy na Bliskim Wschodzie. Patrząc na te dwie postaci, bohatera zarzynanego z zimną krwią i rzeźnika, który chce zamanifestować siłę swego ugrupowania, a staje w jednym szeregu z najohydniejszymi ludzkimi bytami, jakie pojawiły się na ziemi, zauważam coś, co umknęło uwadze tych, którzy film rozpowszechnili w sieci. To zapatrzenie Jamesa w dal, to jego sztywne trzymanie się na kolanach i rodzaj dumy ze swojego życia, rysujący się na twarzy, to wreszcie sposób, w jaki wypowiada narzucony mu tekst. Ubrane na czarno kreatury, pragnące zastraszyć ludzi Zachodu, pokazały wspaniałego człowieka, który nie ugiął się do końca. Wcześniej uwolniony francuski więzień, za którego zapłacono ogromny okup, mówi, że Foley zachowywał się dumnie przez cały czas uwięzienia, dzielił się chlebem, oddawał koc w zimne noce, a nade wszystko bez skargi znosił obelgi i ciosy pilnujących go strażników. W świecie ludzkim, na początku nowego stulecia, w którym miało już nie być wojen i zbrodni, stale stajemy w obliczu zezwięrzęcenia i utraty cech ludzkich różnych szaleńców. Żaden z poziomów życia społecznego nie jest wolny od takich postaci, czy to będzie włóczęga w opuszczonym budynku, czy rozhisteryzowany kibic drużyny futbolowej, czy profesor uniwersytetu, potajemnie zatrudniający w swojej Katedrze młodą kochankę, wszędzie pojawi się ten sam błazeński profil, wykrzywienie rysów ludzkich i nienawiść w oczach, jak u wilka, rzucającego się na bezbronne jagnię. Tutaj, w północnym Iraku, w otoczeniu piachów i zwietrzałych wzgórz, rozegrał się dramat jednego człowieka i całej ludzkości, a jego uczestnicy, kaci w dziwacznym przebraniu, już są martwi, bo prędzej czy później zabiją ich kompani, lub wpadną w ręce amerykańskich lub kurdyjskich mścicieli.

Byłem w północnym Iraku jesienią 2011 roku i przemierzałem samochodami ziemie zamieszkiwane przez Jazydów i Kurdów. Wszędzie spotykałem wspaniałych ludzi i z wieloma się zaprzyjaźniłem. W As- Sulajmanijji, zetknąłem się z Malą Baktiarem, jakby duchowym przywódcą Kurdystanu, prezentującym się jak europejski polityk, zawsze chodzącym w nienagannie skrojonych garniturach. Teraz widzę jego zdjęcia w polowych szarawarach, podczas spotkań z bojownikami, z kałasznikowem w rękach. W Iraku rozmawialiśmy o aspiracjach narodu kurdyjskiego do wolności, o przemianach na Bliskim Wschodzie i szansach na zaprowadzenie nowego ładu. Minęły zaledwie trzy lata i wróg wewnętrzny, armie ubranych na czarno łotrów, stanęły przy umownych granicach ziem kurdyjskich. Jestem jednak spokojny o dalszy ciąg zdarzeń, bo ludzie, których spotkałem, z którymi piłem wino i jadłem arabski chleb, mieli w sobie ten sam rodzaj ludzkiej dumy, jaki pojawił się w postawie ginącego Jamesa Foleya. Oni nie pozwolą by islamskie hordy wdarły się do pięknie odbudowanego Erbilu, do kwitnącej As-Sulajmanijji, by rozbiły swoje obozy nad zjawiskowym jeziorem Dukan, opanowały ziemie, na których od wieków uprawiano pomarańcze i granaty. W roku 2013 pojechałem z kolei do Centralnego Iraku i dotarłem nieopodal ruin starożytnego Babilonu, gdzie mogłem obserwować innych ludzi, najczęściej spokojnych i mających dosyć nieustannych wojen. Ale pośród nich widywałem takich, którzy patrzyli na mnie zbyt uważnie, z dzikim błyskiem w oku, i może rozważali czy nadałbym się na zakładnika. Ochrona była na szczęście bardzo szczelna, a potem w Bagdadzie – jeżdżąc z jednym z posłów parlamentu – przemykałem specjalnymi, chronionymi przez żołnierzy alejami, przeznaczonymi tylko dla polityków i ich gości. Dopiero dzisiaj zdaję sobie sprawę jak niebezpieczna była ta podróż i jak bardzo narażałem życie – szczególnie podczas samotnej eskapady samochodowej przez wsie nad rzeką Szatt al-Hilla. Wydawało mi się, że wszystko jest w porządku, a życie biegnie swoim torem w małych, najczęściej zamkniętych domostwach – dzisiaj wiem, że zło czaiło się wszędzie i żaden Europejczyk nie może tam czuć się bezpiecznie. Myślę, że śmierć bohaterskiego dziennikarza wyrządziła islamistom więcej szkód, niż zdolni to sobie byli wyobrazić i odpowiedź cywilizowanego świata będzie piorunująca. Krew Jamesa Foleya wsiąkła w piasek północnego Iraku, ale jego ofiara będzie jak rozkaz, wydany doborowym amerykańskim jednostkom i żadne kodeksy, żadne religijne nakazy nie staną im na przeszkodzie.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: