PULS ISTNIENIA

1000292

Gitta Rutledge napisała biografię niezwykłą, rozrastającą się wielowątkowo i nieustannie próbującą odpowiedzieć na pytanie o sens egzystencji. Troska pisarska by stworzyć dzieło logiczne i koherentne, szła tutaj w parze z niezwykłą delikatnością autorki, która tylekroć doświadczana życiowo, nie chciała nikogo dotknąć, ani niczego przeinaczyć. Nie znaczy to, że autorka zataiła cokolwiek lub ukazała zdarzenia w teatralnie upozowanym świetle – wręcz przeciwnie, ta subtelność zapisu dała piorunujący efekt, wzmocniła wymowę faktów, a nade wszystko uwiarygodniła narrację. Wielu ludzi próbuje podsumowywać swoje życie, ale tylko nielicznym to się udaje – tylko wybranym los pozwala stworzyć relację, w której obok dobrego warsztatu literackiego pojawiają się pogłębione psychologicznie portrety różnych osób i wskazania dialektyki historii, nie liczącej się z ludzkimi biografiami, rozrzucającej byty po świecie, niczym jesienny wiatr opadające liście. Może właśnie ta pora roku stała się inspiracją dla twórczyni, która z niezwykłą wprost lekkością i dynamiką odsłoniła kolejne karty nocy i dni. Czytelnik ma wrażenie, że idzie przez dwudziesty wiek i początek następnego stulecia, a przed jego oczyma pojawiają się zżółkłe liście, na których – jak w kolorowym filmie – wyświetlają się kolejne sekwencje życia. Widać, że książka ta napisana została z pasją i wiarą w jej terapeutyczne właściwości, a nade wszystko, jej nieodzowność w danym momencie istnienia. To zapewne była potrzeba serca i chęć ukazania prawdy o sobie dzieciom, dalszej rodzinie oraz zaprzyjaźnionym osobom, nie wyłączając tzw. „wrogów”, o których Margaret Thatcher mówiła – autorka przywołuje na początku jej zdanie – że są nieodzowni i wskazują jaka była skala naszych działań. Książka, którą czytelnik ma w swoich rękach jest ogromnym osiągnięciem autorskim kobiety znanej dotąd przede wszystkim z twórczości poetyckiej, członkini Związku Pisarzy Polskich za Granicą. Podczas jej spotkań autorskich często podnoszono niezwykłą wrażliwość i piękno liryków, ale to co było tak ulotne w poezji, tutaj sięgnęło zenitu, znajdując odzwierciedlenie w prozie pulsującej i pulsacyjnej, rzucającej światło na coraz to inne cząstki chronologiczne. Drogowskazem była tutaj dobroć, nieustające próby wniesienia, do nawet najtragiczniejszych cząstek życia, czegoś pozytywnego, humanistycznej energii i wiary w ciąg przeznaczeń, prowadzących do pełnej wiedzy o samej sobie.

Karty poświęcone dzieciństwu, zarówno w Czelabińsku, jak i we Wrocławiu i okolicach, a także w Poznaniu, wzruszają i zaciekawiają z racji głębokości dookreśleń psychologicznych. To jest mądre spojrzenie na ten okres w życiu, który pozostaje we wspomnieniach jak czas szczęśliwości i pełni. A chociaż pojawiają się tutaj zdarzenia bolesne, takie jak choćby rozwód rodziców czy zwolnienie ukochanej niani, to w narracji autorki zyskują one rangę czasu świetlistego, pełnego dziecinnych wzruszeń. To był okres pierwszych odkryć i ostatecznych egzystencjalnych ustaleń, ale też przestrzeń kształtowania się niezwykłej wrażliwości, która po latach zaowocować miała refleksjami natury lirycznej. W prozie Gitty Rutledge widać jak na dłoni, że świat ludzki budujemy w naszej świadomości, kawałek po kawałku, modyfikując go w chwilach przełomów i ogromnych wzruszeń. Ucząc się zachowań i koncentrując uwagę na kolejnych elementach „układanki” życiowej, wchodzimy niepostrzeżenie w świat ludzi dorosłych, a ich problemy stają się naszymi problemami. Jakże drastycznie zostały tutaj opisane chwile podróży bydlęcymi wagonami z Rosji do Polski i jak trafnie autorka zobrazowała zdarzenia, które wryły się w jej pamięć, a pozostając śladem energetycznym, nie przestały być koralikiem wielkiego diademu. Ta dziewczynka, wędrująca z nianią po powojennym Wrocławiu, ta niewielka istota marząca o lalce z wystawy, niosła już w sobie ból, który nie jest udziałem dziecka we współczesnej Polsce. W niej też zdarzają się konflikty i rodzinne patologie odciskają swoje piętno na niewinnych umysłach, ale przeciąż Gitka zaznała zła już na nieludzkiej ziemi, a opowieści rodzinne – szczególnie związane z familią ojca – dostarczyły jej wiedzy o nietolerancji i o ludziach bez sumień.

Niezwykle interesujące są tutaj wspomnienia z pobytów w Ameryce, tym bardziej, że autorka nie próbuje epatować oryginalnością i – jak to mają w zwyczaju nasi emigranci w USA – chwalić się przesadzonymi sukcesami, a jedynie uczciwie, z pasją opisuje to, co było jej udziałem w Nowym Jorku, w Jersey, w Georgii czy na Florydzie, a to przede wszystkim ciąg trudności, które piętrzyły się podczas każdego pobytu za oceanem. Przy wielu problemach, najczęściej natury matrymonialnej i rodzinnej w Polsce, Ameryka była się dla Gitty rodzajem ratunku, ale też stawiała twarde wymagania. Zapoznajemy się zatem z kolejami jej losu, gdy pracowała jako sprzedawczyni futer, gdy budowała swoją pozycje finansową i starała się zapewnić byt swoim dzieciom. Będąc kobietą bardzo urodziwą, przypominającą orientalną piękność, zawsze była obiektem męskich zainteresowań, a że żywiołowo odpowiadała na tego rodzaju adorację, koniec końców – niczym Elizabeth Taylor – „dorobiła” się kilku mężów, w tym jednego Afro-Amerykanina. Niestety relacja ta dokumentuje też problemy jakie nastręcza znalezienie prawdziwej miłości, pękanie związków i ziębnięcie uczuć. Przy ogromnym zaangażowaniu tej kobiety, jej pasji i żywiołowości erotycznej, nie udało się jej pozostać przy jednym mężczyźnie – dlatego odchodziła, podejmowała bolesne decyzje, ale nie przestawała wierzyć w prawdziwość najintensywniejszych ludzkich doznań. Warto tutaj też podkreślić rolę jaką odegrał ojciec Autorki, nieustanie ją wspomagający, ślący wartościowe paczki do Polski i umożliwiający córce zaczepienie się w USA. Jego rola była nie do przecenienia i po latach Gitta dostrzegła to, chwaląc jego zapobiegliwość i życiową mądrość. Ostatecznie też mu podziękowała, przenosząc go z amerykańskiego Domu Opieki do Polski i będąc przy nim do ostatnich chwil. Ameryka jest autentycznym wyzwaniem, domaga się ponadprzeciętnej aktywności, nie zna litości i staje się rajem tylko dla tych, którzy potrafili działać. Tracąc jakąś pracę, stając w obliczu rozpadu kolejnego związku, autorka tych wspomnień nie poddawała się, raczej zakasywała rękawy i szukała nowych możliwości przetrwania za wielką wodą. Nie znaczy to, że nie zapłaciła ogromnej ceny za taką dynamikę, wręcz przeciwnie – będąc osobą kruchą i niezwykle wrażliwą na krzywdę, musiała korzystać z pomocy medycznej. Zawsze jednak dźwigała się z kolan, zawsze podejmowała trud nowego budowania i zmiany sytuacji egzystencjalnej. Ktoś, kto stał z boku i obserwował ją podczas kolejnych powrotów do Poznania, uznać mógł, że była kobietą sukcesu, wszak stworzyła dom, dobrze się ubierała, jeździła porządnym autem, ale dopiero lektura tych zapisów ukazuje ogrom i determinację tej kruchej istoty, jej kolejne walki, potyczki z losem, które ostatecznie doprowadziły do erupcji lirycznej i pisarskiej i wielkiej potrzeby podzielenia się refleksją z czytelnikiem w wierszu i prozie.

Wspomnienia te porządkują zdarzenia konkretnego życia, ale mogą stać się też wskazówką dla tych, którzy myślą, że wyjazd za ocean będzie remedium na wszelkie kłopoty. Rutledge wskazuje, że potrzebna jest też ogromna pasja, siła woli i przede wszystkim wiara we własne siły, nawet jeśli życie przyniesie rozczarowania, depresje, bolesne doświadczenia, energia walki nie zaniknie i w ostatecznym podsumowaniu – jak w tej książce – ukaże niezwykłe piękno i humanistyczną godność osoby ludzkiej. Szczególnie widać to w sytuacjach, gdy autorka stykała się z antysemityzmem i zwykłą ludzką zawiścią, chęcią zdobycia bogactw w przyspieszonym tempie. Opisy ludzi bez sumienia i empatii są tutaj doprawdy przerażające, tym bardziej, że dotyczą Polaków, którzy znaleźli się w USA albo stawali na drodze bohaterki wspomnień w naszym kraju. Czasem wręcz w głowie się nie mieści, co ludzie mogą wyprawiać dla zdobycia pieniędzy i jak podstępnie próbują zaskarbić sobie łaski kogoś, kto zdobył już określoną pozycję życiową. Tym bardziej, że działania takich ludzkich hien zorientowane były na kogoś, kto nie okazał im najmniejszej oznaki lekceważenia czy wyższości, a jedynie pragnął ułożyć jakoś ich relacje ze sobą. Te epizody życia są bulwersujące, ale przecież książka zawiera też sporo refleksji natury ogólnej, a szczególnie wymowne są przywołania rozmów z przyjacielem, który wskazuje autorce filozoficzny wymiar człowieczeństwa. Doprawdy zdarzamy się tylko raz, a przed nami i po nas był i będzie ogrom miliardów lat, nicości nie do wyrażenia, zdarzeń małych i wielkich, chwil chwalebnych i straszliwych. Od nas tylko zależy to, czy zbudujemy coś w trakcie danego nam życia, czy zobaczymy świat, odnajdziemy ludzi, którzy nas wspomogą swoją obecnością i wzbogacą życiową mądrością. Opowieść Gitty Rutledge chwyta za serce i każe wierzyć, że pośród wielu złych ludzi, znaleźć można wyspy dobra, istnienia skrzywdzone, ale nieustannie dążące ku pięknu i mądrości, szukające spełnienia w prostych ludzkich odruchach i chwilach świetlistych. Obrazy autorki idącej swobodnie brzegiem Zatoki Meksykańskiej na Florydzie, przeglądającej się w wystawach sklepowych Londynu, Atlanty, Nowego Jorku, Poznania, a nade wszystko czującej wielką łączność z ludzką wspólnotą, zapewne pokrzepią wielu czytelników. Ale historie tutaj opisane niechaj będą też dla nich znakiem walki, siły i dobra, czułości, która nie dopomina się zapłaty i prawdy, która daje moc, by podjąć nawet najtrudniejsze wyzwania.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: