ONTOLOGIA NICOŚCI

s.86

Poezja Tadeusza Zawadowskiego ma wiele odcieni i nurtów, ale najwyraźniejszy w niej jest ontologiczny strumień sensualny. Ten ciąg obrazów swobodnie przepływających przez świadomość i ogromna wiedza o świecie, sprawiają, że mamy tutaj do czynienia z prawdziwą liryczną opowieścią o istnieniu, o zmienności i urodzie świata, ale też o mechanizmach, które tkwią pod powierzchnią zdarzeń. Malowniczość sadu przeplata się tutaj z krystalicznym pięknem górskich pejzaży, a nawiązanie do Caspara Davida Friedricha nie pozostawia wątpliwości, że autor uczył się poezji od romantyków, nie gubiąc też niczego z nowoczesnych koncepcji wiersza. Tak powstawały wiersze, w których zderzała się energia przeszłości i rozmach współczesności, tak rodziły się cykle dopełniane treściami filozoficznymi, ze szczególnym wskazaniem na teorie egzystencji. Bohater tej liryki odzwierciedla w słowach fenomen życia, ale też nie przestaje się dziwić elementom świata – stale je wyodrębnia i wciąż znajduje coś interesującego, czym pragnie zaciekawić i jakby oszołomić czytelnika. Ale przecież jego obrazy – nawet te nadwyraziste – powiązane są z pytaniem o byt, o jego istotę, o cząstki konstrukcyjne. Relacja jest zarazem pochwałą tego co w umyśle rodzi się dzięki krwi płynącej w żyłach, dzięki cudownym właściwościom miodu i wody: Wieczorem kos na jodle odmawiał modlitwę/ mrówka na liściu dziewanny uklękła/ i zmówiła pacierz/ z dala głos dzwonu/ niczym odgłos burzy/ wzywał jaskółki na wieczorne modły/ Bóg chodził po ogrodzie/ i rozdawał hostię/ a w niebie aniołowie/ wili wianki z mięty/ jak paciorki różańca/ pachnące nadzieją/ i byłem taki mały/ że mnie aż nie było. Tak spojrzenie dziecka i mądrość ontologiczna dojrzałości przeplatają się z mistyką, a chwila zyskuje wymiar nieskończoności. To są sakralne zauroczenia, w których świat realny i świętość graniczą ze sobą i odciskają niezbywalne piętno na umyśle. Ogromną zasługą Zawadowskiego jest wskazywanie miejsc przecięcia się płaszczyzn świadomości i wyodrębnianie ich z natłoku informacji – tutaj wszystko zyskuje swoją logikę, a przy uporządkowaniu pojawia się kod autorski, elementarny jak wgłębienia w korze drzewa i niepowtarzalny jak ludzkie DNA. Cząstki wierszy stają się elementami świata, w którym poeta żyje, ale też są integralnym budulcem, który zobaczyć można pośród refleksów światła na wodzie, w splotach wianka z mięty i w dalekim głosie dzwonu.

Bóg jest rzeźbą z drewna, ludowym świątkiem, ale też ma w sobie wszelkie cechy stworzyciela wszechświata, a rozdawane przez niego hostie są jak dotknięcia wieczności i uświęcają mrówkę na liściu dziewanny, burzę i paciorki różańca. Jego wielka kosmiczna tajemnica dostrzegalna jest tylko w kolejnych odsłonach natury, w czerwieni liści bukowych i suknie zmiennej rzeczywistości. Refleks wiersza ma w sobie coś ze światła, nagle pojawiającego się w mroku, na chwilę ukazującego rzeczywistość zakazaną, cząstki budulcowe, chwile pierwsze i ostatnie. Dopełnianie treści – najważniejszych i najtrudniejszych przecież – odbywa się w poezji Zawadowskiego z jakąś niezwykłą subtelnością i lekkością. To jakby nieustanne korzystanie z wrażliwości dziecka, ale też zdumiewająca zmienność świadomości, raz to silnie utrwalonej w bohaterskim widzeniu świata, a kiedy indziej nie wahającej się mutować ku żeńskim delikatnościom i ulotnym interakcjom. Norwid przerzucał akcję w chmury, lekko przechodził ze świata ziemskiego ku sferom eternalnym i w tej poezji mamy podobne zastosowania giętkości lirycznej: Tu po górach i po chmurach/ Idzie Bóg w sukni czerwonej/ Popatrz jakże buki płoną/ Choć wokół tyle złocieni/ Buk wciąż krwią swe liście mieni/ Bieszczadzkie stygmaty/ Wrzesień głaska buki dłonią/ Wrzosy się liliowo płonią/ Uśmiecham się do nich/ Niczym jeleń pośród buczyn/ Jakiś potok w dole huczy/ Pieśń o źródle/ Idę w górę gdzie Bóg mieszka/ Po zapomnianych już ścieżkach/ Idę szczęśliwy. Oto najprostsza formuła szczęścia – chwila uchwycona w kadrze życia, zauroczenie naturą, które staje się pochwałą Boga, jego nieustającej obecności w każdej cząstce świata, jego mocy przedwiecznej, która spaja wszystko niewidzialną energią. Iluż to poetów wskazywało siłę imaginacyjną górskiego krajobrazu, iluż wędrowało ku złotym przełęczom, zielonym zboczom i czarnym turniom, by z góry spojrzeć na świat, by zastanowić się nad sobą, a nade wszystko odnaleźć w urodzie świata piękno jego Stwórcy. I nie są to oleodruki, makatki jarmarczne, raczej obrazy o niezwykłej głębi i ostrości, a jeśli już pojawia się w nich element rustykalny, pełni on swoją rolę w topografii miejsca, staje się elementem tak samo ważnym jak kamień, gałązka brzozy czy gwiazda na niebie. Energia boska nadaje bieg wszystkiemu i utrzymuje byty w równowadze – nawet jeśli śmierć przerywa jakieś istnienie, nie kończą się cykle zaplanowane w chwili pierwszej, a jednostkowe cierpienie wpisuje się w wielką, wszechogarniającą kosmiczną hierofanię.

Poezja dokumentuje ulotność czasu i śmierć przeszłych chwil, bywa łagodna i delikatna, ale często też mówi prawdę o naszym tragicznym zamknięciu pośród umykającego dnia, nocy, miesiąca i roku. Nikt nie zdołał się temu przeciwstawić, nic nie mogło stanąć na drodze tej przemiany – zawsze czas triumfował pośród krwi i cierpienia, trumien i grobów, pośród stale niknących śladów na piachu, wodzie i śniegu. Ludzkość przyjęła jego dyktat, bo nie miała wyboru – zgodziła się na umieranie, bo poprzedzało ono życie, zaakceptowała śmierć jako kropkę na końcu rozbudowanego zdania. Zawadowski dostrzega temporalną stronę bytu i pisze wiersze, w których jest filozofia czasu i nicości, mądrość pierwiastkowa, która ma jednak konsystencję popiołu: Kiedyś to zawsze nie dzisiaj/ W garniturze i pod krawatem/ Trzyma się na uboczu na dystans/ Ty krok do przodu ono krok do przodu/ Próbujesz je podejść ono się uchyli/ Próbujesz się zbliżyć zaraz się oddali/ Nie zna czasu teraźniejszego/ Zawsze mu za wcześnie to znowu za późno/ Mieszka w ciemnym kącie wśród starych albumów/ Pośród wizji przyszłości w dalekich kosmosach/ Jakby samo na świecie choć podobnych wiele/ Jeśli spotkasz na drodze nie próbuj zatrzymać/ Bo w mysz się nagle przemieni i do jamki schowa/ I ze świecą nie znajdziesz nawet przez noc całą/ Kiedyś to znaczy wczoraj lub może pojutrze/ Ale zawsze nie dzisiaj. Smutna prawda – artykułowana już przez myślicieli starożytnych – jest taka, że teraźniejszość nie istnieje, jest tylko to, co było i to co będzie, a uchwycenie t e r a z jest niemożliwe. K i e d y ś jest jak memento, kiedyś zawiesza byt w istnieniu i każe zastanawiać się nad realnością świata, a nade wszystko generuje niezwykłą wrażliwość. Poeta mógłby zająć się sprawami prostszymi, ale gdy tylko zasiada nad kartka papieru, zaczyna od wspomnienia kota na progu domu ojca lub mrówki przeciskającej się między kamieniami, zawsze perspektywa się poszerza i głębie wszechświata otwierają się samoistnie. Byt jest przepaścią i próba zasypania jej jakimkolwiek rodzajem materii znanej człowiekowi, kończy się porażką. Poezja – taka jak w tym tomie – uzmysławia, że istnienie jest rodzajem dynamicznie przekształcającej się energii, a każda jednostkowa próba ocalenia jakiegoś k i e d y ś jest wysiłkiem by zatrzymać rozszerzające się koła na wodzie. Nie bez znaczenia są w tym zbiorze ilustracje z podróży do świata dawnych Indian i ich wspaniałych przedkolumbijskich kultur, bo oni także zauważyli, że życie jest jak kamień wrzucony do wody. Zostaje po nim nikły, ginący ślad, ale ruchu i impetu nie da się zatrzymać ani powtórzyć – to co ostateczne jest skończone, to co ludzkie – śmiertelne. Potężna, filozoficzna poezja Tadeusza Zawadowskiego uczy pokory do świata i samego siebie, ale też daje nadzieję, że w słowie ocalić można coś z pierwszych chwil stworzenia i powtarzających się wciąż zauroczeń esse. A choć nad każdym pięknem pojawia się cień nicości, choć żywe twory więdną i umierają, a cywilizacje rozpadają się w pył, zostaje energia coraz mniejszego ciepła, rozmywającego się pośród lodowatej pustki. Słowo poetyckie staje do konfrontacji z entropią, a chociaż przegrywa, to jednak zwycięża… Nawet jeśli przez chwilę lśni w blasku jakiegoś k i e d y ś, nie ginie bez reszty, ocala zachwyt i poczucie pełni, chwilową niezależność umysłu i wyobraźni, przenosi byt ku nowym światom. Istnieje w nowych pokoleniach ptaków, w rozkwitających kwiatach i w konstelacjach gwiazd przesuwających się na niebie – istnieje i połyskuje w swoim pięknie… dumnie staje do konfrontacji z nicością.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: