ZDZISŁAW T. ŁĄCZKOWSKI

???????????????????????????????

Zdzisław Łączkowski (ur. 1927) jest poetą o zdumiewającym dorobku. Opublikował kilkanaście książek poetyckich, jego wiersze znalazły się w wielu antologiach polskich i zagranicznych, ma też w swoim dorobku około trzy tysiące publikacji prasowych. Poezja jego była tłumaczona na wiele języków obcych. Ale mimo tego polska krytyka literacka nie sprostała temu fenomenowi płodności i żywiołowości literackiej. Stale skazuje się Łączkowskiego na niezasłużoną banicję. Być może dzieje się tak dlatego, że autor czeka na krytyka nie bojącego się rozległości dokonań – umiejącego syntetyzować i scalać różne elementy świata kreowanego. W pewnym momencie takim krytykiem towarzyszącym był Tadeusz Olszewski, ale i on, chociaż zrobił wiele,  nie sprostał do końca wszystkim wyzwaniom jakie stawia ta twórczość. Poezja Łączkowskiego jest nieustanną adoracją czasu i przestrzeni; boskich wymiarów świata zagubionego pośród żywiołów. Stale szuka takich nośników imaginacyjnych, które mogłyby ją ekspandować ku sferom sacrum. Poeta nieustannie szuka świętości w otaczającym świecie, stale ku niej zmierza. I choć na drodze pojawiają się coraz to inne przeszkody – przez cienisty szelest burz/ idzie śpiew zapomnianych/ oceanów  z perspektywy końca wieku jego szlak wygląda imponująco i może on pozwolić sobie na kontemplację w ogrodzie: Zmartwychwstały/ oliwne ogrody./ Chylą się lekko gałęzie./ Z różowej kory spływa świetlisty sok jak bursztyn./ (…) Nadchodzą mleczne noce srebrnego gwiazdobrania./ Już wypłynęły blaszane księżyce/ a pod nieruchomym niebem ptaki ceglaste/ głoszą Pieśń Stworzenia./ Konary świecą jaśniej./ Naręcza mroźnych gwiazd obsypały ulice. (…). Łączkowski jest mistrzem nastroju, jego wiersze brzmią znakomicie i kreślą słowami bardzo plastyczne pejzaże. Często też pojawiają się w nich elementy muzyczne – rośnie wtedy napięcie liryczne, a czytelnik ma wrażenie, że obcuje z tajemną pieśnią, rzadko tylko wykonywaną pośród ceremoniałów życia.

Autor posiadł rzadką umiejętność mówienia o rzeczach prostych językiem wielopoziomowym – pozornie są to łagodne, liryczne opisy, wskazania, ale przy wnikliwszej lekturze odsłania się genezyjska aura; pojawia się mistyczny mrok, w którym połyskują- niby gwiazdy – fragmenty świata stwarzanego prze poetę. Wtedy też liryka ta nabiera właściwego wyrazu, odsłania ogromy bytu niewyobrażalne i głębie przepaściste egzystencji. Właśnie owa filozofująca, kosmogoniczna strona poezji Łączkowskiego jest najmniej rozpoznana przez krytykę – przeglądając poszczególne szkice, recenzje ze zdumieniem odkrywamy, że krytycy byli głusi na tę stronę tych po wielokroć kodowanych i dekodowanych przez autora tekstów. Może tylko Julian Rogoziński podążał tropem nadrealizmu ku właściwym rozpoznaniom. Dla Łączkowskiego najważniejsze jest dobro pojmowane w kategoriach duchowości, a stąd już tylko krok do teodycei Juliusza Słowackiego i hierofanii Norwida. I nie na darmo zostali tu przywołani poeci romantyczni, bo poezja Łączkowskiego jest właśnie romantyczna. Nie na darmo przypomina on w tytule swojego ostatniego tomu Mickiewiczowskiego guślarza. Pełna zaskakujących metafor, znakomita w warstwie słowno-obrazowej, a nade wszystko przepojona tętniącymi uczuciami. Emocje wiodą go nieuchronnie ku   g e n e z i e   i nie bez powodu przypomina on w jednej ze swoich wypowiedzi prasowych: Jakże ważny jest wymiar duchowy człowieka.

Zdzisław Łączkowski należy do poetów maksymalistycznych, bo zakłada, że poezja jest unią totalną –  jednią zestrzeloną w chwili poczęcia słowa i w chwili  błysku myśli. Wyławianie wiersza z nicości jest dla twórcy najintensywniejszym odczuwaniem egzystencji, jest  b y t e m  potwierdzanym i potwierdzającym się na czystej kartce papieru i w nieskazitelnej jaźni. Poeta zasiada zatem do pisania wiersza, tak jak przystępuje się do komunii, jak sonduje się bezkres myślą, jak – wreszcie – próbuje się nieporadnie naśladować doskonałość Stwórcy. W zbiorze wierszy Łączkowskiego, zatytułowanym wymownie – Schizofrenia – znajdziemy najpierw niezwykle pouczający rękopis. To jakby negatyw wiersza, a zarazem wiersz w chwili stawania się, w chwili zero – kiedy dopiero co wyłonił się z nieistnienia, kiedy poeta ukształtował go i dopasował do swojego wewnętrznego stereotypu poezji doskonałej, do swojego „wewnętrznego wiersza najpiękniejszego”. Widać tutaj z jakim trudem powstają te utwory, widać też, że jest to praca dająca się porównać z heblowaniem deski czy wygładzaniem marmuru. Takie rękopisy są potwierdzeniem autentyczności poetyckiego przeżycia i doświadczenia – widzimy wtedy, że poeta nie kłamie, nie eksploatuje jedynie swojego życiorysu dla potrzeb autokreacji, że jest a u t e n t y c z n y. Mówi, bo mowa jest jego sposobem obłaskawiania tego co nieuchwytne, tego co przeczuwane i wytęsknione.

Jest też jednak w tej poezji i drugie dno – tytułowa schizofrenia nie jest wszak tylko wymyślną figurą, czy szokującą, w kontekście delikatności tej wyobraźni, formułą. Raczej jest potwierdzeniem, że wszystko ma swoje alter ego, wszystko musi istnieć w świecie na zasadzie kontrapunktu. Dobro jest dobrem, gdy przeciwstawi się je złu, piękno pięknem – gdy dostrzega się brzydotę – człowiek człowiekiem, gdy gubi człowieczeństwo i tarza się w swojej zwierzęcości. Oczywiście wszystkie tego rodzaju uściślenia mogą prowadzić donikąd, mogą stać się powodem drwiny, pustego śmiechu. Dlatego też poeta totalny, a takim jest jak już się rzekło Łączkowski, wyposaża swoje wiersze w element ironii i autodeformacji: mędrcy/ których spotykałem/ w średniowiecznych spelunkach/ i na smutnych jarmarkach/ wytartego słowa/ farb wygasłych/ ci mędrcy / powiadali/ że/ wszystkie byty w iskrze/ choć już w płomieniach/ powietrzu. Pokazuje zatem siebie spotworniałego, jakby odbitego w krzywym lustrze, pokazuje siebie groteskowo rozciągniętego w czasie i przestrzeni – jakby własnego demona: a ja kochałem/ aż po obłęd/ w ciemnościach dnia/ w drwinie nocy/ w norach piwnicznych/ aż po tajemnicę radosną/ choć jest to czas/ kupczenia nasieniem mężczyzny/ cadyk mnie uczył/ z Tablic Świętych/ na łąkach czystych łez chłopców/ rabin był moim powiernikiem/ gdy odbywałem nauki trudne/ i pragnienie aby zostać cieślą/ a wszystko to w ukryciu/ w suterenach/ utajonego grzechu/ ta ciesielka to wyłącznie plastikowe trumny/ kleiłem je jak najdokładniej/ dla dwu łotrów/ tego po prawicy/ i tego po lewicy/ a ułożono w tych trumnach/ jak dla ironii/ Ofelię i Hamleta.  Dopiero wtedy – po tych autodestrukcyjnych i autoironicznych  zabiegach – zaczyna budować obraz świata. Zbiera świat z kawałków i odbudowuje samego siebie. Widzi drugie ja, a to znaczy, że widzi samego siebie – to rozdwojenie jest potwierdzeniem jego integralności. I zapewne wtedy, w takiej  c h w i l i, roni łzę liryczną, bo znalezienie siebie ponad odbiciem, ponad wielokrotnością obrazu siebie z przeszłości, jest wzruszające.

Poezja Łączkowskiego jest nieustannym przyglądaniem się samemu sobie i szukaniem dla siebie ekwiwalentów słownych, obrazowych, dźwiękowych. To jakby nieustające czuwanie przy sobie – lęk o to, że j a może się oddalić, a w to miejsce może  pojawić się ślepnący pajęczak/ na skórach kozic Salomona/ na pustyni walki serca z rozumem. Innymi słowy – poezja ta jest ciągłym potwierdzaniem samego siebie. To życie stale żąda od nas nieustannego potwierdzania statusu – nieustannego potwierdzania, że istniejemy, że jesteśmy sobą.  Wystarczy lekkie zachwianie, wystarczy niewielka utrata, a już upiory wychylają się z jam i już życie w błyskawiczny sposób oddala się od nas. Łączkowski rejestruje takie chwile i w takich momentach zwraca się ku poezji, jak ku ostatniemu azylowi. W nim pozostaje owo   j a, które ja nigdy być nie przestało i nigdy – nawet w konfrontacji ze śmiercią i złem – nie przestanie. Ta poezja jest przejmująca z jeszcze jednego powodu – nawet wtedy gdy opowiada o miłości, nawet gdy zamyka w słowach chwilę bliskości, nie przestaje być potwierdzeniem wielkiej ludzkiej samotności. Poeta przyznaje w jednym z wierszy: a ja wciąż pytam/ o samotność człowieczą/ jak skrzydła klucza/ dzikich gęsi/ rozpięte/ między niebem/ i oceanem – i jest to wzruszająca metafora chwilowego istnienia. Bytu pośród niebytów, egzystencji w nieistnieniu – ledwie ulotnej refleksji. Wszystko przepada, wszystko oddala się,  j a  jest nieuchwytne, dzisiaj jest już wczoraj, a jutro nie nadchodzi. Smutek przemijania i smutek samotności, ale też czekanie na coś, co się wydarzy, ale też nadzieja, która jest potwierdzeniem, że przez   c h w i l ę   istniejemy. Jeśli istniejemy…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: