PRADOLINA WISŁY

???????????????????????????????

Wczoraj znowu był dzień roweru… Najpierw rano pojechałem w kierunku Strzelec Dolnych, skąd wspiąłem się na ogromną górę i przez Gądecz i Hutną Wieś dotarłem do Włók. Tam przystanąłem przy starym drewnianym kościółku z 1699 roku – budowla ta, wzniesiona na ruinach świątyni średniowiecznej, ma jedną nawę i prezbiterium zamknięte trójbocznie. Do tego wzniesiono kwadratową wieżę, zastosowano w niej też płaski strop, a wnętrze wyposażono w barokowe ołtarze, ornamentalne elementy snycerskie i organy, na których grywają najwięksi wirtuozi tego instrumentu. Po chwili ruszyłem do górnej części Trzęsacza, skąd zaczyna się niezwykły, serpentynowy zjazd do pradoliny Wisły. Na samym początku widać dalekie zakole naszej największej rzeki, zakręcającej po minięciu Bydgoszczy i podążającej w kierunku Bałtyku. To jedno z najlepszych miejsc widokowych i mam ochotę się zatrzymać, ale droga nie ma pobocza i jest ograniczona ocynkowanymi wstęgami, a poza tym tak szybko nabieram prędkości, że żal rezygnować z tej frajdy. Jadę bardzo szybko i po niedługim czasie dojeżdżam już do tablicy informującej, że Trzęsacz się skończył. Wciąż jeszcze nie muszę ruszać nogami, ale niebawem zaczynam naciskać na pedały i dojeżdżam do Chełmszczonki, w której przez lata wykładałem w nowicjacie Zgromadzenia Ducha Świętego. Teraz praktycznie nic tam się nie dzieje, funkcjonuje jakieś gospodarstwo ojców zakonnych i może ktoś to dogląda, rezyduje samotnie pośród natury. Chłopaki, z którymi miałem wtedy do czynienia i którym starałem się zaszczepić upodobanie do literatury i sztuki, rozjechali się po świecie, od Mauritiusa po Paragwaj, od Senegalu po Republikę Środkowoafrykańską, a wreszcie od USA po Kanadę. Mijając dobrze eksponowany budynek, z charakterystycznym krzyżem na dachu, wspominam dawne dni i jednocześnie popatruję na drugą stronę ku polom. Zawsze tego rodzaju wyprawy dostarczają mi ciekawych obserwacji ornitologicznych i tak było też tym razem. Widzę daleko na łąkach stado żurawi, a nad moją głową przelatuje nisko, majestatycznie pięć bocianów, które wyraźnie już się grupują i przygotowują do odlotu. Zauważam też wiele śmigłych oknówek, srok, sójek, synogarlic i grzywaczy, a czasem trafia się coś ciekawszego, a to dwie pliszki żółte, a to kopciuszek, a to z kolei ruchliwy dzięcioł zielony. Odnotowuję też powolne zamieranie przyrody, zmianę koloru liści drzew, utratę żółcieni przez wrotycze, więdnięcie traw i pokrzyw. Dojeżdżam z powrotem do Strzelec Dolnych i jeszcze raz pnę się pod stromą górę, a potem ruszam przez Jarużyn w kierunku kolejnego szybkiego zjazdu do Fordonu. Dodatkowo mocno pedałuję, co zwiększa moją szybkość i powoduje, że bez jakiegokolwiek wysiłku dojeżdżam do pierwszych bloków mieszkaniowych. W domu biorę prysznic i kładę się na godzinkę, a sen po takim długim jeżdżeniu rowerem smakuje jak drzemki w czasach dzieciństwa. Wstaję i biorę się za moje sprawy literackie, piszę jakieś listy, cyzeluję ostatnie teksty, trochę zerkam do skrzynek e-mailowych i Internetu. Nie wiadomo kiedy robi się godzina siedemnasta i zgodnie z wcześniejszym postanowieniem, jeszcze raz wsiadam na rower. Tym razem mam zamiar dotrzeć aż do miejscowości Czarże, gdzie są wyniosłe wały wiślane i wiele innych miejsc magicznych, jak choćby rozlewiska, porosłe teraz gęsto rzęsą wodną i pełne wodnego ptactwa. Szybko docieram do mostu na Wiśle, zbudowanego jeszcze przez Prusaków, a potem dwa razy wysadzanego w powietrze podczas drugiej wojny światowej. Dojeżdżam do Ostromecka i kieruję się w stronę Dąbrowy Chełmińskiej, jadąc po znakomicie przygotowanej ścieżce rowerowej. Dotychczas jeździłem tędy główną, bardzo ruchliwą drogą, teraz spokojnie, komfortowo poruszam się po nowej nawierzchni, tuż przy paśmie asfaltu. Szybko docieram do zjazdu i podążam nim na skraj doliny, gdzie zaczyna się kolejny zjawiskowy zjazd, prowadzący aż do wałów. Pędzę z ogromną prędkością, aż kierownica podskakuje i muszę ją trzymać bardzo mocno, momentami dodatkowo dociskając ją do podłoża, bo natrafiam na dziury i spękania. W końcu docieram do Czarży i kieruję się na wały, z których rozpościera się niezwykły widok  na liczne rozlewiska i daleką wstęgę Wisły. Widywałem tam zimorodki i kukułki, a przy brzegach obserwowałem czaple, kaczki, tracze, łyski i dzikie gęsi, teraz tylko oknówki wzbijają się w niebo, po drugiej stronie, na mniejszym stawie pływają młode łabędzie i krzyżówki, słychać daleki trel skowronka i popiskiwania mniejszych ptaków. Długo kontempluję zachodzące słońce, które ma jeszcze swoją moc i opala delikatnie moją twarz, później wypijam półtoralitrową butelkę wody mineralnej i ruszam z powrotem do Ostromecka. Tym razem droga wiedzie dołem doliny, a potem przez lasy, zagubioną pośród nich wioskę Rafa, aż do podbydgoskiej miejscowości, słynącej z produkcji wód pitnych. Pędzę szybko po ziemnej drodze, co chwilę wpadając w jakieś doły, koleiny, mijając niebezpieczne korzenie i głazy, co daje mi wielką frajdę i raz jeszcze przypomina młodzieńcze eskapady w grupach rówieśniczych. Oddycham pełną piersią, popatruję na ostatnie, złote błyski słońca, rozmyślam o moich sprawach i zbliżających się podróżach, a nade wszystko rozkoszuję się ciszą pól i łąk, krzewów i mijanych kompleksów leśnych. Właśnie objeżdżam rezerwat przyrody Las Mariański, który Niemcy założyli w dziewiętnastym wieku i nazwali Marienpark na cześć Marty Matyldy Marii Alvensleben-Schönborn (1854–1915) – spadkobierczyni majątku Ostromecko i żony Albrechta von Alvenslebena (1840–1928). To tutaj ulokowano stary młyn, wykonano drogę, ustawiono brzozowe ławki i zaczęto czerpać wodę mineralną, którą rozprowadzano w całej Rzeszy pod nazwą Marien Quelle (Źródło Marii). Dzisiaj, gdy pijemy wodę z tą reaktywowaną marką, warto pamiętać, że została ona uhonorowana dyplomami i medalami na międzynarodowych wystawach w Królewcu (1895), Szczecinie (1897) i Paryżu (1927). Kiedyś błąkałem się po ścieżkach tego rezerwatu i zauważyłem, że rosną w nim dęby czerwone, takież same kasztanowce i czarne sosny, a oprócz nich wiele jesionów i olch, grabów i buków, wiązów, dębów i sosen zwyczajnych. Można tam się też natknąć na klony, jawory, osiki, topole białe, brzozy zwisłe, lipy drobnolistne i dęby szypułkowe, spośród których najstarsze mają ponad dwieście lat. Z krzewów największe wrażenie robią na mnie ogromne trzmieliny, głogi i tarniny, ale sporo jest też dereni, bzu czarnego i leszczyn. Muszę tutaj wrócić w przyszłym roku, bo to prawdziwy raj dla ptaków, różnych zwierząt i owadów, a nade wszystko wiele w nim przestrzeni, które znakomicie nadają się do sfotografowania i powiększenia mojego ogromnego archiwum obrazów natury. Zaczyna powoli robić się ciemno i jest coraz chłodniej – jednak wrzesień przypomina, że nadchodzi już nieubłaganie pora jesienna i noce będą coraz zimniejsze. To właśnie to obniżenie temperatury powoduje, że liście zmieniają barwy, octowce stają się najpierw pomarańczowe, a potem krwiście czerwone, ogromne dęby i jesiony zmieniają powłokę i ogromna, porośnięta drzewami skarpa zaczyna mienić się barwami. Mijam pałac w Ostromecku i zjeżdżam przez las do domków jednorodzinnych, a dalej docieram do mostu na Wiśle. Pokonuję go szybko i już jestem w Fordonie, kierując się ku mojej ulicy i dziwiąc się jak szybko zrobiło się ciemno i jak wyraźnie lśnią kolorowe światła mijanych samochodów. Choć przejechałem tego dnia z pięćdziesiąt kilometrów wcale nie czuję zmęczenia, siadam do moich spraw przy biurku z poczuciem szczęścia i pełni, radosnego uczestnictwa w świecie, który daje nam jakże niezwykłe przeżycia…

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: