STO WIERSZY POLSKICH (XX)

?

Adam Szyper

Adam Szyper

OSTATNI KRÓL BUŁGARII

Poznałem go kiedyś w Nowym Jorku
Właśnie uciekł z Sofii
Był tokarzem ale marzył o wolności
I o życiu jak w kinie

Miał już czterdzieści lat
Garnitur z kantami tylko na weekendy
I jeszcze kanarki
Śpiewały mu w głowie

Mówił że pójdzie w Amerykę
w Niedźwiedzie Góry czy w Góry Skaliste
Lecz poszedł tylko do roboty
W Brooklynie

Minęły lata i nie ożenił się
I nie dorobił

Fabryka mu śmierdziała i huczała:
„Szybko ty sukinsynie”
Oklapł i przestały go nawet
Interesować męsko-damskie sprawy
I w końcu zamienił
Kobiety na konie

Gdy spotkałem go ostatnim razem
Mówił że ktoś za rogiem
Na niego czeka
Z zatrutym szpicem parasolki
Że szuka pracy i
Że jest ostatnim królem Bułgarii.

Nowy Jork 1986

Adam Szyper jest niezwykle barwną postacią nowojorskiego życia literackiego. Urodzony w Łodzi, przeszedł wraz z matką przez piekło getta i obozu koncentracyjnego w Auschwitz. Potem, po emigracji do Izraela, był jak wielu Żydów w jego wieku żołnierzem, pracował w kibucu, aż wreszcie – poznawszy urodziwą Mirę – wziął z nią ślub i wyemigrował do USA. Tutaj, mieszkając w Elizabeth, dojeżdżał do pracy w nowojorskich hotelach, a także pisał wiersze tylko dla siebie i dla grona najbliższych mu osób. Tam właśnie spotkał swojego przyjaciela i wydawcę Stanleya H. Barkana, z którym opublikował w jego oficynie Cross-Cultural Communicatrions dwujęzyczne wybory wierszy tak wybitnych amerykańskich poetów jak Stanley Kunitz i Gerald Stern, a także autorów polskich, między innymi Józefa Barana i piszącego te słowa. Szyper jest laureatem New Jersey State Council on the Arts, zdobył też w Poznaniu Nagrodę za najlepszą książkę poetycką 2001 roku, a w roku następnym Nagrodę im. Ryszarda Milczewskiego-Bruna w dziedzinie przekładu. Swoją twórczość prezentował w kilku krajach, brał udział w wielu spotkaniach poetów z Europy i Ameryki, dwukrotnie wystąpił w ONZ-ecie, w tym raz jako współorganizator spotkania poetów polskich i amerykańskich, a także w Fundacji Kościuszkowskiej i w New York Public Library.

Jego poezja wyraża wielką ludzką tęsknotę za bliskością i pełnią. Jest próbą tworzenia panoramicznego obrazu ludzkości w dwudziestym wieku i na początku stulecia następnego. Centrum Nowego Jorku i środek hotelu były wspaniałym miejscem do prowadzenia obserwacji lirycznych. Poeta stykał się tam z wieloma ludźmi z różnych kontynentów, z bogaczami i biedakami, z intelektualistami i dziwakami, którzy dawno stracili wiarę w siebie i kontakt ze światem. Takim wyrzuconym poza margines życia był człowiek, który utrzymywał, że był ostatnim królem Bułgarii. Trafił do Ameryki jak wielu jemu podobnych uciekinierów z komunistycznej Europy, został tokarzem i chciał zrealizować swój amerykański sen. Jego wyobrażenia o Ameryce, kształtowane przez filmy realizowane w technice barw nasyconych technicolor, zderzyły się z twardą rzeczywistością świata nie znającego litości, nieustannie żądającego potwierdzania sprawności, przydatności w procesie ciągłej produkcji. W wierszu Szypera, życie tego człowieka staje się rodzajem paradygmatu, tysięcy i milionów takich losów, tysięcy i milionów takich historyjek, tworzonych dla autokreacji legendy przez emigrantów. Tak jak tworzyli je Humprey Bogart i Marylin Monroe, tak tworzyli je na początku swojej drogi ci, którzy zrobili karierę i ci, którym się nie udało. To streszczenie życiorysu ostatniego króla Bułgarii jest niezwykle oszczędne, powiedzieć można syntetyczne – trafił po wojnie do Ameryki w wieku czterdziestu lat, dość późno jak na robienie kariery, ale przecież miał swoje pragnienie. Kupił garnitur, w który ubierał się w weekendy i czuł, że płynie jeszcze w nim żywa, młodzieńcza krew. Marzył o wyprawie przez wielkie góry, chciał doświadczyć może tego, o czym czytał w powieściach Karola Maya, co przeżywał kiedyś w kinie.

Niestety sen o Ameryce, jak dla wielu jemu podobnych, nie okazał się kolorowym przezroczem. Zamiast zwiedzać kraj i rozkoszować się jego bogactwem, musiał zatrudnić się jako robotnik w brooklińskiej fabryce, którą szybko znienawidził. Czas biegł tutaj z oszałamiającą prędkością, ale dla niego jakby zatrzymał się w miejscu. Dzień podobny do dnia, krótka noc i znowu taki sam, monotonny dzień, odmierzany ilością wytoczonych elementów, przykręconych śrub, zmontowanych mechanizmów. Nieustające popędzanie samego siebie, lęk przed utratą pracy, przymus wykonania normy dziennej, bo jeśli on tego nie zrobi, znajdą się inni, młodsi, sprawniejsi, bez szemrania pracujący od świtu do zmierzchu. Jego świat zawęził się do kilku ulic, którymi podążał do fabryki i którymi wracał do domu, przestrzeń zakładu też nigdy nie stała się mu bliska, od samego początku odpychała go swoim smrodem, brudem, bylejakością. W jego amerykańskim marzeniu wszystko lśniło, wszystko miało wyraziste barwy, było nowe i sterylnie czyste – tutaj, na miejscu, okazało się, że Ameryka składa się z wielu rupieciarni, brudnych placów, zawalonych złomem i śmieciami postindustrialnych przestrzeni. Tak jak rabowano ziemię, tak rabowano jego życie i pozbawiano go złudzeń. Nie znalazł bliskiej sercu towarzyszki, nie zarobił wielkich pieniędzy, ledwie wiązał koniec z końcem. Takie życie w końcu prowadzi do marazmu, a potem do dewiacji, nie wiedzieć gdzie i kiedy ulatuje z człowieka energia, traci się motywację. Hormony przestają pobudzać pragnienia, kończy się zainteresowanie „sprawami męsko-damskimi” i muszą pojawić się fascynacje zastępcze. Dla jednych jest to golf, dla innych baseball, boks albo polityczne wiece, dla niego natomiast była to gra podczas wyścigów konnych i rozważanie szans kolejnych pewniaków. Fabryka przez sześć dni w tygodniu, a w niedzielę wyprawa na hipodrom i dyskusje w gronie jemu podobnych zapaleńców, znawców, dziwaków. Trudno się dziwić, że w pewnym momencie wkrada się do takiej świadomości myśl o jakimś wielkim zagrożeniu, schizofreniczne przekonanie, że jest się kimś wielkim, kimś na kogo czyhają jakieś drapieżne moce. Od czasu, gdy poeta spotkał go w Nowym Jorku i słuchał jego pierwszej opowieści o monarszych korzeniach, stracił pracę, postarzał się, zdziwaczał, różne fakty z historii Bułgarii zaadoptował dowolnie, na własny użytek. Chyba sam uwierzył w to, że jest ostatnim królem tego kraju, a agenci komunistycznego wywiadu chcą go zamordować przy pomocy zatrutej igły, ukrytej w parasolu.

Szyper posługuje się w tym wierszu metodą skrótu – pokazuje jedno życie ludzkie w Ameryce, ale tworzy je z milionów jemu podobnych, kształtuje je z dziesiątków, setek, tysięcy zasłyszanych opowieści. Chodzi mu o to, żeby stworzyć wzorzec człowieka przegranego, trafiającego do Ameryki z nadziejami i pragnieniami, a potem szybko popadającego w destrukcję, w konfrontacji z zaborczymi mechanizmami kapitalistycznej gospodarki, w nieustającym dialogu tylko z samym sobą. To jest niezwykle udany psychologiczny portret wyobcowanego człowieka, a zarazem poetycka przestroga, ukazująca inne oblicze Ameryki. To jakby inny rodzaj Leśmianowskiego dziwadła, które krążąc po świecie, tym razem trafia na kontynent za oceanem. Ostatni król Bułgarii nie potrafi przystosować się do rzeczywistości, w jakiej się znalazł, bo przecież niewiele różni się ona od świata, z którego uciekł. Głęboko dotknięty i zawiedziony, nie radzący sobie z własną psychiką, poddaje się fatalnej sile, która popycha go powoli, ale nieustannie ku śmierci. Teraz jest już jak bezwładny liść porwany przez nurt…

ŁOPIANY

Z łopianami ((Arctium lappa) zapoznajemy się przede wszystkim w dzieciństwie, gdy biegamy po zaroślach i kolczaste kulki przyczepiają się do ubrania. Jest to roślina charakterystyczna dla wszelkich nieużytków, pól i łąk i to na kilku kontynentach, równie ekspansywna w Himalajach, jak i w Europie, na Kaukazie i na wyspach Indonezji, a także w Ameryce Północnej, gdzie została zawleczona.  Jako surowiec zielarski wykorzystuje się przede wszystkim mięsisty korzeń, którego sok ma właściwości antygrzybiczne i antybakteryjne. Łopiany, inaczej nazywane łopuchami, głowaczami, kostropieniami, topieniami lub dziadami, to ozdoba przydrożnych rowów i brzegów zbiorników wodnych, może stać się też sporym kłopotem, bo rozrasta się ekspansywnie, tworząc prawdziwe chaszcze.

MINOLTA DIGITAL CAMERA

???????????????????????????????

??????????????????????

??????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

11

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

ŚWIAT STAROŻYTNY (XXII)

Pompeii_the_last_day_1

Rys. Buongiorno Napoli

Pompeje są symbolem najbardziej chyba przejmującej tragedii starożytności, pełnej przecież zabijania, okrucieństwa, dramatów osobistych, śmierci całych armii i narodów. To miasto w Kampanii zostało zniszczone 24 sierpnia 79 roku przez ogromną erupcję Wezuwiusza. Chmury popiołów i pyłów, które opadły na to miejsce, utrwaliły na wieki budowle, przedmioty i ludzkie ciała, stając się rodzajem wielkiego muzeum, ofiarowanego przyszłym wiekom przez cesarstwo rzymskie. Ten sam los spotkał inne miasta średniej wielkości – Herkulanum i Stabie, choć w Pompejach zachowało się najwięcej interesujących obiektów i artefaktów. Po odsłonięciu i częściowej rekonstrukcji, możemy współcześnie wyobrazić sobie jak wyglądała ta aglomeracja, z jej charakterystycznymi budowlami – pałacami, świątyniami, zbiornikami na wodę, sklepami i warsztatami rzemieślniczymi. Nisze po ciałach, wypełnione przez archeologów gipsem lub silikonem, pozwoliły też na rekonstrukcję ubiorów i rysów twarzy, a także innych cech anatomicznych dawnych mieszkańców. Ich pozy, przytulanie dzieci, splecenie dłoni, wskazują, że umierali w pełnej świadomości i ogromnych męczarniach. Przed tragedią miasto rozwijało się prężnie, w czym pomagał dobry port morski, a także polityka wspierania w walkach mocarnych sąsiadów i gromadzenia bogactw. Opis wybuchu znajdziemy w listach Pliniusza Młodszego do Tacyta – autor wskazał, że z wulkanu najpierw wydobywały się słupy ognia, a potem pojawiła się czarna chmura, która przesłoniła słońce i była zapowiedzią „deszczu” rozżarzonych kamieni i palącego pyłu. Wraz z mieszkańcami Pompejów zginął były prokurator Pliniusz Starszy, którego śmierć na okręcie, płynącym ku miastu, opisał jego adoptowany bratanek, zwany Pliniuszem Młodszym. Rozmiary tragedii były przerażające, bo na Pompeje spadły tony materii wulkanicznej, burząc budowle, wzniecając pożary i przysypując próbujących uciekać ludzi. Wielu zginęło też od wyziewów i trujących gazów, które pojawiły się po erupcji, byli też i tacy, którzy po jakimś czasie zmarli z powodu pylicy, poparzeń i wycieńczenia. Tylko osoby, które szybko zaczęły uciekać, weszły na statki i łodzie i oddaliły się od miasta, przeżyły, choć ich los był nie do pozazdroszczenia – straciwszy cały dobytek, dzieci, rodziny i przyjaciół, musieli życie zaczynać od nowa.

Pompeje  Rycina Friedricha Federera

Pompeje Rycina Friedricha Federera

Dopiero w drugiej połowie dziewiętnastego wieku zaczyna się zaplanowana praca archeologów i stopniowe odsłanianie ulic, domów, a także rekonstrukcja najbardziej reprezentatywnych budowli. W Museo Nazionale w Neapolu zgromadzono liczne pompejańskie rzeźby z marmuru, kamienia, tufu wulkanicznego, brązu i drewna, a także przedmioty codziennego użytku. Z kolei w rezydencjach bogatych pompejańczyków zachowały się wspaniałe freski i mozaiki, pozwalające na odtworzenie linii rozwojowych malarstwa rzymskiego. To było niezwykle żywe miasto, z termami do kąpieli ciepłych (wykorzystywano właściwości geotermiczne terenu) i zimnych, z krytą halą targową, jadłodajniami i świątyniami wielu kultów. Kto przybywał tutaj mógł się czuć oszołomiony przepychem i bogactwem pałaców, a także mądrym rozplanowaniem placów, kolumnad, bram, amfiteatrów i przestronnych traktów. Przy jednej z takich ulic zatrzymał się w 1830 roku Adam Mickiewicz, przybysz z dalekiej Litwy, największy polski poeta i romantyczny wizjoner. Alina Witkowska pisze o tym zdarzeniu: „Pompeje wywarły na Mickiewiczu wstrząsające wrażenie. W liście do Franciszka Malewskiego z 27 czerwca 1830 roku wyjawił, co i dlaczego w tym mieście szczególnie go poruszyło, czuł się nawet usposobiony do napisania książki o piękności fresków pompejańskich. Ale nie ujawnił nigdy o czym myślał, gdy wpatrywał się w koleiny wyżłobione w kamieniu uliczek Pompejów przez nieskończoną ilość wózków zapisujących tu ślad swojej chwilowej obecności. Może właśnie o czasie odnalezionym, który wbrew prawu przemijania zatrzymała i utrwaliła zamknięta przestrzeń geograficzna tego miasta, zgładzonego przez naturę jakby po to, by wykupione zostało spod władzy czasu?” Zdarzenie to, niezwykle barwnie odtwarzane przez badaczy biografii i twórczości poety, raz jeszcze poświadcza jego materialne fascynacje; gdzież lepiej mogłoby być jego wyobraźni – wszakże wszystko pośród ruin miało charakter symboliczny, wszystko odsyłało ku elementarnym żywiołom, które występowały tam w zagęszczeniu i wymieszaniu. Ogień (wybuch Wezuwiusza, gorąca lawa, płonące domy, popioły, wypalone gliniane naczynia, wypalone przez lawę miejsca zgromadzeń), powietrze (wspomnienie trujących wyziewów wulkanicznych, śmierć przez uduszenie, zaczadzenie), ziemia (popioły, miasto, drogi, koleiny) – brakowało może tylko żywiołu wody, ale był to brak pozorny, bo Mickiewicz zapewne wiedział, że Pompeje starożytne znajdowały się bliżej morza, niż odkopane spod pyłu wulkanicznego i zastygłej lawy ruiny dzisiejsze. Poza tym starczyło tylko wejść na szczyt Wezuwiusza, żeby przy dobrej pogodzie zobaczyć panoramę wspaniałego błękitu Morza Tyrreńskiego, którego „oddech”, wilgotne powietrze śródziemnomorskie, znakomicie wyczuwalny jest w obrębie Pompejów. W pochyleniu Mickiewicza nad koleinami wyżłobionymi w ziemi przez wozy, dawno zaginione w niepamięci wieków, odsłania się kompleks materialny poety – jego zauroczenie wszelkimi przejawami śmierci „utrwalonej przez historię”, nicości zastygłej od wieków. Znajdzie ów kompleks odbicie w dziełach pisanych w Dreźnie, podczas podróży do Francji i w całym systemie fascynacji tanatalnych. Pompeje są dla Mickiewicza jeszcze jednym rodzajem grobu – grobu, w którym leży ziarno poznania – ziemskiej retorty, w której żywioły tętnią i jakby pozostają w uśpieniu.

Wezuwiusz widziany z Pompejów

Wezuwiusz widziany z Pompejów

Każdego roku tysiące turystów przemierzają ulice odkopane z pyłu, wchodzą do zrekonstruowanych domostw i podziwiają rozmach starożytnych budowniczych. Przystają na koronie wielkiego amfiteatru, kontemplują bramy i kolumny, szukając odpowiedzi na dręczące pytanie o sens tego, co się stało przed blisko dwu tysiącami lat. Obecność tylu ludzi w starożytnych ruinach przynosi ogromny dochód, który można spożytkować na kolejne odsłony i rekonstrukcje, ale nie brakuje też aktów wandalizmu, dewastacji i kradzieży. Dopiero o zmierzchu, gdy odjeżdżają ostatnie autokary, Pompeje wracają w obręb przerażającej ciszy śmierci, ciągnącej się w dal, aż ku rozpaczliwym głosom ginących mieszkańców. Nic w kosmosie nie jest utrwalone na zawsze, wszystko ma strukturę czasową i przestrzenną, a nawet najstabilniejsze systemy ulegają destrukcji, czarne dziury pożerają gwiazdy i asteroidy, komety i planety. Także na naszym globie nie brakuje zagrożeń i niebezpieczeństw czyhających na kruchą ludzkość, mogących potencjalnie stać się nową dziejową tragedią. Wszystko wszakże wydaje się dalekie, nie dotyczące ludzi żyjących w konkretnych przedziałach czasowych – widać to wokół Wezuwiusza, gdzie Neapol i pobliskie miejscowości coraz dalej wspinają się na zbocza niebezpiecznej góry. Ma ona wysokość 1281 metrów n.p.m. i krater o średnicy ponad sześćset metrów, głęboki na 230 metrów – stożek utworzony został w pamiętnym 79 roku. Ostatni wybuch efuzywny miał miejsce 13 marca 1944 roku i też wyrządził sporo szkód, choć oczywiście nie mógł równać się z eksplozją z pierwszego stulecia epoki nowożytnej. Mickiewicz wspiął się na sam szczyt wulkanu i podziwiał jego przeogromną moc, rozmyślał o lawie i żarze, które potem znalazły się w jego utworach (Nasz naród jak lawa/ Z wierzchu zimna i twarda, sucha i plugawa? Lecz wewnętrznego ognia sto lat nie wyziębi…) Choć takie kojarzenie faktów i tekstów bywa literaturoznawczo niebezpieczne, wiemy z listów poety, że ogień i rozgrzana magma Wezuwiusza zrobiły na nim ogromne wrażenie. Strach pomyśleć co by się stało, gdyby dzisiaj wulkan wybuchł  z taką mocą jak w 79 roku – liczba ofiar byłaby ogromna, tym bardziej, że sam Neapol liczy blisko milion mieszkańców. Na razie życie toczy się dalej, a wokół wulkanu, w lasach i parkach żyje wiele zwierząt i ptaków, nie brakuje też śmiałków, którzy – jak Mickiewicz – idą ku kraterowi, by zajrzeć mu w paszczę. Taka sama ciekawość popychała Pliniusza Starszego, każąc mu płynąć w stronę wielkich chmur piroklastycznych, co skończyło się jego śmiercią, gdy wielkie bomby wulkaniczne, kamienie i rozżarzony pył spadły na kruchy rzymski okręt.

Erupcja Wezuwiusza z 1944 roku utrwalona na filmie.

http://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/transcoded/4/42/A_Vez%C3%BAv_kit%C3%B6r%C3%A9se_1944-ben.ogv/A_Vez%C3%BAv_kit%C3%B6r%C3%A9se_1944-ben.ogv.360p.webm

RADOŚĆ FOTOGRAFOWANIA (VII)

Moja ostatnia sesja dokumentuje przede wszystkim czas kwitnięcia i dojrzewania owoców. Jesień zbliża się już nieubłaganie, kolory i odcienie zmieniają się bezpowrotnie, stale tracą intensywność i matowieją. Wędruję z aparatem, przyglądam się uważnie naturze i rozgrywającym się w niej metamorfozom, powiększam też stale własne archiwum, które już wielokrotnie przydało się w mojej pracy pisarskiej, wydawniczej i edukacyjnej podglądanie przyrody jest formą szczęścia, które przydarza się w naszym życiu i odmienia je, daje chwilę oddechu i uczy pokory wobec wielości i różnorodności stworzenia.

???????????????????????????????

??????????????????????

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

???????????????????????????????

??????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

??????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

SHERKO BEKAS

602523_552102594856083_1288473577_n

Czwartego sierpnia 2013 roku zmarł w Szwecji na raka Sherko Bekas, wielki poeta kurdyjski, z którym w 2011 roku spotkałem się podczas festiwalu literatury i sztuki Galavej. Tylko opóźnienie samolotu spowodowało, że nie rozmawialiśmy dłużej w mieście As-Sulajmanijja, gdzie pojawił się podczas międzynarodowego spotkania kulturowego. Dotarłem tam z opóźnieniem jednodniowym i mogłem tylko słuchać opowieści arabskich przyjaciół o niezwykłym wystąpieniu  kultowego twórcy, bardzo cenionego w świecie arabskim i zapraszanego do wielu krajów różnych kontynentów. Urodził się 2 maja 1940 roku, w pasterskim mieście As-Sulajmanijja, jako syn słynnego poety Fayaka Bekasa i był świadkiem wielu dziejowych zawirowań i walki Kurdów o niepodległość własnego państwa. Jego aglomeracja rozwijała się dynamicznie i dzisiaj jest wielką metropolią, w której buduje się najnowocześniejsze budynki, a pieniądze z wydobycia ropy naftowej pozwalają na planowanie daleko idących inwestycji. W 1965 roku przyłączył się do ruchów wolnościowych i zaczął pracować w radiu Głos Kurdystanu, gdzie zasłynął jako bezkompromisowy komentator bieżących wydarzeń. W związku ze swoją działalnością musiał w 1986 roku uciekać z Iraku, przed reżimem Saddama Husajna, po czym osiadł w Szwecji, aż do roku 1992. Ze Skandynawii wrócił do Kurdystanu, gdy skończyła się Wojna w Zatoce i pojawiły się pierwsze oznaki suwerenności. Natychmiast zaangażował się w pracę polityczną (został Ministrem Kultury w lokalnym rządzie), społeczną i literacką. Swoją pierwszą książkę poetycką opublikował w wieku siedemnastu lat, a potem, po latach, odegrał znaczącą rolą w nowoczesnej literaturze kurdyjskiej, wprowadzając do niej wizyjny element Rûwange i świadomie rezygnując z tradycyjnych rymów. Był też twórcą krótkich „wierszy plakatowych”, powiązanych ze sztukami plastycznymi i będących rodzajem mistycznego misterium. Tłumaczony na wiele języków świata (w Polsce przez Hatifa Janabiego), uhonorowany został stypendium Kurta Tucholskiego, przyjęty do szwedzkiego Pen Clubu, a także otrzymał Nagrodę Wolności Florencji. Honorowy obywatel Mediolanu, czytał z charyzmą swoje wiersze w wielu krajach świata i opublikował książki poetyckie za granicą, za co każdego roku nominowano go do Nagrody Nobla. W eseju pt. Wykorzenienie i tożsamość Hatif Janabi pisał: Czas pozostaje dla Sherko przemijalnością ciągłą jak łańcuch, składający się z ogniw, które w każdej chwili mogą się urwać. Z punktu widzenia metafizycznego i filozoficznego, klasyczni muzułmanie tak rozumieli pojęcie zmienności temporalnej. Czas przestał płynąć podczas wydarzeń w Halabdży czy al-Anfal, ale miał swoją  kontynuację w biografiach  zamordowanych i zagazowanych, niewinnych Kurdów oraz żywych uciekinierów, maszerujący przez góry, doliny, uciekających przez po morza i mijających posterunki graniczne – szukających schronienia w dalekim świecie. To jest czas marny, tak samo pusty jak w „Elegii” Hölderlina. Przejmującym doświadczeniem w poezji Bekasa jest samotność (jego nazwisko po kurdyjsku znaczy Samotny Lew), przeżywana pośród rojnych miast świata i w górach Kurdystanu, podczas spotkań z innymi poetami (Adonis, Darwisz) i na ludowej agorze. Ten mężczyzna o ostrych, kurdyjskich rysach twarzy miał gołębie serce i potrafił wyrazić w wierszu ogrom wzruszeń istot nadwrażliwych, skrzywdzonych, poszukujących czystego piękna w świecie nieustających wojen i zbrodni. Pisał w wierszu pt. Oblężenie: W tych górach i wąwozach/ od dwóch lat/ jestem oblężony przez miłość,/i to jest jedyne oblężenie,/ którego moja dusza pragnie,/ aby się wzmocniło,/ aby zacisnęło pętlę dzień po dniu/ Jedyne oblężenie,/ które im bardziej zaciska,/ tym bardziej wyzwala,/ to jest jedyne oblężenie,/ od którego nie chce się uwolnić. Dzisiaj, gdy już go nie ma, widzę jak stoi pośród szczytów Kurdystanu i patrzy w dal, wolno wędruje ścieżkami bojowników, zatrzymuje się u wrót doliny i mówi: Oto tutaj tej nocy/ Góra jest poetą/ drzewo jest piórem/ Rzeka jest kreską/ Kamień jest kropką/ A ja:/ wykrzyknikiem. Teraz już Samotny Lew odszedł w nieistnienie, zniknął za ostatnią przełęczą i tylko smutna, kurdyjska pieśń snuje się między piaszczystymi zboczami. Spoczywaj w spokoju przyjacielu w słowie, wędruj za horyzont przeszłości, pozostawiłeś nam przesłanie, o którym nie zapomnimy…

GŁOS Z GŁĘBI DZIEJÓW

251-1

Piotr Cielesz

Piotr Cielesz zadebiutował w 1980 roku tomikiem pt. Widok ze sklepu z zabawkami. Potem opublikował zbiór pt. Ikony rodzinne (1984), a dalej tom pt. jeszcze maleńka europa (1987). Już wtedy ujawniła się ogromna dbałość autora o to, by wszystkie wiersze korespondowały ze sobą, a szczególnie owa dbałość widoczna była w trzecim zbiorze. Widzimy w nim jak poprzez przemyślną konstrukcję poszczególnych części tomu, próbuje autor pogodzić ze sobą dwa jakby niezależne cykle wierszy. Jego zbiór ma budowę, trójdzielną, a biorąc pod uwagę jeszcze wiersz otwierający i kończący, wyodrębnić można jakby pięć części. Powoduje to, że środkowy cykl, poświęcony Białorusi i jakby będący źródłem poezji Cielesza, został „opakowany” z dwóch stron wierszami z cyklu mitologicznego. Wszystko zatem zbiega się tutaj ku środkowi, ku istocie poezji, ku jej źródłom. Liryka ta jest głęboko zakorzeniona w tradycji europejskiej, zarówno wiersze z cyklu krasnal, jak i te poświęcone dawnym kresom Rzeczypospolitej, zawierają w sobie pewien, charakterystyczny dla naszego kontynentu, element uniwersalny. Mitologizacje odwołują się swoją poetyką do dawnych wierzeń ludów skandynawskich i bałtyckich, które to stworzyły w podaniach postaci skrzatów, kłobuków, chobołtów, demonów opiekuńczych. Ale krasnale znajdziemy także w opowieściach Czechów, Słowaków, Pomorzaków i Ślązaków, dostrzeżemy je w licznych utworach literackich, między innymi u Andersena, Braci Grimm, Konopnickiej, a także w filmach, na przykład w klasycznych dziełach Walta Disneya. Znalazł zatem Cielesz bardzo pojemną figurę stylistyczną, figurę która może być rozumiana w całej nieomal Europie. Jego krasnal opowiada historie z pogranicza mitu, jawy i niezwykłego, widmowego snu. Nawiązuje do mechanizmów kształtujących historię i do demonologii ludowej.  Przestrzega i obiecuje nadejście innego ładu, opartego jakby na zasadach czystej estetyki. Przybiera często postać mentora, ale równie często jawi się jako niegroźny, zabawny i płatający figle, skrzat. Czytając te wiersze trzeba umieć przestawić swój „aparat odbioru” na różne, zmienne zakresy. Trzeba umieć wyczuwać, kiedy poeta mówi  o niegroźnym niziołku, a kiedy opowieść snuje spadkobierca karłów z mitologii germańskiej. Istoty takie były na ogół przyjazne ludziom, ale niekiedy stawały się mściwe i złośliwe. Taki jest też ów krasnal, postać swobodnie poruszająca się po obszarach mitu, życia, snu i śmiertelnej pustki.

Drugi ważny cykl wierszy Cielesza ogniskuje się wokół spraw, które miały swoje źródło, swój początek w ziemi białoruskiej. Terytorium zamkniętym tej poezji jest krąg najbliższej rodziny narratora,a także niewielki obszar, na którym ta poetycka rodzina egzystuje. Naczelnymi figurami są tu: matka, dziadek Josif Antonowicz, wujkowie Misza i Stanisław, ciocia Raja, kuzyn Sergiusz, siedemnastu chrześniaków dziadka, babcia Stiepanida Szymonowa, cioteczny brat Włodzimierz. Świat poetycki Cielesza dzieli od rzeczywistości realnej – co wspaniale łączy poezję z życiem – prawdziwa „brama”, przejście graniczne w Grodnie. To tam, przekraczający ją narrator – zagadnięty przez celnika, przypominającego św. Piotra – zdaje relację ze stanu swojej wrażliwości, który to stan jest warunkiem wkroczenia do zaczarowanej krainy. Wszystkie postaci tej poezji, wszystkie jej podpory widzą w poecie ostatniego członka rodu, skazanego na zagładę, wybawcę i protoplastę, tego który dzięki unieśmiertelniającej sile wiersza, spowoduje, że świat widziany oczyma białoruskiej ikony, świat na który padają cienie krzyży prawosławia, nie ulegnie zagładzie, nigdy nie zginie. Poeta ma właściwości ocalające, które udzieliły mu się podczas nocnej rozmowy wujków z ojcem, podczas odwiedzin we śnie brata ciotecznego Włodzimierza, wreszcie podczas misterium pogrzebu dziadka. Ale poeta – gość w tym świecie – nie potrafi i nie może całkowicie zjednoczyć się z nim. Wspomnienia burzliwych zdarzeń jakie miały miejsce w XIX i XX wieku w jego ojczyźnie autentycznej, nie tej wyimaginowanej, nie pozwalają mu poddać się rytuałowi krainy gdzie można zdrzemnąć się na chwilę nad ciemnym Niemnem. Wiersze Cielesza, wchodzące w skład omawianego cyklu, unaoczniają – niczym patyna okrywająca okrywę starej ikony – jak nieubłagany jest upływ czasu. Przestrzegają, iż należy się bronić przed brutalnym charakterem rzeczywistości, a bronić się można jedynie z zamknięciu, w enklawie rodziny, rozumianej jako ogromny – wykraczający poza swe ramy – klan ludzi niosących w sobie ten sam ból.

Piotr Cielesz  ma zdumiewające wyczucie nośności poetyckiego słowa. Dało ono o sobie znać szczególnie w zbiorze pt. Ikony rodzinne (1984) , ale także w kolejnych tomach było dostrzegalne, żeby nie powiedzieć wręcz przejmujące. W nowym zbiorze wierszy odnajdziemy jakby trzy tropy liryki Cielesza – odpominanie białoruskich i kresowych korzeni, zapatrzenie w kulturę niemiecką i rosyjską, a także lament nad utraconym intymnym ciepłem. Najczęściej wiersz ma formę monologu wewnętrznego, albo dialogu z wybranym przedstawicielem świata sztuki, literatury, rodzinnego klanu białoruskiego – poeta studiuje dzieje rodziny i swoje losy, a potem odsłania ich ukrytą strukturę i tajemny kod dochodzenia do szaleństwa, do śmierci i nicości. Dziwiąc się i nie rozumiejąc skąd wzięła się jego wrażliwość, próbuje odnaleźć jej korzenie, chce dotrzeć do prapoczątku. Przez cały czas też mitologizuje i tworzy rodzaj mitopoezy, w której odnajdziemy charakterystyczne elementy jego świata. A więc kulturowych praprzodków o możliwościach Demiurga, łotrzyków kulturowych, Boga–Stwórcę, poczynającego świat w akcie kosmogonicznym i Boga-Niszczyciela, którego twarz połyskuje na powierzchni samogonu i w martwych białkach oczu zmarłych. Dopiero w tak przygotowanej przestrzeni lirycznej możliwe są zdarzenia z pogranicza bajki i kultury masowej, ze świata teatru, filmu i przyjacielskich wędrówek. Dopiero wtedy może bohater przemykać pomiędzy wiekami i zdarzeniami, może stanąć do konfrontacji z komunizmem i stalinizmem, może kontemplować zbrodnie w obozie śmierci. Cielesz potrafi w wierszu zajmująco opowiadać, snuć liryczną narrację, zapewne wiele nauczył się w tym względzie od Jesienina, Błoka, Majakowskiego, a może od Herberta, zapewne ważny jest dla niego też Kawafis. Zawsze wszakże są to integralne całości, wspaniale lokujące się w świecie stworzonym przez poetę, gdzieś na początku lat osiemdziesiątych, kiedy to mieszkał w Bydgoszczy, studiował polonistykę, wiele czytał i z wieloma poetykami skonfrontował swoją wrażliwość. Z tych spotkań i rozstań zrodziło się liryczne rozedrganie autora i jego nieustająca pogoń za przeszłością, pogoń za odchodzącym „ja”, za ginącym w odmęcie zdarzeń „dzisiaj”. Poeta nie godzi się z upływem czasu, raczej przeciwstawia mu się hardo i próbuje w wierszu unieśmiertelnić boskie chwile. Czasem mu się to udaje, ale czasem dokumentuje swoje porażki – chciałby zaznać świętego czasu, chciałby znaleźć się w panteonie przodków i bohaterów kulturowych, ale stale na jego drodze coś stoi, stale pojawiają się jakieś ułudy. Widać to też znakomicie w poprzednich książkach, ot choćby w tomie pt. Z księgi wschodniej (1992), albo w wystudiowanym poemacie miłosnym pt. Kochanie (1996) czy w świetnym tomie pt. Trzy źródła (1997). Zawsze jednak Cielesz jest prawdziwy, pełen rozhukanych żądz, pełen treści, które pojawiać się mogą tylko w umyśle twórczym, stale przekraczającym ograniczenia, w umyśle będącym transgresją samego siebie. Przekraczanie granic jest u tego poety nakazem chwili i nieustającą liturgią, wciąż ponawianym rytuałem. Widać, że twórca najlepiej czuje się  poza granicą samego siebie, poza granicą świata w którym żyje, poza granicami kraju, poza wszelkimi zamkniętymi bezpowrotnie przestrzeniami. Szuka dla swojej liryki otwartych obszarów porównawczych i znajduje je pośród stepów i dolin groźnie przemykającego Niemna, pośród krain geograficznych Niemiec i Rosji, pośród świata czystej sztuki, gdzieś, gdzie nie sięga pamięć i myśl, gdzieś daleko, daleko… Poezja Cielesza jest smutna i zarazem dowcipna, pełna łez bólu i łez szczęścia, niosąca wyraźne przesłanie człowieka, który dorasta do pieśni i do sagi. Jakże rozległy krąg zakreśliła ta liryka, od czasów pierwszych, publikowanych w „Radarze”, liryków surrealistycznych i lingwistycznych, do czystej zadumy i melancholii, do myśli o człowieku cierpiącym, człowieku stale szukającym odpowiedzi na podstawowe pytania egzystencji. Rozwój, jaki się dokonał w poezji i wrażliwości Cielesza jest ogromny i niesie otuchę, dowodzi jak wiele może zrobić jednostka wrażliwa, stale budząca się dla świata i pośród niego. Czytając te liryki bez trudu odnajdziemy poetę pośród szerszego grona wyrazicieli ducha czasu drugiej połowy dwudziestego wieku. Tacy jak on stale czuwają i stale gotowi są zerwać się na równe nogi. Piotr Cielesz jest twórcą wyrazistym i nadwrażliwym, idącym konsekwentnie ścieżką wytyczoną u początków poetyckiej świadomości. Jest głosem z głębi dziejów i tych dziejów stale wzbogacaną kroniką.

SZYFR NATURY

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Natura jest jak rozbuchany żywioł, nieustannie eksploduje i powtarza swoje sekwencje w kosmicznych i  atmosferycznych cyklach. Jej dynamika nakazuje wprowadzać zmiany w obrębie stworzonych systemów, modyfikować rozwiązania, ulepszać struktury, które – zdawać by się mogło – przybrały kształt idealny. Ta wynalazczość przyrody rozgrywa się na przestrzeni milionów lat, a więc w obrębie ludzkiego życia jest prawie niedostrzegalna i świadomie marginalizowana. Dopiero studia paleontologiczne (paleozoologia i paleobotanika) ukazują linie rozwojowe, punkty dojścia i nagłe zakręty, dopiero spojrzenie w daleką przeszłość daje wyobrażenie o miliardach malutkich odmian, które doprowadziły do istotnych modyfikacji. Stale podziwiam symetryczność i piękno rozwiązań naturalnych, przystaję w lesie, na łące, zanurzam się w toniach jezior albo kontempluję rozgwiazdę, zawieszoną na ścianie mojego pokoju. Znalazłem ją na brzegu Zatoki Meksykańskiej, zasuszyłem i zabrałem do Europy. Widać na niej jak mądrze umieszczone zostały poszczególne plamki i linie, jak zmyślnie natura rozmieściła ważne dla tej egzystencji narządy. W codziennym życiu nie dostrzegamy tych innowacji, odbieramy jako coś oczywistego jaskrawe wskazania, a przecież wystarczy rozkroić owoc arbuza, przepołowić papaję czy jabłko, ściąć wierzchołek owocu kiwi lub cytryny by znaleźć się w świecie kształtów i rozwiązań doskonałych. Podobnie jest z ludzkim ciałem i organizmami zwierząt, gdzie włosowatość i mikrocząstki odgrywają wielką rolę i wpływają na pracę wielkich systemów. Podczas moich rozmów z lekarzami, operującymi mózgi, niejednokrotnie pojawił się temat najdoskonalszego z narządów, stworzonych przez przyrodę. Ten hiperpojemny „komputer”, po odjęciu górnej części czaszki, wygląda jak krwawa, pulsująca galaretka, a przecież zaistniały w nim tak fascynujące dokonania, jak równania Einsteina, jak portretowanie Giocondy przez Leonarda da Vinci, zdejmowanie warstw marmuru kararyjskiego i powolne wydobywanie na światło dzienne Piety przez Michała Anioła. Nasze mózgi potrafią świat odzwierciedlać, są w stanie obrazować marzenia i sny, myślą konstruktywnie i abstrakcyjnie,  porównują i syntetyzują, podążają w ułamku sekundy ku najdalszym galaktykom i wracają do zdarzeń dzieciństwa, wieku młodzieńczego i późnej starości, potrafią sterować wielkim samolotem i bolidem wyścigowym formuły jeden, pracą naszych narządów i krwiobiegiem. Natura powoli przekształcała malutkie mózgi istot poślednich, powiększała je i w końcu dotarła do „komputera pokładowego” jaguara, geparda, małpy człekokształtnej i istoty najinteligentniejszej. Patrząc codziennie na rozgwiazdę, zawieszoną nad moim biurkiem, nie mogę wyjść z podziwu jak doskonała i pełna w swoim wyrazie jest ta struktura, gdzie ciąg kropek, układających się w linie, jest rodzajem szyfru natury. Mówi o czymś szerszym niż tylko to jedno istnienie, przypisane głębinom i skazane na śmierć na lądzie. Człowiek – jako najdoskonalszy z organizmów – nosi w sobie historię modyfikacji naturalnych i wciąż się rozwija, stale pojawiają się w jego organizmie nowe rozwiązania. Trudno powiedzieć jak będą wyglądali ludzie za miliony lat – jeśli przetrwają w kosmosie i opuszczą swoją planetę – ale pewnym jest, że natura nie przestanie przekształcać i zmieniać organizmów, nie spowolni zmian geologicznych i nie zatrzyma się w pędzie. Tylko wielki kataklizm mógłby to spowodować, ale nawet wtedy najmniejsze cząstki życia znowu zaczęłyby podążać ku nowym rozwiązaniom i wyższym celom.

Newer entries »

%d blogerów lubi to: