STO WIERSZY POLSKICH (XX)

?

Adam Szyper

Adam Szyper

OSTATNI KRÓL BUŁGARII

Poznałem go kiedyś w Nowym Jorku
Właśnie uciekł z Sofii
Był tokarzem ale marzył o wolności
I o życiu jak w kinie

Miał już czterdzieści lat
Garnitur z kantami tylko na weekendy
I jeszcze kanarki
Śpiewały mu w głowie

Mówił że pójdzie w Amerykę
w Niedźwiedzie Góry czy w Góry Skaliste
Lecz poszedł tylko do roboty
W Brooklynie

Minęły lata i nie ożenił się
I nie dorobił

Fabryka mu śmierdziała i huczała:
„Szybko ty sukinsynie”
Oklapł i przestały go nawet
Interesować męsko-damskie sprawy
I w końcu zamienił
Kobiety na konie

Gdy spotkałem go ostatnim razem
Mówił że ktoś za rogiem
Na niego czeka
Z zatrutym szpicem parasolki
Że szuka pracy i
Że jest ostatnim królem Bułgarii.

Nowy Jork 1986

Adam Szyper jest niezwykle barwną postacią nowojorskiego życia literackiego. Urodzony w Łodzi, przeszedł wraz z matką przez piekło getta i obozu koncentracyjnego w Auschwitz. Potem, po emigracji do Izraela, był jak wielu Żydów w jego wieku żołnierzem, pracował w kibucu, aż wreszcie – poznawszy urodziwą Mirę – wziął z nią ślub i wyemigrował do USA. Tutaj, mieszkając w Elizabeth, dojeżdżał do pracy w nowojorskich hotelach, a także pisał wiersze tylko dla siebie i dla grona najbliższych mu osób. Tam właśnie spotkał swojego przyjaciela i wydawcę Stanleya H. Barkana, z którym opublikował w jego oficynie Cross-Cultural Communicatrions dwujęzyczne wybory wierszy tak wybitnych amerykańskich poetów jak Stanley Kunitz i Gerald Stern, a także autorów polskich, między innymi Józefa Barana i piszącego te słowa. Szyper jest laureatem New Jersey State Council on the Arts, zdobył też w Poznaniu Nagrodę za najlepszą książkę poetycką 2001 roku, a w roku następnym Nagrodę im. Ryszarda Milczewskiego-Bruna w dziedzinie przekładu. Swoją twórczość prezentował w kilku krajach, brał udział w wielu spotkaniach poetów z Europy i Ameryki, dwukrotnie wystąpił w ONZ-ecie, w tym raz jako współorganizator spotkania poetów polskich i amerykańskich, a także w Fundacji Kościuszkowskiej i w New York Public Library.

Jego poezja wyraża wielką ludzką tęsknotę za bliskością i pełnią. Jest próbą tworzenia panoramicznego obrazu ludzkości w dwudziestym wieku i na początku stulecia następnego. Centrum Nowego Jorku i środek hotelu były wspaniałym miejscem do prowadzenia obserwacji lirycznych. Poeta stykał się tam z wieloma ludźmi z różnych kontynentów, z bogaczami i biedakami, z intelektualistami i dziwakami, którzy dawno stracili wiarę w siebie i kontakt ze światem. Takim wyrzuconym poza margines życia był człowiek, który utrzymywał, że był ostatnim królem Bułgarii. Trafił do Ameryki jak wielu jemu podobnych uciekinierów z komunistycznej Europy, został tokarzem i chciał zrealizować swój amerykański sen. Jego wyobrażenia o Ameryce, kształtowane przez filmy realizowane w technice barw nasyconych technicolor, zderzyły się z twardą rzeczywistością świata nie znającego litości, nieustannie żądającego potwierdzania sprawności, przydatności w procesie ciągłej produkcji. W wierszu Szypera, życie tego człowieka staje się rodzajem paradygmatu, tysięcy i milionów takich losów, tysięcy i milionów takich historyjek, tworzonych dla autokreacji legendy przez emigrantów. Tak jak tworzyli je Humprey Bogart i Marylin Monroe, tak tworzyli je na początku swojej drogi ci, którzy zrobili karierę i ci, którym się nie udało. To streszczenie życiorysu ostatniego króla Bułgarii jest niezwykle oszczędne, powiedzieć można syntetyczne – trafił po wojnie do Ameryki w wieku czterdziestu lat, dość późno jak na robienie kariery, ale przecież miał swoje pragnienie. Kupił garnitur, w który ubierał się w weekendy i czuł, że płynie jeszcze w nim żywa, młodzieńcza krew. Marzył o wyprawie przez wielkie góry, chciał doświadczyć może tego, o czym czytał w powieściach Karola Maya, co przeżywał kiedyś w kinie.

Niestety sen o Ameryce, jak dla wielu jemu podobnych, nie okazał się kolorowym przezroczem. Zamiast zwiedzać kraj i rozkoszować się jego bogactwem, musiał zatrudnić się jako robotnik w brooklińskiej fabryce, którą szybko znienawidził. Czas biegł tutaj z oszałamiającą prędkością, ale dla niego jakby zatrzymał się w miejscu. Dzień podobny do dnia, krótka noc i znowu taki sam, monotonny dzień, odmierzany ilością wytoczonych elementów, przykręconych śrub, zmontowanych mechanizmów. Nieustające popędzanie samego siebie, lęk przed utratą pracy, przymus wykonania normy dziennej, bo jeśli on tego nie zrobi, znajdą się inni, młodsi, sprawniejsi, bez szemrania pracujący od świtu do zmierzchu. Jego świat zawęził się do kilku ulic, którymi podążał do fabryki i którymi wracał do domu, przestrzeń zakładu też nigdy nie stała się mu bliska, od samego początku odpychała go swoim smrodem, brudem, bylejakością. W jego amerykańskim marzeniu wszystko lśniło, wszystko miało wyraziste barwy, było nowe i sterylnie czyste – tutaj, na miejscu, okazało się, że Ameryka składa się z wielu rupieciarni, brudnych placów, zawalonych złomem i śmieciami postindustrialnych przestrzeni. Tak jak rabowano ziemię, tak rabowano jego życie i pozbawiano go złudzeń. Nie znalazł bliskiej sercu towarzyszki, nie zarobił wielkich pieniędzy, ledwie wiązał koniec z końcem. Takie życie w końcu prowadzi do marazmu, a potem do dewiacji, nie wiedzieć gdzie i kiedy ulatuje z człowieka energia, traci się motywację. Hormony przestają pobudzać pragnienia, kończy się zainteresowanie „sprawami męsko-damskimi” i muszą pojawić się fascynacje zastępcze. Dla jednych jest to golf, dla innych baseball, boks albo polityczne wiece, dla niego natomiast była to gra podczas wyścigów konnych i rozważanie szans kolejnych pewniaków. Fabryka przez sześć dni w tygodniu, a w niedzielę wyprawa na hipodrom i dyskusje w gronie jemu podobnych zapaleńców, znawców, dziwaków. Trudno się dziwić, że w pewnym momencie wkrada się do takiej świadomości myśl o jakimś wielkim zagrożeniu, schizofreniczne przekonanie, że jest się kimś wielkim, kimś na kogo czyhają jakieś drapieżne moce. Od czasu, gdy poeta spotkał go w Nowym Jorku i słuchał jego pierwszej opowieści o monarszych korzeniach, stracił pracę, postarzał się, zdziwaczał, różne fakty z historii Bułgarii zaadoptował dowolnie, na własny użytek. Chyba sam uwierzył w to, że jest ostatnim królem tego kraju, a agenci komunistycznego wywiadu chcą go zamordować przy pomocy zatrutej igły, ukrytej w parasolu.

Szyper posługuje się w tym wierszu metodą skrótu – pokazuje jedno życie ludzkie w Ameryce, ale tworzy je z milionów jemu podobnych, kształtuje je z dziesiątków, setek, tysięcy zasłyszanych opowieści. Chodzi mu o to, żeby stworzyć wzorzec człowieka przegranego, trafiającego do Ameryki z nadziejami i pragnieniami, a potem szybko popadającego w destrukcję, w konfrontacji z zaborczymi mechanizmami kapitalistycznej gospodarki, w nieustającym dialogu tylko z samym sobą. To jest niezwykle udany psychologiczny portret wyobcowanego człowieka, a zarazem poetycka przestroga, ukazująca inne oblicze Ameryki. To jakby inny rodzaj Leśmianowskiego dziwadła, które krążąc po świecie, tym razem trafia na kontynent za oceanem. Ostatni król Bułgarii nie potrafi przystosować się do rzeczywistości, w jakiej się znalazł, bo przecież niewiele różni się ona od świata, z którego uciekł. Głęboko dotknięty i zawiedziony, nie radzący sobie z własną psychiką, poddaje się fatalnej sile, która popycha go powoli, ale nieustannie ku śmierci. Teraz jest już jak bezwładny liść porwany przez nurt…

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: