JESIONY

W lipcu zawsze przyglądam się uważnie jesionom (Fraxinus L.), na których wyraźnie wykształciły się już piękne skrzydlaki. Duże ich skupiska efektownie lśnią pomiędzy liśćmi, jakby do siebie przytulone, jakby szukające w bliskości ochrony przed nadchodzącymi jesiennymi chłodami. Także kora tych drzew, z racji licznych porostów i ich barw, budzi ciekawość i każe szukać w niej odniesień do malarstwa abstrakcyjnego. Drzewa te są interesujące w każdej dobie, ale dosłownie eksplodują barwami w trzeciej porze roku, stając się żółte, złociste i wreszcie lekko pomarańczowe lub czerwonawe.

1

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

3a

???????????????????????????????

5

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

DSC01624

LUDZKOŚĆ W OBRAZACH (XIV)

SanVitale09

Sztuka bizantyńska zapisała piękne karty w dziejach ludzkości, zostawiając jej w dziedzictwie wiele dzieł, które zdumiewają swym pięknem i mają nieprzemijającą wartość. Doniosła rolę odegrały w niej mozaiki, umieszczane w kościołach i w budynkach reprezentacyjnych, specjalnie przygotowywane i mające swój indywidualny wyraz. Technika ta zakładała umieszczanie kolorowych elementów – kamyczków, szkiełek, kawałków ceramiki – na świeżej zaprawie wapiennej, cementowej lub żywicznej. Zdobiono tak przede wszystkim posadzki i kopuły, ale także ściany i absydy, kolumny i ołtarze. Mozaiki mają rodowód starożytny i najwięcej ich pojawiało się tam, gdzie rozwijały się wielkie warsztaty rzeźbiarskie. Przy tworzeniu figur i pomników powstawało wiele cennych odpadów marmuru, onyksu czy jaspisu, a nawet kamieni szlachetnych, które po specjalnym przystosowaniu wykorzystać można było do tworzenia tych „wyobrażeń cząstkowych”. Tak zaczęto produkować regularne płytki i kostki, nazywane po łacinie teessera (kostka), normalizując przedstawienia i uzyskując niezwykłe efekty, zwłaszcza przy użyciu malutkich elementów (opus vermiculatum – dzieło robaczkowe). Niezwykłe przykłady takiej sztuki znajdziemy w bazylice św. Witalisa w Rawennie, poświęconej rzymskiemu wyzwoleńcowi, zamęczonemu ok. 300 roku w Bolonii, przez żołnierzy krwawego cesarza Dioklecjana. Przyszły święty był drastycznie torturowany, a potem zamęczono go na oczach jego pana – Agrykoli, także zabitego w ten sam sposób i też uznanego za świętego. Kościół ten, najprawdopodobniej ze środków samego Justyniana Wielkiego – zbudowano w latach 527–548 naszej ery, stosując techniki dobrze znane w Bizancjum, ze szczególnym uwzględnieniem rozbudowanych mozaik i zdobień malarskich. Świątynia wzniesiona została na planie ośmioboku, z głębokimi niszami, ośmiobocznym obejściem, prezbiterium i dwiema dodatkowymi kaplicami. Dało to efekt niezwykłej kameralności, stworzenia pomieszczeń sakralnych w wielorako zamykającej się przestrzeni, dodatkowo dookreślonej przepysznymi mozaikami. Najsłynniejsze z nich, ukończone w 548 roku, ukazują samego Justyniania z biskupem Maksymianem i gwardią przyboczną oraz cesarzową Teodorę wraz ze służbą. Uwagę zwraca też, umieszczone na kopule nad chórem, przedstawienie Jezusa w glorii aniołów, dającego koronę męczeńską św. Witalisowi. Jakież wspaniałe efekty świetlne uzyskali tutaj artyści, wykonujący to dzieło, znakomicie kontrastując szaty osób i złote światło tła. Zadbano o najmniejsze szczegóły, odwzorowując nawet różne ustawienie gałek ocznych, głębokie cienie szat i paski sandałów, na stopach Chrystusa i innych świętych postaci.

969506_536011013114095_651174854_n

W kościele tym nie mogło zabraknąć przedstawienia fundatora – jednego z największych cesarzy bizantyńskich  nowej ery, Justyniana I Wielkiego. Monumentalny wymiar jego prac, wznoszenie kościołów, budowa łaźni, dróg i akweduktów, jest bezdyskusyjny, ale kontrowersje budzą rządy silnej ręki i takie krwawe łaźnie, jak po wybuchu powstania w 532 roku, kiedy to zginęło trzydzieści tysięcy ludzi. Justynian pragnął odbudować dawne Cesarstwo rzymskie, co tylko częściowo mu się udało, ale jednocześnie przyczynił się do ugruntowania się chrześcijaństwa. Likwidował świątynie pogańskie, zakazywał  kultów bałwochwalczych i karał śmiercią tych, którzy nie ochrzcili się i nie zadeklarowali wiary w Jezusa Chrystusa. Finansował budowę wielu kościołów, w tym słynnej Hagii Sophii, w Konstantynopolu, ustanawiał nowe prawo, modernizował państwo, ale współcześni nie mogli mu darować zamknięcia Akademii Platońskiej, konfliktów z myślicielami i teologami (potępienie synodalne Teodoreta z Cyru), a także wybuchowego charakteru, nie znającego litości dla wrogów. Na przedstawieniu mozaikowym z Rawenny widzimy go jako mężczyznę w kwiecie wieku, dobrze zbudowanego, z bujną czupryną, wystającą spod korony i mocarnymi rękoma, znamionującymi siłę i sprawność fizyczną. Ubrany jest w szaty o kolorze purpury, złota i bieli, przytrzymywane misterną fibulą ze złotymi łańcuszkami, z połyskującymi w słońcu szlachetnymi kamieniami. Widać, że jest to mężczyzna stanowczy, pełen siły i majestatu – ma krzaczaste, czarne brwi, duże ciemne oczy, ostry nos, kształtny podbródek, a na górnej wardze widoczny jest niewielki wąs. Jego wielkość podkreśla i symbolizuje ogromna, kunsztownie wykonana korona, prawie w całości składająca się ze złota, pereł i najcenniejszych kamieni. Charakterystyczne są tutaj przymocowane do niej wisiorki, które w pierwszej chwili przypominać mogą kolczyki, ale przecież należą do nakrycia głowy władcy. Matowe złoto tła tworzy kontrast z jasną twarzą Justyniana, a całość dopełnia nimb świętego, w którym pojawiają się jaśniejsze poblaski. To jest twarz człowieka, który coś wielkiego osiągnął, a zarazem mężczyzny nie znoszącego sprzeciwu, który po wzniesieniu świątyni Hagia Sophia, mógł zawołać: Salomonie, przewyższyłem cię… Władca trzyma w rękach symboliczny kosz z rybami, służący w Bizancjum także do przenoszenia chleba, co ma podkreślać jego wagę dla chrześcijaństwa i dla sfer sakralnych. Jeśli dobrze się przyjrzymy jego twarzy, znajdziemy w niej elementy charakterystyczne dla mozaikowych przedstawień Chrystusa, z prezentacją twarzy en face i proporcjonalnie ustawionymi oczyma, choć może owa krągłość twarzy jest inna, charakterystyczna dla tego właśnie człowieka.

Meister_von_San_Vitale_in_Ravenna_008

O ile technika mozaikowa podkreśla majestat Justyniana Wielkiego, wzmacnia cechy zewnętrzne i nawet wskazuje na jego charakter, to w przypadku przedstawienia jego żony, cesarzowej Teodory, rodzą się pewne wątpliwości. Historycy podają, że dożyła ona tylko czterdziestu ośmiu lat, ale wyraziście zapisała się w annałach jako kobieta okrutna i lubieżna, potrafiąca znakomicie grać mężczyznami i snuć wielowątkowe intrygi polityczne. Była najpierw aktorką, słynącą z wielu romansów, a potem utrzymanką bogatych obywateli Bizancjum, którym powiła córkę i syna. Po poślubieniu Justyniana I zaczęła go wspierać, prowadząc też własną, rozbudowaną politykę intryg i oszczerstw. Gdy jej małżonek chciał uciec z Konstantynopola, podczas powstania przeciwko niemu, nakłoniła go do pozostania, bezlitosnego wymordowania oponentów i wypowiedziała słynną frazę: purpura cesarska jest najwspanialszym całunem. Zmarła prawdopodobnie na raka i została pochowana w stolicy cesarstwa, ale jej grób został później splądrowany przez zastępy krzyżowców. Przedstawienie z Rawenny jest pełne przepychu i oddaje nawet takie subtelności jak poblaski na brązowej, aksamitnej szacie cesarzowej. Stojąc w otoczeniu dam dworu i młodzieńców, Teodora wyróżnia się bogactwem perłowej biżuterii i kunsztem jej wykonania. Obok klejnotów morza widzimy, w grubych, złotych oprawach wyraziste diamenty, szmaragdy, szafiry i korale – pyszne fibule i wielka brosza, kolia, kolczyki i bransolety, wszystko razem wskazuje na ogromne bogactwo tej kobiety. W tym względzie mozaika spełnia swoje zadanie i wprowadza do przedstawienia element zjawiskowości niezwykłej, tajemniczego rozedrgania, charakterystycznego dla sztuki bizantyńskiej. Gorzej jest z urodą Teodory, która albo była tak subtelna, że trudno ją było w tej technice odwzorować, albo jej legendarne piękno było grubo przesadzone. Widzimy przecież tutaj kobietę przeciętną, z pociągłą twarzą i wyrazistym, może nieco za dużym, nosem – także usta nie zachęcają do pocałunków, a oczy są zbyt ogromne, by można było powiedzieć, że fascynują. Artystom udało się jednak, i może takie było ich założenie, oddać skomplikowanie charakteru tej osoby. Wpatruje się ona w jeden punkt, gdzieś obok widza, stającego przed mozaiką, ale jednocześnie dostrzegamy, że usilnie o czymś myśli, coś rozważa, ku czemuś podąża w myśli. Łatwo możemy sobie wyobrazić jak była bezwzględna i jak instrumentalnie traktowała osoby ze swego otoczenia, wykorzystując je do intryg, sięgających aż na dwór papieski. Musiała być wyniosła i kostyczna, bo mozaika wskazuje, że była wyższa nawet od stojących przy niej mężczyzn i zarazem wszystkich kobiet – niewątpliwie musiała też budzić respekt, gdy pojawiała się w towarzystwie Justyniana Wielkiego. W jej rysach jest coś z urody Greczynek i Arabek, ale też jest odcień piękna kobiet rzymskich, jest też niestety coś z brzydoty, wyrazistego zmęczenia trudami życia, coś z cynizmu władczyni, nie cofającej przed niczym i dążącej do celu wszelkimi możliwymi środkami.

Meister_von_San_Vitale_in_Ravenna_005

Z kolei mozaika, przedstawiająca świętego biskupa Maksymiana, jest ciekawsza pod względem mimetycznym i każe domyślać się, że jej twórcy byli prawdziwymi mistrzami w komponowaniu takich dzieł. Człowiek ten pochodził z Chorwacji i dorastał na wyspie Istria, skąd ruszył najpierw do Aleksandrii, a potem do Konstantynopola. Szybko zyskał przychylność Justyniana i Teodory, która wyjednała mu u papieża Wigiliusza paliusz arcybiskupi Rawenny. To on ukończył budowę najpiękniejszej bazyliki w tym mieście, a także był fundatorem i budowniczym innych świątyń. Ukazano go w bezpośredniej bliskości cesarza, a jego wagę dla wczesnego Kościoła podkreśla złota szata liturgiczna, swobodnie zwisający paliusz z białej wełny i złoty krzyż, wysadzany szafirami, który trzyma w prawej ręce. To mężczyzna w dojrzałym wieku, łysy, z kępkami włosów tylko na skroniach i zapewne z tyłu głowy. Dawni twórcy tej mozaiki wprowadzili na jego twarzy nieco płytek czerwonych, co miało zapewne podkreślać żywość, ale z drugiej strony mogło być wynikiem realizmu, uwzględniającego cechy charakterystyczne wyglądu kapłana. Z oblicza tego arcybiskupa bije powaga i majestat, choć jego twarz można by też przyporządkować jakiemuś rybakowi z Palestyny, sprzedawcy owoców z Rzymu czy poborcy podatkowemu z jakiejś dalekiej prowincji rzymskiej. Uwagę przykuwa jego potężna prawa dłoń, która zdaje się być nieproporcjonalna do całości sylwetki, ale przecież potencjalna, możliwa, zdarzająca się w świecie ludzkim. Widzimy, że jest to osoba tyleż święta, co twardo stąpająca po ziemi, tyleż bytująca w sferach sakralnych, co służąca wsparciem ziemskiemu cesarzowi, pragnącemu odbudować wielkość dawnego rzymskiego imperium. Czarne, wielkie oczy dobrze komponują się z takąż samą brodą i wąsami, a krzaczaste brwi wyróżniają tego mężczyznę spośród pozostałych postaci. Jest w nim coś z mistycyzmu pierwszych chrześcijan – zarazem prostoty i wykwintu, wielkości i ludzkiej ułomności. To postać jakich wiele zaludniało karty dziejów, ale też ktoś, kogo moglibyśmy spotkać i dzisiaj w tłumie na placu św. Marka w Wenecji, na Champs-Élysées, czy na nowojorskim Time Square. Zanim umarł w wieku pięćdziesięciu ośmiu lat pozostawił po sobie wielki dorobek, szczególnie materialny, nie zapomniał też zadbać o to, by na raweńskiej mozaice utrwalono, dla współczesnych mu i przyszłych pokoleń, jego jakże prawdopodobny wizerunek.

ALEJA KLONÓW (12)

Różne rodzaje cukru

Różne rodzaje cukru

To dziwne jak wiele pamiętam z moich pierwszych lat życia, ile zdarzeń i chwil wryło się w moją pamięć i pozostało w niej na zawsze. Czy to był pająk w rogu pokoju, czy rozgrzane do czerwoności kręgi na piecu kuchennym, albo ciepło i gładkość kafli pieca pokojowego, wszystko niosę w sobie i czas to utrwalić. Jeśli chodzi o zmysły, to trzy smaki zapamiętałem z moich pierwszych lat, jakże wyraziste i pełne, eksplodujące w moich ustach i wprawiające mnie w zdumienie. Najpierw słodycz, która zachwyciła mnie, gdy mama przyniosła ze sklepu brązowy, gęsty syrop i powiedziała, że to jest melasa, którą w pierwszych latach szóstego dziesięciolecia ubiegłego wieku sprzedawano jeszcze w beczkach. Powstawała jako produkt uboczny przy produkcji cukru i dostarczano ją do sklepów spożywczych, gdzie porcjowano, nalewając do słoików i butelek. Jako trzylatek dostałem do spróbowania odrobinę i rozpłynąłem się w rozkoszy smakowej, jakby stało się coś, czego wtedy jeszcze nie mogłem pojąć. Skąd tyle wspaniałości w moich ustach, skąd ta błogość i poczucie, że zjadło się coś nieziemskiego. Mama nalała trochę lepkiej masy na talerzyk i zacząłem nabierać ją wskazującym palcem, a potem zlizywałem z niego wszystko. Niestety, to co najpierw było rozkoszne, w miarę zjadania zmieniało się w poczucie przesytu, pojawiły się mdłości i szybko zabrano mi smakołyk. Zrozumiałem wtedy jak blisko jest od ekstazy do niechęci i jak łatwo euforię zastępuje odrzucenie. Ale melasę potem jadłem jeszcze parokrotnie, aż zniknęła ze sklepów całkowicie i pozostała w mojej pamięci tylko jako wspomnienie.

Kryształki soli kuchennej

Kryształki soli kuchennej

Tak samo zachwycił mnie smak soli, w maśle na bułce, którą jako mały szkrab dostałem do zjedzenia. Sprzedawano wtedy ten tłuszcz na wagę i zabezpieczano go przed zepsuciem chlorkiem sodu. Nagryzłem kęs pieczywa i poczułem coś, co się także nie dało wyrazić i co nie mieściło się w mojej dziecinnej głowie. Eksplozja smaku była tak duża, że do dzisiaj, na jej wspomnienie, przełykam ślinę. Ale to przecież było inne pieczywo, świeże, naturalne, bez konserwantów, często jeszcze ciepłe, a i zawartość masła w maśle był zapewne stuprocentowa. Myślę, że to pierwotność tych doświadczeń smakowych była taka niezwykła, szczególnie po okresie karmienia piersią, picia herbatek ziołowych i jedzenia jałowych zupek. Nagle moje kubki smakowe zetknęły się z czymś tak konkretnym, a zarazem tak różnym od siebie, że nie wiedziałem jak na to zareagować. I w tym przypadku nadmiar soli był nie do przyjęcia, ale jej niewielkie dawki budziły wielkie emocje. Żyjąc w świecie dorosłych ludzi, powoli gubimy owe pierwiastkowe doświadczenia i zapominamy co nas szczególnie ekscytowało. Jednak, w moim przypadku, te odczucia głęboko wryły się w pamięć i dotarły w świadomości aż do chwil, gdy zostały utrwalone w słowie.

 Cytryna

Nie mogę nie wspomnieć też o moich pierwszych wrażeniach, związanych ze smakiem kwaśnym. To była cytryna, którą dostałem do ssania z cukrem i zapewne pojawiła się ona w czasie świątecznym, bo w polskich sklepach w latach osiemdziesiątych była specjalnym rarytasem. Początkowo skrzywiłem się strasznie, ale po chwili zacząłem odważnie ssać owoc i delektować się jego ostrym smakiem i niezwykłym aromatem. Może dlatego tak potem polubiłem witaminę C i rozgryzałem ją zawsze z przyjemnością, nie stroniłem też od kapusty kiszonej i kwaśnych cukierków. Zaakceptowałem te odczucia zmysłowe jako coś oczywistego i szukałem ich przy każdym posiłku, preferując kapuśniak i herbatę z cytryną, a także domagając się stale kwaskowych landrynek i dropsów. Nie wartościowałem smaków, nie zastanawiałem się, co było lepsze, ale utrwaliłem w pamięci sporo chwil, gdy w ustach czułem dziwne ściśnięcie, a w mózgu pojawiała się informacja o „kwaśności”. Babcia znała te moje upodobania i często wtykała mi, a to żółtą witaminę, a to plasterek cytryny lub trochę kapusty, dopiero co wyciągniętej z beczki. No i wołała mnie, gdy do wypicia był sok z ogórków kiszonych albo z kapusty, mówiąc, że mam go pochłonąć „duszkiem”, jak mleko rano. Razem z kolegami chodziliśmy też do niedalekiego ogrodu sąsiadów, w którym przy plocie rosły zielone winogrona, kwaśne i cierpkie, takie same były też zielone jabłka podkradane z gałęzi i zbierane w trawie.

ELEMENTY (4)

asteroidy

Trudno powiedzieć kiedy po raz pierwszy miałem do czynienia z żelazem, ale mogło to być na podwórku mojego dzieciństwa, gdzie walały się w piasku różne kawałki materii – kolorowe cząstki szkiełek od butelek po perfumach, jakieś cynkowe blaszki, drewienka, plastikowe kółka i trójkąty. Może wtedy po raz pierwszy wziąłem do ręki jakiś rdzewiejący element czegoś, co zostało zrujnowane, zepsute w czasie wojny lub krótko po niej. Urodziłem się wszakże osiemnaście lat po wielkiej dziejowej zawierusze i w wielu miejscach znaleźć można było jej ślady. Jako mały chłopiec chodziłem do niedalekiej kuźni i w drzwiach przyglądałem się jak tamtejsi kowale przygotowują w ogniu żelazne podkowy i potem sprawnie przybijają je koniom do kopyt. Na pewno żelazo pojawiło się też w moim życiu po przeprowadzce na nowe osiedle, gdzie na budowach walały się ogromne pręty zbrojeniowe, podnieść można było z ziemi najprzeróżniejsze płaskowniki i druty. Wraz z kolegami odwiedzaliśmy często owe zakazane zakątki i przynosiliśmy z tych wypraw na podwórko jakieś żelazne  e l e m e n t y. Nigdy w jakiś szczególny sposób nie kontemplowałem dotyku żelaza, ale – gdyby mnie o to spytano – natychmiast powiedziałbym o jego chłodzie. Tylko podczas upalnego lata, tylko w żarze czerwca czy lipca pręty się nagrzewały i ich dotknięcie nie generowało odczuć negatywnych. W innych momentach, sięgnięcie po tę materię związane było z informacją, wysyłana przez skórę dłoni do mózgu, że jest to przedmiot chłodny lub lodowaty. Z kolei z twardością tego tworu kosmicznego miałem do czynienia już w pierwszej klasie szkoły podstawowej, kiedy to biegałem po budowie i nadepnąłem stopą na duży gwóźdź, wbity w belkę. Potworność tamtego doświadczenia pozostała wyrazista w mojej pamięci do dzisiaj, tym bardziej, że wylądowałem w szpitalu, dostawałem zastrzyki surowicy i cierpiałem bardzo długo, aż rana się całkowicie zagoiła. Myślę, że z takim bólem, spowodowanym przez twardość żelaza lub stali, przeszywającym i odbierającym oddech, miały do czynienia miliony ludzi. Od dawien dawna tworzono przecież metalowe narzędzia do zabijania – noże, kindżały, miecze i szable a podczas wojen, bitew i pojedynczych walk przeciwnicy przeszywali się nawzajem. Od czasów dzieciństw wiem zatem, co wtedy się czuje, bo gruby, rdzewiejący ćwiek przeszył mi stopę prawie na całej szerokości i krwawiący i zapłakany ledwo dokuśtykałem do domu.

Podkowa

Z kolei, gdy byłem nieco starszy, znowu żelazo odegrało istotną rolę w moich doświadczeniach, a to za sprawą jednego z kolegów, którego przezywaliśmy Kopel. Miał na imię Mirek i uczestniczył w naszych celebrach generacyjnych, czasem pokazując swoje dzikie oblicze i niekonwencjonalne pomysły. Niestety nie wyszło mu życie i błąka się teraz bez celu gdzieś na peryferiach nowego czasu, ale wtedy był znakomitością podwórkową i proponował nam podejmowanie oryginalnych zajęć. Któregoś dnia jego ojciec przyprowadził przed blok spory wózek do pchania, zespawany z rurek i mający służyć do rozwożenia mleka w butelkach. Mirek natychmiast zaczął też go wykorzystywać do innego celu, a mianowicie do zbierania złomu, a potem zawożenia go do punktu skupu. Nie wiem dlaczego właśnie mnie zaprosił do tych wypraw, ale kilka, może kilkanaście razy jeździłem z nim po osiedlu i zbierałem złom. Nagle zacząłem mieć pieniądze, nie te ogromne, nie te papierowe, ale znaczące w budżecie dorastającego chłopca, pozwalające na kupno Coca-Coli w delikatesach, na nabywanie balonowej gumy do życia, cukierków albo lodów. Podczas tych eskapad docieraliśmy na obrzeża wielkiego lotniska, gdzie walały się przy płotach części od samolotów, przeczesywaliśmy zakamarki dzielnicy Jary, ale najczęściej podkradliśmy pręty i inne elementy na budowach, wynosiliśmy z nich chyłkiem jakieś zębatki i połamane rury. Czasem robotnicy pozwalali nam na to, innym razem gonili z krzykiem i napuszczali na nas stróżów, a nawet ormowców i milicjantów. Nie wiem do dzisiaj jak udawało nam się wychodzić cało z tych opresji, ale pamiętam te wyładowane żelazem wózki, które targaliśmy z wielkim wysiłkiem do składnicy złomu na Szwederowie. Raz też rozegrał się w niej „dramat”, gdy przywieźliśmy bardzo dużo żelaznych elementów, w tym wykonaną z tego metalu szafę narzędziową, a mój kolega, pod nieobecność przy ważeniu szefa skupu, wsunął do niej ogromny blok metalu, by zwiększyć wagę. Pracownikowi jakoś nie zgadzał się ciężar naszego złomu, z tym co widział na wadze i zajrzał do szafki – natychmiast też wyrzucił nas stamtąd, każąc zabrać to, co  przywieźliśmy. Odjechaliśmy na jakąś odległość, a po godzinie ja sam wtargałem wózek z zawartością na podwórze skupu, mówiąc właścicielowi, że to mój kolega chciał go tak oszukać. Widać okazałem się wiarygodny, bo żelazo zostało zważone i z triumfem na twarzy popędziłem do przyjaciela, dzieląc się z nim sprawiedliwie forsą. On nie zawsze bywał uczciwy w tym względzie i często próbował mnie nabrać, że dostał mniej, niż naprawdę miał w kieszeni, ale jednak jakieś złotówki do mnie trafiały.

zardzewiałe-żelazne-pręty-stos_19-107380

W latach następnych żelazo pojawiało się często w moim życiu, a najwięcej go było, gdy wraz z bratem i ojcem zaczęliśmy budować dom w Stronnie pod Bydgoszczą. Trzeba było wtedy przewieźć ogromne ilości prętów i płaskowników na budowę i znowu poczułem przejmujący chłód tego metalu, tym bardziej, że budowaliśmy też zimą. Pamiętam jak układałem lodowate elementy zbrojeń i wiązałem je drutem, ogrom cząstek żelaznych zalewaliśmy też w fundamentach i ścianach działowych. Sporo też było zranień i większych urazów, krew pojawiała się na ostrych żelaznych krawędziach i blachach, trzeba było bandażować palce i całe dłonie, a tylko wyjątkowe szczęście spowodowało, że podczas jednego upadku z wysokości, nie nadziałem się na sterczące pręty. To był też czas likwidowania mojego wielkiego mieszkania przy zbiegu ulicy Gdańskiej i Chodkiewicza, wykręcania elementów stalowych i aluminiowych, usuwania żelaznych wsporników i framug. Mój ojciec rozwoził wtedy ciekły gaz w butlach i zabierał swoim Żukiem wiele tych cząstek na naszą budowę, a skoro już mowa o jego zajęciu, to i ono związane było z moimi doświadczeniami elementarnymi. Jeździłem z nim często do pracy w różnych dzielnicach i jako dobrze rozwinięty, umięśniony młodzieniec, pomagałem mu nosić ciężkie butle. Ważyły ponad trzydzieści kilogramów i najczęściej były lodowato zimne. Nauczyłem się od ojca zarzucać je na prawe ramię i tak wnosiłem je, nawet na czwarte piętro bloków w starym Fordonie, traktując wszystko jako dobry trening i rodzaj zabawy. Ojciec dawał mi zawsze za tę pomoc jakieś pieniądze i tak, za sprawą żelaznych butli, niegdyś cięższych niż dzisiaj, mogłem uchodzić przed moją ówczesną dziewczyną za majętnego, zapraszać ją co tydzień do kina i na lody, jeździć na wycieczki po Polsce, a nawet dwa razy puścić się pociągiem na Węgry. No właśnie… tory kolejowe… W mojej pamięci pojawiają się przede wszystkim te, które biegły na południe Polski, tuż za moim osiedlem mieszkaniowym – Błoniem. Chodziliśmy z kumplami na starą, żelbetonową strzelnicę, w głębi lasu, wydobywaliśmy z piasku ołowiane czubki pocisków, a potem – wracając do domu – kładliśmy je na torach i czekaliśmy na przejazd pociągu. To doświadczenie ukazywało nam przerażającą moc tych maszyn i ciągniętych wagonów, bo na torach pozostawały sprasowane do milimetrowej grubości płatki ołowiu. Wspomniana wyżej strzelnica też pełna była żelaza, które wystawało z popękanych murów, walało się na ziemi, wystawało ze ścian, jako pozostałość po elementach konstrukcji jakichś bliżej nieokreślonych urządzeń.

zlom

Warto też wspomnieć o treningach kulturystycznych, podczas których twardość i chłód żelaza były obietnicą ukształtowania mocarnej sylwetki i dużego przyrostu mięśni. Sekcja, do której chodziłem mieściła się na Wzgórzu Dąbrowskiego, w jednej ze szkół podstawowych i wykorzystywała niewielką salę gimnastyczną do treningów. Zaczynaliśmy każdorazowo od meczu piłkarskiego, kopiąc małą piłkę i biegając od drabinek do drabinek, ale po jakimś czasie nasz trener nakazywał rozpoczęcie procesu wnoszenia sprzętu z piwnicy. Trzydziestu chłopa wędrowało na dół po schodach i sprawnie przenosiło całe żelastwo, niezbędne do wykonywania ćwiczeń. Były to sztangi, żelazne koła do nakładania, najprzeróżniejsze hantle, drążki do podciągania się, montowane na drabinkach, a także ławeczki, sprężyny i wyciągi. Początkowo to noszenie żelaza wydawało mi się katorgą, szczególnie gdy dopiero co przyjęto mnie do sekcji i obciążano bardziej od tych, którzy ćwiczyli w niej od kilku lat, ale z czasem przyzwyczaiłem się do tej niedogodności i wnosiłem sztangi oraz hantle z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku. Ćwiczenia szybko zaczęły przynosić efekty i zacząłem wyciskać na ławeczce coraz większe ciężary, sprawnie dochodząc do obciążenia marzeń – stu kilogramów. O tej „stówie” rozmawialiśmy stale z kolegami z bloku, którzy chodzili ze mną na treningi, z Markiem Bajkowskim, Ryszardem Michałkiem, a także ze starszymi kolegami z sekcji. Później, gdy trenowałem już boks w Zawiszy Bydgoszcz, często też chodziłem na salę ciężarowców i podnosiłem różnie obciążone sztangi, najczęściej jednak ćwicząc wyciskanie na ławeczkach. Dało to taki efekt, że „stówą” zacząłem ćwiczyć w seriach, a mój rekord sięgnął stu trzydziestu kilogramów, co miało miejsce już w innej sekcji, na sali gimnastycznej dawnej podstawówki na Błoniu. W mig rozbudowałem moją sylwetkę i nabrałem siły, która później niejednokrotnie mi się bardzo przydawała, czy to podczas generacyjnych walk, czy w trudach różnorodnych prac. Zachowałem w pamięci wiele chwil, w których żelazo odgrywało jakąś ważną rolę, a treningi kulturystyczne i bokserskie bez tej elementarnej materii nie byłyby możliwe.

78149635_1_644x461_obciazenie-fi-30mm-naklad-sztangielki-sztanga-hantle-gryf-lublin

I jeszcze jedno pojawienie się żelaza w moim życiu, już w dwudziestym pierwszym wieku, kiedy to dziesięć lat temu pisałem książkę o Juliuszu Słowackim i jego poetyckiej kosmogonii, jakże ciekawej i rozbudowanej w poszczególnych dziełach. Z konieczności studiowałem wtedy wiele książek o wszechświecie i materiach, w nim występujących. Jeszcze z podstawówki pamiętałem, że ogromna część Ziemi, wielkie środkowe jądro wypełnione jest niklem i żelazem (Nife), ale podczas nowych lektur zainteresowały mnie też struktury materialne asteroid i komet. Pośród wielu rodzajów planetoid, natknąć się możemy na te określane w astronomii literą M (od słowa metal), składające się przede wszystkim z żelaza i niklu. Daje się to najczęściej zidentyfikować na podstawie analizy widma i albedo składu chemicznego powierzchni. Albedo (białość), to stosunek ilości promieniowania odbitego do padającego, będący parametrem określającym zdolność odbijania promieni przez jakąś powierzchnię. Największy pas planetoid rozciąga się pomiędzy orbitami Marsa i Jowisza, gdzie potężny magnetyzm gazowego olbrzyma nie pozwolił na ukształtowanie się z pierwotnej materii mgławicowej jeszcze jednej planety. Już Johannes Kepler zastanawiał się, dlaczego jej nie ma w tamtym miejscu, co hipotetycznie stwierdził w obliczeniach, ale dopiero współczesna nauka rozstrzygnęła ten problem i wskazała na oddziaływanie Jowisza. Obok przywołanego wyżej pasa, w Układzie Słonecznym znajdziemy asteroidy także w pasie Kuipera (za orbitą Neptuna) i w obłoku Oorta, leżącego na obrzeżach naszego układu, w jednej czwartej odległości od Proxima Centauri. Są też mniejsze skupiska i samotne asteroidy obiegające Słońce po dziwnych orbitach, nazywane centaurami lub Trojańczykami. Spośród wszystkich ciał tego typu te ukształtowane z metali są chyba najbardziej fascynujące – jeśli bowiem tyle jest takich cząstek z niklu i żelaza, to czyż nie możemy założyć, że są też i takie, gdzie przeważa złoto, srebro lub platyna? Już dzisiaj snuje się futurystyczne plany wykorzystania tych bogactw naturalnych, a literatura science fiction pełna jest wizji ogromnych transportowców, przewożących minerały i rudy, opisów osiedli „kosmicznych górników” i konfliktów pomiędzy nimi. Wyprawa na planetoidę, przelatującą blisko Ziemi, jest już w zasięgu możliwości technicznych rodzaju ludzkiego, ale koszty są tutaj tak ogromne, że pewnie nie będzie to miało miejsca w najbliższych dziesięcioleciach. Warto jednak marzyć o takich przedsięwzięciach, a także rozmyślać o asteroidach w całości ukształtowanych z żelaza, będących wielkim zagrożeniem kosmicznym, ale też i skarbnicą podstawowego elementu konstrukcyjnego na naszej planecie.

KROPLE

???????????????????????????????

Od rana pada i pada… Spojrzałem w Internecie na pogodową mapę satelitarną Europy i zobaczyłem, że nad Polską pojawił się prawdziwy wir gęstych, burzowych chmur. Moja córka pojechała do Włoch, ale nawet tam, choć jest bardzo gorąco, miała jeden dzień deszczowy – by zwiedzić Wenecję, ruszyła jednak znad Adriatyku ku północy i zbliżyła się znacząco ku wielkim kłębowiskom chmurnym. Paradoksalnie przy takiej pogodzie można robić dobre fotografie natury, szczególnie kwiatów, liści drzew i owoców, bo kropelki wody dają niezwykłe efekty graficzne i zatrzymują w sobie światło. Kiedyś wydawałem książkę poetki z Poznania i potrzebowałem róży w woalu wodnym, bo taką sobie ta pani wymarzyła, więc fotografowałem sporo tych kwiatów, dodatkowo pomagając sobie w tym specjalnym spryskiwaczem. Powstało wiele pięknych zdjęć, które przydadzą się zapewne przy kolejnych wydaniach poezji. Ta polska szarość jest charakterystyczną cechą naszej rzeczywistości i przekłada się zapewne na charaktery ludzkie, często mroczne, pełne ciemnych stron, rzadko otwierające się na słońce i świetlistość świata. Ważne jest jednak by tę promienność w sobie wypracować i cieszyć się każdym dniem, czy pada, czy nie – czy pojawia się błękit na niebie, czy pośród granatu i czerni nagle ukazuje się wielka błyskawica. Warto spojrzeć na to, co ma się do zrobienia i co się zrobiło, a wtedy – przynajmniej u jednostek twórczych – pojawi się przekonanie, że pogoda jest tylko jednym z elementów naszego świata, wcale nie tak znaczącym, jak by się wydawało. Byłem przez ponad pół roku w Stanach Zjednoczonych, gdzie stale było gorąco i utrzymywała się ogromna wilgotność, a pod koniec pobytu zacząłem już tęsknić za polskim śniegiem i zmiennością pór roku. Gdy się właściwie ubierzemy, zabezpieczając się przed kroplami deszczu, możemy cieszyć się także szarościami i tym, co rozgrywa się na niebie. Dlatego też często przystaję w drodze, zatrzymuję się w pędzie i kontempluję chmury, jakże dynamiczne zmiany na niebie, które mają w sobie coś z gwałtowności ludzkiego życia i dramatów, w nim się rozgrywających.      

WILGI

Samiec wraz z młodym ptakiem. Mal. Claude Gibney Finch-Davies (1875-1920)

Samiec wraz z młodym ptakiem. Mal. Claude Gibney Finch-Davies (1875-1920)

Miałem w życiu zaledwie kilka spotkań z wilgami zwyczajnymi (Oriolus oriolus), jednymi z najpiękniejszych polskich ptaków, które obok krasek, zimorodków i żołn są chyba najcudniej ubarwione. Od dawien dawna te żółto-czarne stworzenia kursują pomiędzy krainami północnymi a strefą tropikalną, zimując w Afryce i południowej Azji. Natura nakazuje im wracać do strefy umiarkowanej Eurazji i tam rozmnażać się co roku, a potem znowu lecieć ku ciepłu południa. Byłem nastolatkiem, gdy z grupą kolegów pojechaliśmy w okolice Pruszcza Pomorskiego i tam pilnowaliśmy drzew czereśniowych, przede wszystkim przed wielkimi stadami szpaków. Tam też miałem okazje obserwować kilka wilg, które gniazdowały w wielkich kępach wysokiej roślinności i „wyskakiwały” z niej ku drzewom owocowym, by najeść się do syta i nakarmić młode. Przyglądałem się tym ptakom z dość dużej odległości, bo są bardzo płochliwe, ale przecież wyraźnie widziałem żółty puch i czarne pióra samców, a także zielonkawe samice, które mają też lotki szarawe i żółtawe. A choć ptaki te są w Polsce bardzo krótko, bo zaledwie od maja do września, każde spotkanie z nimi jest ekscytujące – pamiętam też taki moment na jednym z cmentarzy, gdy ptak przez chwilę dał się obserwować na wyniosłej topoli, podczas odpoczynku przelotowego z sadu do sadu. Wczoraj znowu zobaczyłem wilgę, a choć była ode mnie oddalona o jakieś sto metrów, doskonale widać było żółto-czarne upierzenie i charakterystyczny, chwiejny lot, określany w podręcznikach ornitologii jako falisty. Warto też pamiętać, że polskie wilgi mają czerwony dziób, takież same oczy, podbarwione tajemniczo czernią i pazurki w kolorze stali. Czasami ludzie słyszą w przestrzeni charakterystyczny, melodyjny śpiew tych ptaków, ale nie wiedzą, że należy on do nich. Dopiero, gdy poszczególne osobniki ukazują się w całym przepychu swego ubarwienia, oświetlane przez słońce, wywołują zdumienie i niedowierzanie, że tak urodziwe istoty żyją pośród naszych drzew. Samce najczęściej mkną szybko ku jakimś celom, a samice – z racji wskazanego wyżej ubarwienia – są bardzo trudne do wypatrzenia, tym bardziej, że najwięcej czasu spędzają przy dobrze zamaskowanym, koszykowo zamkniętym gnieździe. Wilgi żywią się owadami, w tym włochatymi gąsienicami oraz owocami czereśni, wiśni, morwy i winogron, choć nie gardzą też malinami, jeżynami i pod koniec lata jagodami krzewów. Ucieszyło mnie to kolejne spotkanie z wilgą, niedaleko czystej Brdy, gdzie wielokrotnie z kolegami jeździłem się kąpać i cieszyć silnym rzecznym nurtem. Teraz ta przestrzeń diametralnie się zmieniła i stylowe domy dotarły niemal nad brzeg, ale wciąż wiele wokół jest ogrodów, sadów, parkowych zadrzewień, a to raj dla żółto-czarnych ptaków. Niebawem już po raz kolejny odlecą do Afryki, ale w mojej pamięci zostanie ów wczorajszy śmigły lot samca, zmierzającego pewnie z gąsienicą do gniazda, w którym samica troskliwie opiekuje się pisklętami. Ich więź rodzinna będzie silna aż do momentu usamodzielnienia się potomstwa, które szybko zacznie wychodzić z kryjówki, ale na południe młode ptaki polecą już samodzielnie.

ŚWIAT STAROŻYTNY (XXI)

big_yellow_hot_sunset_on_sea-other

Wyobraziłem sobie dojrzałego mężczyznę, w moim wieku, stojącego na stromym brzegu greckiej wyspy Karpatos, wpatrzonego w słońce, spływające powoli do Morza Kreteńskiego. Dawno zakończyła się ekspansja Dorów na Helladę achajską i jest może rok tysięczny przed naszą erą. W dzieciństwie nasłuchał się mitycznych opowieści o tym, że jego lud, zaborczy potomkowie Dorosa, połączyli się na emigracji z pogrobowcami Heraklesa – mężnymi Heraklidami. Jego życie przeleciało jak jedna chwilka i teraz w myślach pojawiają się pierwiastkowe obrazy, gdy stawał do zbrojnej walki o nowe tereny, gdy wsiadał do łodzi i wyruszał na połów, gdy tulił się do pięknej Kalliroe i płodził z nią synów i córki. Przypominają mu się dłuższe wyprawy na Rodos, Kretę i Samos, a potem szczęśliwe powroty do domu, picie wina w gronie przyjaciół i jedzenie fety z oliwkami i kozim mięsem. Słońce powoli spływa do morskiej toni, ozłaca dalekie skalne wysepki, przydaje naturze aury ostateczności i pełni. On oddycha pełną piersią i wspomina drogi, którymi chodził, szczyty na których stanął i błękitne zatoki, w których pływał. Rany wojenne dawno się zabliźniły, a czerwone wino, wypite rano, rozgrzewa jego żyły, pulsuje w skroniach i przydaje ciepła. Gdzieś daleko widać spłowiały żagiel rybackiej łodzi, wracającej z połowu, gdzieś za górami słychać tęskny śpiew młodej dziewczyny. Nad połyskującą głębią unosi się srebrzysty rybołów i wypatruje ostatniej ofiary, w końcu spada z impetem do wody i wyszarpuje z niej rybę, którą zaniesie do gniazda. Mężczyzna czeka aż słońce całkowicie zniknie w morzu i powoli odwraca się by wąską ścieżką wrócić do wioski, położonej w dolinie, jakby chronionej przez skały masywu górskiego, sięgającego ponad tysiąc metrów. Rozważał swoją przeszłość, ale też wybiegał myślą ku temu, co nadejdzie, co nieuchronnie przeznaczyli mu bogowie. Zawsze prosił Posejdona o opiekę i pomoc, ale ostatnio śnił mu się Zeus i pytał go o kierunek wiatru, wiejącego nad oliwnymi gajami, a potem wskazywał skaliste piramidy, wznoszące się ponad fale. Mężczyzna pomyślał, że to mógł być znak i zaczął prosić najważniejszego z greckich bogów o wskazanie celu, zaczął przyglądać się horyzontowi i niemal codziennie kontemplować zachodzące słońce. Od jakiegoś czasu czuł ból w klatce piersiowej i bał się, że w jego ciele znalazło swój przylądek zło i śmierć zarzuciła już na niego niewidzialną sieć.

Patrząc oczyma wyobraźni na tego mężczyznę i rozważając własne losy, przypomniałem sobie wiersz Konstandinosa Kawafisa pt. Monotonia. Ten aleksandryjski poeta był wielkim nieszczęśnikiem; uwięziony w dziwacznym ciele, schorowany i cierpiący, nieustannie marzył o najczystszym pięknie. Obdarzył świat wieloma wierszami, które uznać należy za najważniejsze w historii, będące sublimacją głosu ludzkiej świadomości, wydobywającego się dumnie z ciemności. To ciągłe drążenie materii istnienia i rozważanie bytu w czasie, w przestrzeni, to pytania zadawane samemu sobie i szukanie odpowiedzi pośród losów zaprzepaszczonych, to namysł nad życiorysami bez chwil wyraźnych, wyjątkowych, dających się ułożyć w jakiś znaczący ciąg. Kawafis syntetyzuje i sumuje doświadczenia, patrzy na ludzi wielu wieków i mówi: Za jednym dniem drugi dzień – koleją jednostajną –/ nadchodzi i przemija, tej samej treści, barwy/ I zdarzą się, i znów się zdarzą te same sprawy,/ chwile te same znajdują nas i porzucają. Byt jest w poezji Kawafisa zaledwie miseczką znicza, w którym na chwilę pojawia się płomień – jest tak wątły, że nie może dźwignąć się z przemijalności, nie zna sposobu na powstrzymanie destrukcji, bezwolnie poddaje się zmienności i nie kontempluje sam siebie. Dzień przychodzi po dniu, nakładają się na siebie te same treści i barwy, powracają te same sprawy i chwile, organizm się zmienia, myśl się starzeje, a świadomość nie może się wyrwać z zaklętego kręgu nicości: Tydzień przemija, a za nim – nowy tydzień./ To, co się stanie, przewidzieć łatwo: cienie,/ światła te same, zawsze to samo brzemię./ Jutro, które już wcale nie jest jutrem, znowu przyjdzie. Ludzie rodzą się i umierają, ale świat trwa nadal, nic sobie nie robi z triumfów i dramatów istot cielesnych – wszystko regulują cykle kosmiczne i naturalne, wszystko wpisane zostało w ciąg obrotów planet, promieniowania słońca, wzrostu i więdnięcia roślin, początku i końca kolejnych pór roku. Ziemia wciąż krąży wokół swojej gwiazdy, wykonuje też obroty wokół własnej osi, ciągnąc za sobą księżyc, mijając asteroidy i komety. W tym zawieszeniu, w tym wpisaniu w prawa wszechświata, byt ludzki może ledwie zamanifestować swoje istnienie, może tylko zapłonąć na chwilę, by poddać się wiatrom dziejowym, które prędzej czy później go zdmuchną.

Oświetlone zachodzącym słońcem krajobrazy Grecji, widoki skalistych wysp i bezkresne tafle morskiego błękitu, od dawien dawna były tłem dramatów o niezwykłej sile wyrazu. Ich istotą było monotonne życie, walka z wrogami, miłość i śmierć. Nadając hipotetyczne imię kobiecie, opisanego wyżej Greka z wyspy Karpatos, pamiętałem o historii Kapłana Korezosa, który pokochał nienawidzącą go piękność o imieniu Kalliroe. Opisał to Pauzaniasz w siódmej księdze swoich Wędrówek po Helladzie, a choć zmyślał i koloryzował na potęgę, mieszając mity z historią, możemy uznać, że w jego relacji jest ziarno prawdy – wszak dramaty tego typu stale rozgrywają się w świecie. Korezos błagał Dionizosa, by spowodował zmianę postanowień niechętnej mu dziewczyny, ale ten rozgniewał się tylko i zesłał na mieszkańców dalekiego Kalidonu potworne nieszczęścia. Pijąc za dużo wina, tracili świadomość i umierali, a coraz większe przerażenie pojawiało się w pośród krain greckich. Dopiero wyrocznia dodońska wskazała rozwiązanie – wielki gniew Dionizosa uśmierzyć mogła tylko ofiara, złożona nienawistnemu bóstwu, którą miała być sama Kalliroe lub osoba, która zdecydowałaby się ją zastąpić. Jakże okrutne to było rozstrzygnięcie, ale zaprowadzono dziewczynę przed oblicze kochającego ją kapłana, by ten złożył z niej ofiarę, niczym ze zwierzęcia. Tak napięcie sięgnęło zenitu i nieszczęśnik, widząc urodę i subtelność ukochanej, odebrał sobie życie, potwierdzając w ten sposób, że kochał ją najprawdziwiej i nie był w stanie pogodzić się z wyrokiem wieszczki z dębowego gaju w Dodonie. Miłość czyni cuda, więc i niewiasta w jednej chwili zmieniła swoje nastawienie; widząc oddanie i determinację Korezosa, ogarnęła ją litość dla niego i zrozumiała jak bardzo jej pragnął. Chcąc okazać skruchę i zmyć z siebie winę, poczuła jak trawi ją ogień, a świat rozmywa się dziwnie i sięgnęła po nóż, by gwałtownym ruchem poderżnąć sobie gardło. O takiej miłości najżarliwszej, rozgrywającej się w antycznych dekoracjach lub pośród dawnych ruin, pisze też wielokrotnie Kawafis. Przypomina mi się tutaj wiersz pt. Tak się wpatrywałem: W piękność tak się wpatrywałem,/ że cała moja wizja jest nią przepełniona./ Linie ciała. Czerwone wargi. Ponętne członki./ Włosy jakby posągom greckim ukradzione,/ zawsze piękne – i wtedy, gdy są nieuczesane/ i nieco opadają na białe czoła./ Oblicza miłości, jak zapragnęła ich/ moja poezja… w nocach młodości mojej,/ w moich nocach, skrycie spotykane… Czy tak zobaczył Kalliroe kapłan Korezos, gdy przyprowadzili ją by złożyć w ofierze, czy tak zachwycał się swoją wybranką pasterz z wyspy Karpatos, który ze skalistych zboczy patrzył na zachodzące słońce? Pewnie w każdym z tych zauroczeń było coś z tej żarliwości i jakiś odcień czarnej powagi antycznego dramatu. I to samo, majestatyczne słońce, odwieczny świadek dziejów, mniejszych i większych dramatów, ludzkich chwil pierwszych i ostatnich.

NIDERLANDY

Pieter de Hooch, Wnętrze domu

Pieter de Hooch, Wnętrze domu

Obejrzałem w Muzeum Narodowym w Poznaniu wystawę pt. Niderlandy i dawno nie czułem się tak zawiedziony i rozczarowany. Ogromne przestrzenie wielkopolskich budynków muzealnych zostały zaaranżowane ściankami działowymi, które kompletnie zabiły ducha wielkości malarstwa i oryginalności przedmiotów tego kręgu kulturowego.  W założeniu to miała być wystawa edukacyjna, więc połączono dość skromne prezentacje na tabletach z wagami, urządzeniami, skrzyniami itd. Jak na siedemnastowieczne Niderlandy i ich wpływ na całą Europę, to wszystko tutaj jest minimalistyczne i dalekie od tego, co można zobaczyć w innych częściach naszego kontynentu. Szczególnie marna jakość malarstwa z trzeciego i piątego szeregu twórców holenderskich i belgijskich daje się we znaki. Jeśli ktoś wcześniej kontemplował dzieła Pietera Bruegela, Rogiera van der Weydena, Hansa Memlinga, Johannesa Veermera czy Rembrandta, wyjdzie z wystawy poznańskiej skonfundowany. Połączenie plakatów, obrazów belgijskich i holenderskich, ustawienie dawnych urządzeń i „nowoczesnych” gadżetów stworzyły wrażenie przeładowania i eklektyzmu wystawienniczego, a czasem było wręcz zabawne. Oto na środku jednej z przestrzeni jest dziwne urządzenie, ni to szafa, ni to bankomat, do którego wkłada się ręce i sprawdza, co jest w środku. Może dzieci to zabawi i zainteresuje, a wyciągana miniaturka starego kufla, da radość, ale dla wyrobionych widzów będzie to dziwactwo bez głębszego uzasadnienia. Organizatorzy tak widzą swoją aranżację: Wystawa adresowana jest do dzieci i młodzieży szkolnej oraz nauczycieli wszystkich poziomów nauczania. Wykorzystując zbiory Muzeum Narodowego w Poznaniu zadajemy przede wszystkim pytania o współczesność, a poznawanie kultury flamandzkiej i niderlandzkiej ma być pretekstem do odkrywania wyobrażeń o świecie i swojego w nim miejsca. Nie dajemy gotowych odpowiedzi lecz umożliwiamy zbudowanie obrazu minionego i współczesnego świata. Przygotowane przez nauczycieli i pracowników muzeum materiały dydaktyczne i interpretacyjne odpowiadają potrzebom widzów w różnym wieku i na każdym poziomie edukacyjnym. Rozwijają kompetencje kluczowe – umiejętność samodzielnego wnioskowania oraz rozwiązywania zadań wielopoziomowych. Może te założenia są szczytne, ale realizacja niestety nie nadąża za opisem, który jako żywo przypomina sztampę z wniosków o przyznanie grantów. Wszystkie ekspozycje sztuki niderlandzkiej, które wcześniej widziałem w różnych częściach globu, miały ów element wielkości i prawdy absolutnej, co przede wszystkim znaleźć można było na płótnach wskazanych wyżej twórców, ale też i pomniejszych mistrzów. Tutaj poziom jest wyraźnie dużo gorszy, a na wielu obrazach znajdziemy szkolne błędy, próby naśladowania konkretnych artystów lub ich szkół,      kryptocytaty i tandetne nawiązania. Choć organizatorzy chcieli pokazać zachodnioeuropejską kulturę mieszczańską w XVII wieku, nie mogłem pozbyć się wrażenia, że ta wycinkowość, determinowana elementami miejscowego zbioru, nie wyszła na dobre ekspozycji. Na poziomie młodzieżowym i edukacyjnym pewne elementy mogą być pomocne, ale samo założenie, że prezentuje się tak skromny wycinek jest chybione. Młodzi ludzie też myślą, też bywają wyrobieni artystycznie, a nade wszystko szukają współczesnych kontekstów i technik audiowizualnych. A te przymocowane blachami do blatów tablety, z marnymi prezentacjami, nie zaspokoją gustów tych, którzy weszli już w inne, wirtualne obszary naszej współczesności. Wszystko zabija też pretensjonalny tytuł: Co ma koronka do wiatraka, będący rodzajem gry z odbiorcą, ale na dobrą sprawę obniżający rangę sztuki. Zawsze na tego rodzaju ekspozycjach szukam dzieł, które przykują moją uwagę, każą zastanowić się nad konkretną kreacją i przemyśleć ją, tutaj jednak trudno mi było znaleźć takie elementy. Niektóre obrazy, skalą nieudolnego mimetyzmu, jakością przygotowania płócien i ich rozplanowaniem, odstręczały od dłuższych zastanowień. Po tym rozczarowaniu chciałem przypomnieć sobie obrazy ze stałych prezentacji poznańskich, ale zostałem poinstruowany, że trzeba w kasie kupić kolejny bilet. W dobie powszechnego odsuwania się od muzeów, w czasie ekspansji Internetu, dziwna to łapczywość kierownictwa placówki, która chce zarabiać podwójnie, a przecież i tak korzysta z ogromnych dotacji państwowych czy regionalnych. Kupno biletu powinno dawać widzowi szansę zaznajomienia się z różnorodnością oferty, a nie tylko z namiastką czegoś, co mogłoby być ekscytujące, a koniec końców, rodzi tylko mieszane refleksje.

ISTNIENIA

DSC08159

Kowale bezskrzydłe

Drzewa to wielkie, tajemnicze przestrzenie dla niewielkich owadów, dla ptaków, a nawet dla niektórych większych zwierząt. Szczególnie ciekawe są zdarzenia związane z bezkręgowcami i ptakami, spośród których te pierwsze postrzegają korę drzew tak samo jak ludzie traktują wąwozy górskie. Muszą pokonywać mniejsze i większe rowy, wpadają do rozległych jam, ukrywają się przed drapieżnikami za załomami zdrewnień, wreszcie – podążają do góry lub w dół, oplatają cały pień zygzakowatą trasą. Czasem pozostają w bezruchu przez wiele godzin i ożywiają się dopiero w nocy, innym razem, w pełnym słońcu dochodzą do szczytu najwyższej gałęzi i nie znajdując na niej oparcia, szybko podejmują decyzje o odwrocie. Podczas tych wypraw stają się pokarmem pełzaczy i kowalików, przysiadających na gałęziach sikorek, mazurków, drozdów i szpaków, albo też same polują na mniejsze istnienia. Z ich perspektywy ogromne dęby, mocarne osiki czy jesiony są traktem do nieba i drogą ku ziemi. Schodząc z grubego pnia, narażają się na nowe niebezpieczeństwa w trawie, pośród spróchniałej podściółki, ale wielu udaje się dotrzeć do innego drzewa i rytuał zaczyna się od nowa. Kiedyś ludzie przemierzali ogromne odległości, szukając zwierzyny, a podążając za mamutem, tygrysem czy nosorożcem, docierali do wielkich rzek i mórz, osiedlali się w górach i na równinach. Zawsze ich podążanie bliskie było mozolnemu pokonywaniu przeszkód przez owady, jakby podobna siła nakazywała im pchać się gdzieś daleko, gdzieś, gdzie czyhają groźne niewiadome. Przedstawiciele naszego gatunku nie rozumieli wielu mechanizmów przyrody, nie mięli pojęcia o wielkości kosmosu, ale instynkt podpowiadał im jak mają się zachowywać i jakie rozwiązania wybierać. Bezkręgowce też nie mają określonej wiedzy o zjawiskach fizycznych, chociaż jeśli latają, mogą mieć wyobrażenie o odległościach i rozległości świata, na którym przestrzeń drzewa jest ledwie cząstką innych dali. Byty pełzające nie wiedzą i tego, uparcie gdzieś dążą, polują albo tracą życie w ruchliwym ptasim dziobie. Przyglądając się dziesiątkom owadów, przeciskającym się przez wąwozy kory dębowej, przypomniałem sobie moje jesienne obserwacje kowali bezskrzydłych. Teraz one jeszcze są ruchliwe, pełne wigoru i życia, ale starczy, że zawieją zimne wiatry wrześniowe, a temperatura zacznie sukcesywnie spadać, wówczas wiedzione instynktem będą skupiać się w grupy i poszukają załomów, za którymi mogłyby przetrwać mrozy i lodowate powiewy. Tak samo cała ludzkość przyklejona jest do planety, tak samo szuka miejsc, gdzie mogłaby się schronić, podobnie jak te barwne owady, buduje chwilowe enklawy, które nazywa domem. Żyjąc w czasie, podlegając prawom metamorfozy, bezkręgowce i ludzie przemijają tak samo, giną po trochu w każdej chwili, manifestują swoje istnienie, które szybko przesuwa się ku nieistnieniu i całkowitemu rozpadowi.

STO WIERSZY POLSKICH (XVIII)

SZATKOW

Jerzy Szatkowski

Jerzy Szatkowski, Chciałem Ci donieść. Przyjaźń Jerzego Szatkowskiego i Edwarda Stachury przeszła do legendy, którą podsyciły kolejne książki tego, który pozostał i zapragnął dać świadectwo dniom i nocom, chwilom i latom, zdarzeniom błahym i dramatom o wymiarze kosmicznym. Tren dla Steda, a potem Tryptyk stały się dziełami, które znacznie wzbogaciły wiedzę na temat autora Się i pozostały w pamięci czytelników jako rodzaj lirycznej i prozatorskiej glosy, ostatecznego dopowiedzenia w obliczu zamkniętego życia. Wokół Jerzego i Antoniewa powstała niepisana enklawa wolności, a choć czasy były nieciekawe, totalitarne, Bruno, Witek i Sted dążyli tam, by zaznać spokoju i wolności, by w braterstwie odnaleźć to, co było zakazane. Ich spotkania miały wymiar sakralny, uświęcony przez poezję i prozę, a oddalenie rodziło tęsknotę i chęć ponownego spotkania, nowej celebry przy stole i w wolnej naturze. Czytamy o tym w listach Stachury i Bruna, a bohaterowie uczt antoniewskich i wirskich pojawiają się w utworach literackich, w zapisach dziennikarskich i filmach, na rysunkach Różańskiego i w odkrywanych ineditach. Po wybuchu stachuromanii w latach osiemdziesiątych, po pojawieniu się nieznanych tekstów wskazanych wyżej autorów, czas nadszedł na rzetelny opis, na dzieła literackie, nawiązujące do ich wspólnoty, a nade wszystko na źródłowy komentarz. Szatkowski jest w tym względzie bezcenny, bo to chodząca skarbnica wiedzy autentycznej, wolnej od mitologii, to ktoś, kto współprzeżywał z nimi tamten czas i bywał guru poszczególnych spotkań. Do niego jechali i u niego mieszkali, a niektóre „uczty” pojawiały się potem w licznych relacjach, oświetlanych komentarzami pisarskimi. Najważniejsze wszakże były opisy samego Jurka, który niczego nigdy nie koloryzował, a wręcz dbał rygorystycznie o wymowę faktów, o prawdziwy zapis chwil niepowtarzalnych. Jeśli lał się alkohol – mówił o tym, jeśli dochodziło do ekscesów, niczego nie ubarwiał; zawsze stosował w swoich relacjach i książkach beletrystycznych, zasadę złotego środka, prawdy absolutnej.

Myślą spajającą działania grupy przyjaciół Szatkowskiego była dbałość o oryginalność języka, który miał stanowić silny fundament wiersza, zapisu prozatorskiego, relacji faktograficznej. Najlepiej widać to w ich poezji, która stale domaga się kompleksowego opisu, wciąż czeka na odkrywcę, by zająć należne miejsce w historii literatury polskiej, jakże bezsensownie zawłaszczanej przez gwiazdy jednego sezonu. Jako dalszy ciąg – także nieopisanej źródłowo – Orientacji Poetyckiej „Hybrydy”, jako jej immanentna cząstka, dorobek grupy przyjaciół, do którego wypada też dołączyć wiersze Andrzeja Babińskiego, ma ogromna moc literacką, jest częścią wolnej, nie zafałszowanej literatury, która powstawała w ramach konkretnej epoki, buntowała się i znajdowała drogę do wolności. Język jest dla nich kluczem, bo w nim czuli się najswobodniej, w nim mogli eksperymentować do woli i ukrywać przed cenzurą odważne przemyślenia. Już sam tytuł prezentowanego tutaj wiersza jest wyraźną grą kontrkulturową i wskazuje na wszechobecną, w czasach młodości autora i jego przyjaciół, usłużność literatów, ich jakże łatwe wchodzenie w konszachty z władzą i donoszenie na przyjaciół. Dopiero teraz – u początku nowego stulecia – wychodzą na jaw donosy tych, których uważano za wyrocznie, za znanych i cenionych krytyków i prozaików. Szatkowski – wiedząc o „twórczości” tych szubrawców – robi oko do Stachury i „donosi mu”, jednocześnie nawiązując do elementów biografii kolegi. Miał być dobrym bokserem, który zdobywałby medale olimpijskie i wysłuchiwał hymnu narodowego, a on przyjął, skierowany znienacka przez los, cios poezji, uderzenie niezwykłej wrażliwości. Przy czym ta jego czułość na sprawy świata, przywiązana była szczególnie do rzeczy prostych i oczywistych: rzeki wpadającej do morza, kamienia uwierającego w bucie, powiewów wiatru i pojawiających się myśli. Powiedzieć można: …nic nowego pod słońcem…, to tylko krzyk kobiety przypisany do konkretnej daty w kalendarzu, to mężczyzna pojawiający się w jakimś „spisie treści”. Niby normalne życie, ale przecież stale rozgrywają się w nim dramaty, wciąż ktoś cierpi, ktoś umiera – trwa nieustająca zbrodnia bytów, które nie mają siły, by o siebie się upomnieć. To się może kojarzyć tylko z czasem wojny, z emblematyką swastyki, ze zmienianiem skóry przez kolejne sumienia.

Tak pamięć, jak u Babińskiego, staje się ciągiem płonących zniczów, a wiersze rodzajem wolnych komunikatorów, które nie podlegają żadnej cenzurze i wyprowadzają w pole prawdziwych donosicieli. Jednocześnie stają się one barometrem uwrażliwienia, krwawienia muz i piór, opadania skrzydeł, które miały niegdyś niezwykłą lotność. To zapis z czasów dojrzewania i powolnego przechodzenia smugi cienia, to bolesne przypomnienie, że żyjemy w czasie i przestrzeni, które są cząstką większych i rozleglejszych systemów. Ale właśnie wtedy, gdy niebo przybiera ochronny kolor szarości, siadają obok siebie rycerze okrągłego stołu i zaczynają rozważać przez palce, co dalej będą robić, jak rozumieć to, co się już zdarzyło i czego wyczekiwać w przyszłości. W takiej scenerii i podczas takiego  s p o t k a n i a  pojawia się prośba o prze-tłumaczenie tego, co rozgrywa się w jakichś tajniach, w rzeczywistościach pomniejszonych, zdegradowanych, co w podszyciu szumi na kształt/ jasnej fantasmagorii. Może właśnie tam ukryta została prawda o świecie, może tam rozgrywa się coś, co jest najważniejsze dla chwili i wieczności. Tylko takie przybliżenie, tylko taka perspektywa pozwala zauważyć, że gołąb nawiedził bestiarium – tylko taka perspektywa wyodrębnia symbole i kształty niewidoczne, daje wiedzę, którą nie zdobędzie się podczas studiowania ksiąg. To jest prawda o świecie realnym, w który trzeba wejść, by się z nim pojednać, to filozofia niewinności dziecka i czystości snu. Donos Szatkowskiego, który jest raczej grą z językiem i światem, jest też budowaniem  m o s t u, przenoszącego przyjaciół na drugą stronę czasu. Droga zaczyna się od miejsca jego poetyckich inicjacji, od wrażliwości chłopca, a kończy w jakichś surrealnych mirażach, gdzie obrazy nie mieszczą się w oczach, kości zostały rzucone i dni dokładnie policzone. To są właśnie   m y ś l i   n i e u t u l o n e  –  szukające drogi i budujące przeprawy ku przyszłości, próbujące ogarniać myślą początek i koniec, chwile pierwsze i momenty dojścia. Ludzie cały czas podlegają presji czasu – rosną paznokcie włosy i legenda – ale tematem dla utworu literackiego może być wszystko, może być proste życie, którego ślad jest jak oddech na lusterku. Słowa stale martwieją i domagają się stworzenia nowego języka, kodu kulturowego, który rozumieć będzie ścisłe grono przyjaciół, tak samo uwrażliwionych jak poeta. Upływu czasu nie da się zatrzymać, tak jak życie raz zainicjowane, nie może zatrzymać się w pędzie – chyba, że zaprzeczy samemu sobie i pogrąży się w bezduszną śmierć. Splątane fale przypominają w jakich czasach przyszło im żyć, ale oni przecież o tym dobrze wiedzą, mają się na baczności i wolą patrzeć na spokojne wody. Poeta – niczym Heraklit z Efezu – widzi przepływ zdarzeń i sytuacji, faktów i twarzy, nieustannie kontempluje odwieczne panta rei, wciąż walczy o chwilę zawieszoną pomiędzy egzystencją a martwotą. Śmierć i nekrolog nie są znakiem cierpienia, raczej obwieszczają wszem i wobec, że świat ma „o jedną udrękę mniej…”

Newer entries »

%d blogerów lubi to: