NASZE CZŁOWIECZEŃSTWO

Da_Vinci_Vitruve_Luc_Viatour1

How many roads must a man walk down/ Before you call him a man… śpiewa Bob Dylan, a właśnie w tym momencie mojego życia widzę wyraźnie te liczne szlaki. To niezwykłe uczucie, gdy można się przyglądać sobie z przeszłości i zastanawiać się nad sensem różnorakich poczynań. Mogłem przecież nigdzie się nie ruszać, stać w miejscu, pracować w jakiejś instytucji i nie wykraczać poza ramy „zwykłego” życiorysu. Mogłem też z pasją studiować uczone dzieła i siedzieć w domu, w bibliotekach, pośród innych molów książkowych, ale jednak nie szedłem tą drogą, jakoś miałem inne cele. Od samego początku coś mnie pchało do przodu, coś nakazywało mi sprawdzać się w  wielu ekstremalnych sytuacjach, w trudnych konfliktach z materią życia. Teraz patrzę w dal lat i widzę siebie pośród kolegów i koleżanek, w generacyjnych grupach, na boisku albo podczas wypraw do lasu, nad jeziora i rzeki. Biegnę przez knieje, przyspieszam gwałtownie na finiszu, tuż przed wielką łąką, a potem spokojnie, wdychając głęboko powietrze, wracam do domu. Jeżdżę na treningi kilku dyscyplin sportowych, poznaje wielu chłopaków, wiążę się też z teatralną grupą ruchową, wchodzę na scenę w stroju generała z dziewiętnastego wieku, gram w wielu spektaklach, w różnych miejscach Polski. Potem nadchodzi czas studiów polonistycznych, które też pełne są zajęć sportowych, wyjazdów na obozy kondycyjne i mistrzostwa, nie kończących się pojedynków na bieżni i boisku. Yes, how many times must the cannon balls fly/ Before they’re forever banned? Tak, nie zawsze byłem jak lecący pocisk, zdarzały się chwile zatrzymań, poczucia niespełnienia, oczekiwania na przyszłe zdarzenia, które w snach raz były pełne majestatu, a innym razem wykrzywiały się dziwacznie, przybierały kształty jak w teatrze absurdu. Ale mgły opadały, szarość zanikała, napływały błękity, turkusy i nagle odnajdywałem siebie na Liberty Island, opartego o poręcz ogrodzenia i patrzącego w zachwycie na dalekie kształty brył Manhattanu. Przekraczałem Bramę Brandenburską, kontemplowałem witraże w szwajcarskim Fryburgu i w Wilnie, słuchałem śpiewów w cerkwiach Kijowa, patrzyłem na grób Rafaela w Rzymie i wchodziłem do Zakazanego Miasta w Pekinie. Stale szukałem swojej drogi, gdy mój cień przesuwał się po Bramie Isztar w Babilonie i padał na lwa z kamienia, gdy wchodziłem z synem do muzeum Daliego w Figueras i przyglądałem się kamiennym koronkom kościoła Sagrada Familia. To był też szlak od książki do książki, od edycji do edycji i z czasem narosło ich tyle, że wypełniły całą półkę, a przecież stale pojawiają się nowe i wciąż coś mam do powiedzenia światu. W pewnym momencie trzeba sobie jednak zadać pytanie ku czemu się zmierza, kim się jest, ile czasu zostało i którędy się dalej pójdzie. Można żyć w zawieszeniu, podróżować bez końca, ale gubi się wtedy chwile zadumy nad samym sobą, można wciąż gdzieś pędzić, latać samolotami i dociskać pedał gazu, ale niszczy się wtedy ciąg dni, które spożytkować można na wprowadzenie ładu, dookreślenie najbliższych i dalszych celów, spojrzenie w głąb siebie. I choć nasza egzystencja jest ulotna i warto pamiętać, że  The answer my friend is blowin’ in the wind…, to jednak życie na najwyższych obrotach daje też poczucie pełni, zaskakuje swoimi rozwiązaniami i tajemniczymi punktami dojścia. Przeraża i zachwyca, otwiera przepaście i zamyka je w jednej chwili, a choć wiemy jaki będzie koniec każdego losu, wierzymy, że nasz będzie inny i wyjątkowy – choć siebie nie ocalimy, to w naszych pracach, gestach i czynach zachowamy etos ludzki, dojdziemy do przekonania, że naszym udziałem było prawdziwe człowieczeństwo.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: