OSTATNIA WALKA BOHATERÓW (7)

58551035_4_1000x700_spodnie-jeans-levis-615-moda

Głaskałem ją leciutko po udach, przebiegałem palcami dolną część niebieskiego stroju kąpielowego i muskałem opuszkami palców brzuch. Wpłynęliśmy dość głęboko w trzciny i teraz nasza łódź była całkowicie zakryta, oddzielona od świata, otoczona podłużnymi, zielonymi płatkami. Co jakiś czas odzywały się pływające niedaleko perkozy dwuczube i czarne łyski, przelatywały nad naszymi głowami trzciniaki i rybitwy, a gdzieś daleko, w gęstwinie olchowej długiego cypla, odzywały się zięby i sójki. Leżeliśmy na przedniej części łodzi, na której rozłożyliśmy koc, przy samym dziobie umieszczając kapoki i złożone w kostki ręczniki. Żar lał się z nieba, a jej ciało falowało przy każdym moim muśnięciu, przebiegały przez nie dreszcze i czułem jej cudowną bliskość, radość, że się znaleźliśmy i zaczęliśmy miłosną grę. Jej długie, puszyste, ciemne włosy rozsypały się wokół głowy, uda miała lekko rozchylone, a piersi rozstąpiły się na boki, jedna na prawo, druga na lewo. Krew pulsowała mi w skroniach i oddychałem pełną piersią, jakbym wchodził do tajemniczej ciemności, jakbym uczestniczył w zakazanym rytuale. Nie rozumiałem wielu rzeczy i odkrywałem tajniki jej ciała z rozkoszą, a każde dotknięcie było jak lekkie uderzenie czarodziejską różdżką o magiczny kryształ i powodowało jej reakcję. To było też jak gra na drogocennym instrumencie, koncert wszystkich zmysłów i poczucie bezpieczeństwa, pełni w cieple i dotyku, wiary w nadchodzące dni i noce. Co jakiś czas strzepywałem z jej ciała drobne owady, które wskakiwały do łodzi z liści trzcin i tataraku, muskałem ustami wewnętrzną stronę ud i stopy, przebiegałem ustami kolana i podbrzusze, dotykałem piersi i całowałem ją najżarliwiej. Ona pragnęła tego i zarazem subtelnie mnie odpychała, nie pozwalała na więcej, a kiedy tylko moja dłoń stawała się zbyt odważna, zatrzymywała ją lekko, ale stanowczo. Błękit nieba zdawał się powoli zsuwać nad naszą samotnię, nie było ani jednej chmury, a słońce opalało nasze ciała na brązowy kolor. Czułem ruchliwość i ciepło jej języka, a jak otwierałem oczy, widziałem jej opuszczone powieki i gęste rzęsy, połyskujące niebieskawo w promieniach słońca.

 Kim była ta istota, która nagle pojawiła się w moim życiu i dała mi tyle ciepła i goryczy, wspaniałych przeżyć i dramatycznych chwil. Dopiero po latach zrozumiałem jak skomplikowaną miała psychikę, jak wiele obrazów pojawiało się stale w jej głowie i jak destrukcyjne były jej młodzieńcze wspomnienia. Teraz jednak byliśmy w białej łodzi, ukrytej przed światem, pełnej światła i parzącej od słońca, a ja próbowałem zapamiętać każdą chwilę, sekunda po sekundzie i godzina po godzinie. Zacząłem pieścić dłońmi jej nabrzmiałe piersi, czując jak brodawki tężeją i unoszą się w górę, zbliżałem usta i dotykałem je wilgotnym językiem, bawiłem się jak dziecko, czując nierealność tej sytuacji. Jakbym nagle znalazł się w miejscu, gdzie nie powinienem być, jakbym robił coś zakazanego i kradł trujące owoce. Co jakiś czas odpoczywaliśmy, tuląc się do siebie i patrząc w dal, każde w inną stronę, odprowadzając wzrokiem mewę, zawieszając oko na jakiejś wyrazistszej cząstce błękitu. Potem znowu zaczynaliśmy się całować i dotykać, pieścić wybrane fragmenty ciała i gładzić skórę na przedramionach i udach. Nagle ona wyprostowała się, odrzuciła z rozmachem włosy do tyłu i powiedziała:

 – Masz takie zielone oczy i jesteś ładnym chłopcem, ale ja wciąż nie mogę zapomnieć o innych chwilach…

 Zapadłem się w sobie i natychmiast napłynęła gorycz, którą dobrze znałem i której bałem się jak ognia. To mnie w niej fascynowało i zarazem przerażało, to było cudowne i groźne, każda słodycz zaprawiona była lękiem, że za chwilę pojawi się smak piołunu. Ratując się w tym momencie, sięgnąłem po przenośny magnetofon i włączyłem go, od razu trafiając na balladę Joan Baez Donna, Donna, Donna. To była opowieść o zabijaniu niewinnego cielaka, który był taki szczęśliwy na kwiecistej łące, pośród fruwających jaskółek i powiewów wiatru, a teraz wiozą go furgonem do rzeźni, gdzie go zabiją i stanie się mięsem na ludzkim stole. Wzdrygnąłem się i poczułem się jak ten nieszczęśnik, nic złego nie zrobiłem, obdarzałem ją najczystszą czułością i delikatnością, a zostałem za to ukarany tak dotkliwie. Patrząc w jej smutne, szafirowe oczy, powtórzyłem ostatnią frazę ballady: Calves are easily bound and slaughtered/ never knowing the reason why./ But whoever treasures freedom,/ like the swallow has learned to fly. Zobaczyłem, że spod jej powiek wypływa łza i przesuwa się wolno po policzku w stronę subtelnego podbródka. Spojrzała w dal i zaśpiewała cicho: How the winds are laughing,/ they laugh with all their might./ Laugh and laugh the whole day through,/ and half the summer’s night. Ten smutek w jej głosie był nie do wytrzymania, jakby sięgał do samego dna mojej duszy, chwyciłem więc za wiosła i chciałem je przesunąć w trzcinach, ona jednak zatrzymała moje ręce i przyciągnęła mnie ku sobie.

Kątem oczu zobaczyłem żółto-brązowego ptaka, który przesunął się majestatycznie nad trzcinami  i zniknął po chwili, a ona stała się nagle tak czuła, jakby zależało jej na mnie najbardziej na świecie. Szeptała coś po angielsku i całowała mnie z rozkoszą, wykazując niezwykłą energię. Bączek już dawno zniknął za skrajem tataraków, a ja wciąż bujałem w obłokach, unosiłem się nad łodzią i zaczynałem być coraz odważniejszy. Ona popychała mnie do tego, dając mi rozkosz nie do opisania, wciskając się dosłownie w moje ciało i podniecając mnie szeptem, który momentami stawał się wyrazistszy. To była ta sama ballada, którą nieraz razem śpiewaliśmy w jej domu albo przy ognisku, gdzieś nad wzburzonym morzem lub nad niebieskimi jeziorami: Who told you a calf to be?/ Why don`t you have wings to fly with,/ like the swallow so proud and free? Nie rozumiałem jej, ale tak bardzo jej pragnąłem i w tej chwili dostałem jakby przyzwolenie na więcej śmiałości. Nasz pierwszy raz był dziki i nieoczekiwany, więc teraz chciałem jej dać czułość całego świata, delikatność nie do opisania, ciepło z głębi samego serca. Zrozumiała to i przystała na to, choć wyczuwałem jakiś lęk w jej zachowaniu, jakąś prośbę o ostrożność, której nie byłem w stanie odrzucić. Choć burzyła się we mnie krew, choć czułem ogniste podniecenie, starałem się postępować rozważnie i podążać do przodu bez pospiechu. Muskałem delikatnie miejsce, gdzie jej uda zbiegają się ze sobą, pieściłem leciutko, wnikałem blisko, dotykając przede wszystkim zewnętrznych części jej kobiecości. Nagle stało się coś niezwykłego, jej oddech wzmógł się, piersi zaczęły falować i wydała z siebie westchnienia, których dotąd nie słyszałem. To było coś tak pięknego i ulotnego, że natychmiast też poczułem się wyzwolony i świat na chwilę odpłynął poza granice mojej świadomości. Wtuliliśmy się w siebie, lekko gładząc się po piersiach i jeszcze szybko oddychając, ale od razu wyczułem, że znowu dzieje się z nią coś niedobrego. Znowu wyprostowała się szybko i zaczęła patrzeć gdzieś daleko, poza trzciny, jakby domagała się, by tam podążyć i opuścić już nasze tajemne miejsce.

              – Wracamy…? – spytała.

Czekałem na jej wyznanie, na inne słowa… Znowu poczułem jak wpływa we mnie gorycz, ale chwyciłem za wiosła i silnymi odepchnięciami zacząłem przesuwać łódź ku głębokiej toni jeziora. Raz jeszcze na jej policzkach pojawiły się łzy, ale cieszyłem się, że ona nie mogła zobaczyć dziecka, tego małego, jasnowłosego chłopczyka, który tak bardzo płakał we mnie…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: