ELEMENTY (4)

asteroidy

Trudno powiedzieć kiedy po raz pierwszy miałem do czynienia z żelazem, ale mogło to być na podwórku mojego dzieciństwa, gdzie walały się w piasku różne kawałki materii – kolorowe cząstki szkiełek od butelek po perfumach, jakieś cynkowe blaszki, drewienka, plastikowe kółka i trójkąty. Może wtedy po raz pierwszy wziąłem do ręki jakiś rdzewiejący element czegoś, co zostało zrujnowane, zepsute w czasie wojny lub krótko po niej. Urodziłem się wszakże osiemnaście lat po wielkiej dziejowej zawierusze i w wielu miejscach znaleźć można było jej ślady. Jako mały chłopiec chodziłem do niedalekiej kuźni i w drzwiach przyglądałem się jak tamtejsi kowale przygotowują w ogniu żelazne podkowy i potem sprawnie przybijają je koniom do kopyt. Na pewno żelazo pojawiło się też w moim życiu po przeprowadzce na nowe osiedle, gdzie na budowach walały się ogromne pręty zbrojeniowe, podnieść można było z ziemi najprzeróżniejsze płaskowniki i druty. Wraz z kolegami odwiedzaliśmy często owe zakazane zakątki i przynosiliśmy z tych wypraw na podwórko jakieś żelazne  e l e m e n t y. Nigdy w jakiś szczególny sposób nie kontemplowałem dotyku żelaza, ale – gdyby mnie o to spytano – natychmiast powiedziałbym o jego chłodzie. Tylko podczas upalnego lata, tylko w żarze czerwca czy lipca pręty się nagrzewały i ich dotknięcie nie generowało odczuć negatywnych. W innych momentach, sięgnięcie po tę materię związane było z informacją, wysyłana przez skórę dłoni do mózgu, że jest to przedmiot chłodny lub lodowaty. Z kolei z twardością tego tworu kosmicznego miałem do czynienia już w pierwszej klasie szkoły podstawowej, kiedy to biegałem po budowie i nadepnąłem stopą na duży gwóźdź, wbity w belkę. Potworność tamtego doświadczenia pozostała wyrazista w mojej pamięci do dzisiaj, tym bardziej, że wylądowałem w szpitalu, dostawałem zastrzyki surowicy i cierpiałem bardzo długo, aż rana się całkowicie zagoiła. Myślę, że z takim bólem, spowodowanym przez twardość żelaza lub stali, przeszywającym i odbierającym oddech, miały do czynienia miliony ludzi. Od dawien dawna tworzono przecież metalowe narzędzia do zabijania – noże, kindżały, miecze i szable a podczas wojen, bitew i pojedynczych walk przeciwnicy przeszywali się nawzajem. Od czasów dzieciństw wiem zatem, co wtedy się czuje, bo gruby, rdzewiejący ćwiek przeszył mi stopę prawie na całej szerokości i krwawiący i zapłakany ledwo dokuśtykałem do domu.

Podkowa

Z kolei, gdy byłem nieco starszy, znowu żelazo odegrało istotną rolę w moich doświadczeniach, a to za sprawą jednego z kolegów, którego przezywaliśmy Kopel. Miał na imię Mirek i uczestniczył w naszych celebrach generacyjnych, czasem pokazując swoje dzikie oblicze i niekonwencjonalne pomysły. Niestety nie wyszło mu życie i błąka się teraz bez celu gdzieś na peryferiach nowego czasu, ale wtedy był znakomitością podwórkową i proponował nam podejmowanie oryginalnych zajęć. Któregoś dnia jego ojciec przyprowadził przed blok spory wózek do pchania, zespawany z rurek i mający służyć do rozwożenia mleka w butelkach. Mirek natychmiast zaczął też go wykorzystywać do innego celu, a mianowicie do zbierania złomu, a potem zawożenia go do punktu skupu. Nie wiem dlaczego właśnie mnie zaprosił do tych wypraw, ale kilka, może kilkanaście razy jeździłem z nim po osiedlu i zbierałem złom. Nagle zacząłem mieć pieniądze, nie te ogromne, nie te papierowe, ale znaczące w budżecie dorastającego chłopca, pozwalające na kupno Coca-Coli w delikatesach, na nabywanie balonowej gumy do życia, cukierków albo lodów. Podczas tych eskapad docieraliśmy na obrzeża wielkiego lotniska, gdzie walały się przy płotach części od samolotów, przeczesywaliśmy zakamarki dzielnicy Jary, ale najczęściej podkradliśmy pręty i inne elementy na budowach, wynosiliśmy z nich chyłkiem jakieś zębatki i połamane rury. Czasem robotnicy pozwalali nam na to, innym razem gonili z krzykiem i napuszczali na nas stróżów, a nawet ormowców i milicjantów. Nie wiem do dzisiaj jak udawało nam się wychodzić cało z tych opresji, ale pamiętam te wyładowane żelazem wózki, które targaliśmy z wielkim wysiłkiem do składnicy złomu na Szwederowie. Raz też rozegrał się w niej „dramat”, gdy przywieźliśmy bardzo dużo żelaznych elementów, w tym wykonaną z tego metalu szafę narzędziową, a mój kolega, pod nieobecność przy ważeniu szefa skupu, wsunął do niej ogromny blok metalu, by zwiększyć wagę. Pracownikowi jakoś nie zgadzał się ciężar naszego złomu, z tym co widział na wadze i zajrzał do szafki – natychmiast też wyrzucił nas stamtąd, każąc zabrać to, co  przywieźliśmy. Odjechaliśmy na jakąś odległość, a po godzinie ja sam wtargałem wózek z zawartością na podwórze skupu, mówiąc właścicielowi, że to mój kolega chciał go tak oszukać. Widać okazałem się wiarygodny, bo żelazo zostało zważone i z triumfem na twarzy popędziłem do przyjaciela, dzieląc się z nim sprawiedliwie forsą. On nie zawsze bywał uczciwy w tym względzie i często próbował mnie nabrać, że dostał mniej, niż naprawdę miał w kieszeni, ale jednak jakieś złotówki do mnie trafiały.

zardzewiałe-żelazne-pręty-stos_19-107380

W latach następnych żelazo pojawiało się często w moim życiu, a najwięcej go było, gdy wraz z bratem i ojcem zaczęliśmy budować dom w Stronnie pod Bydgoszczą. Trzeba było wtedy przewieźć ogromne ilości prętów i płaskowników na budowę i znowu poczułem przejmujący chłód tego metalu, tym bardziej, że budowaliśmy też zimą. Pamiętam jak układałem lodowate elementy zbrojeń i wiązałem je drutem, ogrom cząstek żelaznych zalewaliśmy też w fundamentach i ścianach działowych. Sporo też było zranień i większych urazów, krew pojawiała się na ostrych żelaznych krawędziach i blachach, trzeba było bandażować palce i całe dłonie, a tylko wyjątkowe szczęście spowodowało, że podczas jednego upadku z wysokości, nie nadziałem się na sterczące pręty. To był też czas likwidowania mojego wielkiego mieszkania przy zbiegu ulicy Gdańskiej i Chodkiewicza, wykręcania elementów stalowych i aluminiowych, usuwania żelaznych wsporników i framug. Mój ojciec rozwoził wtedy ciekły gaz w butlach i zabierał swoim Żukiem wiele tych cząstek na naszą budowę, a skoro już mowa o jego zajęciu, to i ono związane było z moimi doświadczeniami elementarnymi. Jeździłem z nim często do pracy w różnych dzielnicach i jako dobrze rozwinięty, umięśniony młodzieniec, pomagałem mu nosić ciężkie butle. Ważyły ponad trzydzieści kilogramów i najczęściej były lodowato zimne. Nauczyłem się od ojca zarzucać je na prawe ramię i tak wnosiłem je, nawet na czwarte piętro bloków w starym Fordonie, traktując wszystko jako dobry trening i rodzaj zabawy. Ojciec dawał mi zawsze za tę pomoc jakieś pieniądze i tak, za sprawą żelaznych butli, niegdyś cięższych niż dzisiaj, mogłem uchodzić przed moją ówczesną dziewczyną za majętnego, zapraszać ją co tydzień do kina i na lody, jeździć na wycieczki po Polsce, a nawet dwa razy puścić się pociągiem na Węgry. No właśnie… tory kolejowe… W mojej pamięci pojawiają się przede wszystkim te, które biegły na południe Polski, tuż za moim osiedlem mieszkaniowym – Błoniem. Chodziliśmy z kumplami na starą, żelbetonową strzelnicę, w głębi lasu, wydobywaliśmy z piasku ołowiane czubki pocisków, a potem – wracając do domu – kładliśmy je na torach i czekaliśmy na przejazd pociągu. To doświadczenie ukazywało nam przerażającą moc tych maszyn i ciągniętych wagonów, bo na torach pozostawały sprasowane do milimetrowej grubości płatki ołowiu. Wspomniana wyżej strzelnica też pełna była żelaza, które wystawało z popękanych murów, walało się na ziemi, wystawało ze ścian, jako pozostałość po elementach konstrukcji jakichś bliżej nieokreślonych urządzeń.

zlom

Warto też wspomnieć o treningach kulturystycznych, podczas których twardość i chłód żelaza były obietnicą ukształtowania mocarnej sylwetki i dużego przyrostu mięśni. Sekcja, do której chodziłem mieściła się na Wzgórzu Dąbrowskiego, w jednej ze szkół podstawowych i wykorzystywała niewielką salę gimnastyczną do treningów. Zaczynaliśmy każdorazowo od meczu piłkarskiego, kopiąc małą piłkę i biegając od drabinek do drabinek, ale po jakimś czasie nasz trener nakazywał rozpoczęcie procesu wnoszenia sprzętu z piwnicy. Trzydziestu chłopa wędrowało na dół po schodach i sprawnie przenosiło całe żelastwo, niezbędne do wykonywania ćwiczeń. Były to sztangi, żelazne koła do nakładania, najprzeróżniejsze hantle, drążki do podciągania się, montowane na drabinkach, a także ławeczki, sprężyny i wyciągi. Początkowo to noszenie żelaza wydawało mi się katorgą, szczególnie gdy dopiero co przyjęto mnie do sekcji i obciążano bardziej od tych, którzy ćwiczyli w niej od kilku lat, ale z czasem przyzwyczaiłem się do tej niedogodności i wnosiłem sztangi oraz hantle z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku. Ćwiczenia szybko zaczęły przynosić efekty i zacząłem wyciskać na ławeczce coraz większe ciężary, sprawnie dochodząc do obciążenia marzeń – stu kilogramów. O tej „stówie” rozmawialiśmy stale z kolegami z bloku, którzy chodzili ze mną na treningi, z Markiem Bajkowskim, Ryszardem Michałkiem, a także ze starszymi kolegami z sekcji. Później, gdy trenowałem już boks w Zawiszy Bydgoszcz, często też chodziłem na salę ciężarowców i podnosiłem różnie obciążone sztangi, najczęściej jednak ćwicząc wyciskanie na ławeczkach. Dało to taki efekt, że „stówą” zacząłem ćwiczyć w seriach, a mój rekord sięgnął stu trzydziestu kilogramów, co miało miejsce już w innej sekcji, na sali gimnastycznej dawnej podstawówki na Błoniu. W mig rozbudowałem moją sylwetkę i nabrałem siły, która później niejednokrotnie mi się bardzo przydawała, czy to podczas generacyjnych walk, czy w trudach różnorodnych prac. Zachowałem w pamięci wiele chwil, w których żelazo odgrywało jakąś ważną rolę, a treningi kulturystyczne i bokserskie bez tej elementarnej materii nie byłyby możliwe.

78149635_1_644x461_obciazenie-fi-30mm-naklad-sztangielki-sztanga-hantle-gryf-lublin

I jeszcze jedno pojawienie się żelaza w moim życiu, już w dwudziestym pierwszym wieku, kiedy to dziesięć lat temu pisałem książkę o Juliuszu Słowackim i jego poetyckiej kosmogonii, jakże ciekawej i rozbudowanej w poszczególnych dziełach. Z konieczności studiowałem wtedy wiele książek o wszechświecie i materiach, w nim występujących. Jeszcze z podstawówki pamiętałem, że ogromna część Ziemi, wielkie środkowe jądro wypełnione jest niklem i żelazem (Nife), ale podczas nowych lektur zainteresowały mnie też struktury materialne asteroid i komet. Pośród wielu rodzajów planetoid, natknąć się możemy na te określane w astronomii literą M (od słowa metal), składające się przede wszystkim z żelaza i niklu. Daje się to najczęściej zidentyfikować na podstawie analizy widma i albedo składu chemicznego powierzchni. Albedo (białość), to stosunek ilości promieniowania odbitego do padającego, będący parametrem określającym zdolność odbijania promieni przez jakąś powierzchnię. Największy pas planetoid rozciąga się pomiędzy orbitami Marsa i Jowisza, gdzie potężny magnetyzm gazowego olbrzyma nie pozwolił na ukształtowanie się z pierwotnej materii mgławicowej jeszcze jednej planety. Już Johannes Kepler zastanawiał się, dlaczego jej nie ma w tamtym miejscu, co hipotetycznie stwierdził w obliczeniach, ale dopiero współczesna nauka rozstrzygnęła ten problem i wskazała na oddziaływanie Jowisza. Obok przywołanego wyżej pasa, w Układzie Słonecznym znajdziemy asteroidy także w pasie Kuipera (za orbitą Neptuna) i w obłoku Oorta, leżącego na obrzeżach naszego układu, w jednej czwartej odległości od Proxima Centauri. Są też mniejsze skupiska i samotne asteroidy obiegające Słońce po dziwnych orbitach, nazywane centaurami lub Trojańczykami. Spośród wszystkich ciał tego typu te ukształtowane z metali są chyba najbardziej fascynujące – jeśli bowiem tyle jest takich cząstek z niklu i żelaza, to czyż nie możemy założyć, że są też i takie, gdzie przeważa złoto, srebro lub platyna? Już dzisiaj snuje się futurystyczne plany wykorzystania tych bogactw naturalnych, a literatura science fiction pełna jest wizji ogromnych transportowców, przewożących minerały i rudy, opisów osiedli „kosmicznych górników” i konfliktów pomiędzy nimi. Wyprawa na planetoidę, przelatującą blisko Ziemi, jest już w zasięgu możliwości technicznych rodzaju ludzkiego, ale koszty są tutaj tak ogromne, że pewnie nie będzie to miało miejsca w najbliższych dziesięcioleciach. Warto jednak marzyć o takich przedsięwzięciach, a także rozmyślać o asteroidach w całości ukształtowanych z żelaza, będących wielkim zagrożeniem kosmicznym, ale też i skarbnicą podstawowego elementu konstrukcyjnego na naszej planecie.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: