ALEJA KLONÓW (12)

Różne rodzaje cukru

Różne rodzaje cukru

To dziwne jak wiele pamiętam z moich pierwszych lat życia, ile zdarzeń i chwil wryło się w moją pamięć i pozostało w niej na zawsze. Czy to był pająk w rogu pokoju, czy rozgrzane do czerwoności kręgi na piecu kuchennym, albo ciepło i gładkość kafli pieca pokojowego, wszystko niosę w sobie i czas to utrwalić. Jeśli chodzi o zmysły, to trzy smaki zapamiętałem z moich pierwszych lat, jakże wyraziste i pełne, eksplodujące w moich ustach i wprawiające mnie w zdumienie. Najpierw słodycz, która zachwyciła mnie, gdy mama przyniosła ze sklepu brązowy, gęsty syrop i powiedziała, że to jest melasa, którą w pierwszych latach szóstego dziesięciolecia ubiegłego wieku sprzedawano jeszcze w beczkach. Powstawała jako produkt uboczny przy produkcji cukru i dostarczano ją do sklepów spożywczych, gdzie porcjowano, nalewając do słoików i butelek. Jako trzylatek dostałem do spróbowania odrobinę i rozpłynąłem się w rozkoszy smakowej, jakby stało się coś, czego wtedy jeszcze nie mogłem pojąć. Skąd tyle wspaniałości w moich ustach, skąd ta błogość i poczucie, że zjadło się coś nieziemskiego. Mama nalała trochę lepkiej masy na talerzyk i zacząłem nabierać ją wskazującym palcem, a potem zlizywałem z niego wszystko. Niestety, to co najpierw było rozkoszne, w miarę zjadania zmieniało się w poczucie przesytu, pojawiły się mdłości i szybko zabrano mi smakołyk. Zrozumiałem wtedy jak blisko jest od ekstazy do niechęci i jak łatwo euforię zastępuje odrzucenie. Ale melasę potem jadłem jeszcze parokrotnie, aż zniknęła ze sklepów całkowicie i pozostała w mojej pamięci tylko jako wspomnienie.

Kryształki soli kuchennej

Kryształki soli kuchennej

Tak samo zachwycił mnie smak soli, w maśle na bułce, którą jako mały szkrab dostałem do zjedzenia. Sprzedawano wtedy ten tłuszcz na wagę i zabezpieczano go przed zepsuciem chlorkiem sodu. Nagryzłem kęs pieczywa i poczułem coś, co się także nie dało wyrazić i co nie mieściło się w mojej dziecinnej głowie. Eksplozja smaku była tak duża, że do dzisiaj, na jej wspomnienie, przełykam ślinę. Ale to przecież było inne pieczywo, świeże, naturalne, bez konserwantów, często jeszcze ciepłe, a i zawartość masła w maśle był zapewne stuprocentowa. Myślę, że to pierwotność tych doświadczeń smakowych była taka niezwykła, szczególnie po okresie karmienia piersią, picia herbatek ziołowych i jedzenia jałowych zupek. Nagle moje kubki smakowe zetknęły się z czymś tak konkretnym, a zarazem tak różnym od siebie, że nie wiedziałem jak na to zareagować. I w tym przypadku nadmiar soli był nie do przyjęcia, ale jej niewielkie dawki budziły wielkie emocje. Żyjąc w świecie dorosłych ludzi, powoli gubimy owe pierwiastkowe doświadczenia i zapominamy co nas szczególnie ekscytowało. Jednak, w moim przypadku, te odczucia głęboko wryły się w pamięć i dotarły w świadomości aż do chwil, gdy zostały utrwalone w słowie.

 Cytryna

Nie mogę nie wspomnieć też o moich pierwszych wrażeniach, związanych ze smakiem kwaśnym. To była cytryna, którą dostałem do ssania z cukrem i zapewne pojawiła się ona w czasie świątecznym, bo w polskich sklepach w latach osiemdziesiątych była specjalnym rarytasem. Początkowo skrzywiłem się strasznie, ale po chwili zacząłem odważnie ssać owoc i delektować się jego ostrym smakiem i niezwykłym aromatem. Może dlatego tak potem polubiłem witaminę C i rozgryzałem ją zawsze z przyjemnością, nie stroniłem też od kapusty kiszonej i kwaśnych cukierków. Zaakceptowałem te odczucia zmysłowe jako coś oczywistego i szukałem ich przy każdym posiłku, preferując kapuśniak i herbatę z cytryną, a także domagając się stale kwaskowych landrynek i dropsów. Nie wartościowałem smaków, nie zastanawiałem się, co było lepsze, ale utrwaliłem w pamięci sporo chwil, gdy w ustach czułem dziwne ściśnięcie, a w mózgu pojawiała się informacja o „kwaśności”. Babcia znała te moje upodobania i często wtykała mi, a to żółtą witaminę, a to plasterek cytryny lub trochę kapusty, dopiero co wyciągniętej z beczki. No i wołała mnie, gdy do wypicia był sok z ogórków kiszonych albo z kapusty, mówiąc, że mam go pochłonąć „duszkiem”, jak mleko rano. Razem z kolegami chodziliśmy też do niedalekiego ogrodu sąsiadów, w którym przy plocie rosły zielone winogrona, kwaśne i cierpkie, takie same były też zielone jabłka podkradane z gałęzi i zbierane w trawie.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: