KOŁA NA WODZIE

???????????????????????????????Wczoraj w południe byłem na pogrzebie mojego najbliższego kolegi z czasów dzieciństwa i dorastania, który zmarł nagle w wieku pięćdziesięciu pięciu lat. Miał na imię Marek i mieszkał w tym samym bloku, co ja, przy ulicy Gałczyńskiego, w Bydgoszczy. Wielokrotnie spotykaliśmy się w naszych mieszkaniach, grywaliśmy w warcaby i szachy, przeglądaliśmy albumy fotograficzne i przyrodnicze, rozmawialiśmy o ostatnich wydarzeniach. Zachowałem w pamięci wiele wspólnych chwil, wyjazdów na wybrzeże, wypraw rowerowych do lasów i nad jeziora. Był wspaniałym piłkarzem i jak dzisiaj widzę go w biało-czerwonych getrach na boisku naszej podstawówki, pamiętam jak dobrze rozgrywał piłkę i kierował ja ku napastnikom. Po ukończeniu ósmej klasy pojechaliśmy razem pod namiot do Chmielnik i byliśmy tam z dziesięć dni, kąpiąc się razem w Jeziorze Jezuickim, chodząc na ryby, bo on był zapalonym wędkarzem, przemierzając drogi leśne i pływając łodzią w najdalsze zakątki tego akwenu. Potem była wyprawa dłuższa, znacznie trudniejsza i wymagająca porządnego przygotowania – ruszyliśmy na Mazury, by obejść dookoła Śniardwy. Wysiedliśmy z pociągu w Rucianem-Nidzie i ruszyliśmy wzdłuż Jeziora Nidzkiego w kierunku innego długiego zbiornika, słynącego ze sportów żeglarskich. Ale zanim dotarliśmy do Bełdan, zatrzymywaliśmy się wiele razy nad zatokami, rozbijaliśmy razem namiot i cieszyliśmy się z pięknej pogody. To tam nauczyłem się pływać delfinem i tam ładowałem naturalne akumulatory na następne lata. Jedliśmy co się dało, jakieś topione serki, suche bułki ze śmietaną, graliśmy w karty i spędzaliśmy ze sobą całe dni – to była braterska przyjaźń, która gruntowała się w trudach marszu i przy organizowaniu obozowisk, przy rozpalanych ogniskach i w nurtach jezior. On chodził na ryby i przesiadywał na brzegu długie godziny, a ja brałem pędzle i akwarelki i starałem się odwzorowywać na papierze, to co widziałem i co mnie wtedy rozświetlało wewnętrznie. To tam po raz pierwszy zobaczyłem w nocy jakie mrowie gwiazd jest na niebie i tam podglądałem rzadkie ptaki, przyglądałem się leszczom, okoniom i płociom, złowionym przez Marka. Każdego dnia zasypialiśmy z poczuciem, że kolejny dzień dobrze wypełniliśmy treścią, a czyste powietrze i ruch przydawały nam siły, powodowały, że natychmiast zapadaliśmy w sen, a rano byliśmy wypoczęci i gotowi podążać dalej.

Wędrując ambitnie brzegiem Bełdan, a potem Jeziora Mikołajskiego dotarliśmy do Mikołajek, gdzie rozbiliśmy namiot na polu namiotowym. Przyjął nas starszy facet, który wydał mi się jakiś taki dziwaczny, tym bardziej, że od razu obiecywał nam jakieś gruszki na wierzbie. Poszliśmy zwiedzić miasto, a po powrocie odkryliśmy w naszym namiocie tego mężczyznę, dobierającego się do innego kolesia. Natychmiast zwinęliśmy namiot, podstępem odzyskaliśmy nasze dokumenty i ruszyliśmy na północ, wzdłuż jeziora Tałty. Stosunkowo niedaleko od Mikołajek znaleźliśmy cudowną dziką plażę, przy której rozbito wiele namiotów. To było znakomite miejsce, bo plaża była piaszczysta i łagodnie schodziła ku głębinie. Nawiązaliśmy tam wiele znajomości z innymi młodzieńcami i dziewczynami, śpiewaliśmy razem ballady Boba Dylana i odkrywaliśmy niezwykłe uroczyska w pobliskich lasach. Ach te ciepłe noce nad Tałtami, gdy leżałem na trawie i godzinami wpatrywałem się w niebo, roziskrzone miliardami gwiazd, będące wielką tajemnicą każdego życia. Siadywaliśmy razem przy ognisku, toczyliśmy dyskusje na różne tematy i planowaliśmy dalszą marszrutę. Po prawie tygodniowym pobycie w tamtym miejscu, wróciliśmy do Mikołajek i wsiedliśmy na stateczek wycieczkowy, którym popłynęliśmy na Śniardwy i z powrotem przez Tałty do pewnej przystani, z której chcieliśmy ruszyć brzegiem w kierunku Rynu. Niestety popsuła się pogoda, zaczęło lać i siedzieliśmy ze trzy dni w namiocie, wypatrując zmian. Już rekonesans na Śniardwach pokazał nam, że nie mamy szans obejść tego wielkiego akwenu, więc myśleliśmy nad tym, jak zmodyfikować trasę. Gdy trochę się przejaśniło i zaczął wiać wiatr, wysuszyliśmy namiot i materace i ruszyliśmy autobusem do Rynu. Miasteczko było wtedy dosyć zapyziałe, z niewielkim dworcem kolejowym, więc opuściliśmy je szybko i rozbiliśmy obozowisko nad kolejną urokliwą zatoką, tym razem nad Jeziorem Ryńskim. Znowu wyszło słońce i niebo wybłękitniało, więc kapaliśmy się, pływaliśmy daleko od brzegu i wysiadywaliśmy przy ognisku. To był już trzeci tydzień naszej wyprawy, powoli zaczęły nam się kurczyć pieniądze, więc ustaliliśmy, że jeszcze pojedziemy do Giżycka i stamtąd wrócimy pociągiem do Bydgoszczy.

Giżycko zrobiło na nas spore wrażenie i rozbiliśmy namiot na polu namiotowym, skąd odbyliśmy kilka wędrówek nad brzeg jeziora Niegocin, aż wreszcie postanowiliśmy popłynąć na wycieczkę kolejnym stateczkiem, tym razem do Węgorzewa i z powrotem. W mojej pamięci pozostało wiele obrazów z tamtego rejsu, a szczególnie głębie poszczególnych jezior, w których roiło się od ryb. Marek entuzjazmował się nimi i objaśniał mi czym różnią się wzdręgi od płoci, jak pod wodą rozpoznać okonie i glapy i jak wypatrzyć węgorze i szczupaki. Stateczek pruł fale, wpłynął do Kanału Łuczańskiego, mijał jeziora: Kisajno, Kirsanty i Mamry, aż kanałem Węgorapy dotarł do celu. Mieliśmy trochę czasu by pochodzić po mieścinie i potem wróciliśmy tą samą drogą, podziwiając Mazury w promieniach zachodzącego słońca. Pamiętam doskonale wspaniałą roślinność wodną, z nenufarami i kaczeńcami, ogromne stada łysek, wiele perkozów i stojących przy brzegach czapli siwych, bączków, a na niedalekich polach majestatycznie spacerujące żurawie. To był święty czas, dający się porównać z późniejszymi moimi podróżami zagranicznymi, gdy stałem przy Niagarze, wpatrywałem się w nocne światła Manhattanu, pojawiłem się w górach Kurdystanu, w starożytnym Babilonie i na chińskim murze. On tego nie miał nigdy w swoim życiu zobaczyć, ale i tak żył dość długo by poznać jego różne odcienie i smaki. Kiedyś też  – dużo wcześniej – jego rodzina zaprosiła mnie do Jadownik Rycerskich, nad Jeziorem Ostrowieckim, które też mocno wryło się w moją pamięć, a to za sprawą licznych zimorodków, zjawiskowo unoszących się nad trzcinami bączków i sów, na jednym z drzew na brzegu. Zbudowaliśmy tam tratwę z sitowia i pływaliśmy na niej póki nie nasiąkła wodą i nie zatonęła, ale też sporo pływaliśmy wpław, wiosłowaliśmy łodzią, z której on łowił ryby. Był prawdziwym znawcą kołowrotków i wędek i to za jego sprawą dowiedziałem się o takich markach jak Garbolino czy Shimano. Marek był też świetnym hokeistą, szalał na naszych szkolnych lodowiskach, razem ze mną chodził na mecze Polonii Bydgoszcz, a także stale kupował od przyjeżdżających zawodników jakieś wyjątkowe kije hokejowe. Pamiętam jakie robił wrażenie, gdy w znakomitych butach z wyjątkowymi łyżwami i kijem Smolenia, Jofy lub Koho wyjeżdżał na lód i strzelał bramkę za bramką.

A teraz stałem naprzeciw szaro-czarnej urny, w której znajdowały się jego prochy… Pogrzeby bez trumny i zwłok mają bardziej świecki charakter i wyjątkowo nie przystawała do tej sytuacji msza odprawiana przez młodego księdza. Gdy mówił o męce Chrystusa i mieszkaniu Ducha Świętego, ja widziałem Marka żywego, z plecakiem i namiotem na barkach, podążającego wraz ze mną szlakiem nad rynnowymi jeziorami. Ta piękna pogoda podczas ceremonii też była dla mnie mazurskim kryptocytatem i jakby przypomnieniem, że wszyscy podlegamy tym samym prawom przemijania i odchodzenia w niebyt, w absolutną niepamięć. Jego prochy spoczęły w rodzinnym grobie, obok matki i ojca, na cmentarzu położonym niedaleko lasu, na obrzeżach miasta. Słyszałem tam sporo głosów ptaków, które odtąd będą łączyć jego przeszłość i naturę, którą tak kochał, z teraźniejszością, z kwiatami i pąkami wybuchającymi każdego roku na wiosnę, z liśćmi i drzewami, a nade wszystko z pokoleniami nowych żywych istot w lesie, na łące i w toniach jezior. Ten byt jeziorny i rzeczy, ten wędkarz najprawdziwszy zarzucił teraz swoje wędzisko nad rzeką nicości i wpatruje się w nią nieistniejącymi oczyma. Śmierć nie pytała go o zdanie i przyszła, jak zawsze, nie w porę, a potem zażądała by dopełniły się prawa eschatologii – przeszedł przez ogień i błyskawicznie wrócił do stanu materii pierwotnej. Stałem nad jego urną i myślałem o naszych wyprawach rowerowych, o pozorowanych bójkach i długiej drodze nad jeziorami – gdzieś to przecież zostało, kiedyś się wydarzyło i nawet jeśli nie ma już jego pamięci, to płonie jeszcze w mojej. Musiał zostać jakiś ślad energetyczny w czasie, w przestrzeni, muszą też rozszerzać się nieskończenie koła na wodzie, po kamieniach, które do niej wrzuciliśmy, muszą gdzieś stale cichnąć i cichnąć nasz słowa. Nie było na tym pogrzebie naszych kolegów z podwórka, tyle życiorysów już też się skończyło, tylu hokeistów i piłkarzy znalazło swoje miejsce spoczynku, tylu za chlebem wyjechało do Niemiec, Anglii, Ameryki i Irlandii. Czułem się nieswojo jako jedyny przedstawiciel dawnej, wielkiej wspólnoty, jako ten, który będzie musiał dać świadectwo i pożegnać Marka ostatnim żywym słowem. Zrobiło mi się bardzo smutno, spojrzałem na powyginane sosnowe drzewo i zobaczyłem na nim młodą sójkę, która przysiadła na poziomej gałęzi i przekrzywiając głowę, uważnie przyglądała się ludziom zgromadzonym na pogrzebie. Zalatujcie do niego sójki, przypływajcie poprzez mistyczną głębinę szczupaki i potężne klenie, wiejcie smutno wiatry i śpiewajcie północne deszcze. On był i ja byłem razem z nim,  ale teraz już go nie ma… Ja też, choć tak intensywnie czuję pulsowanie krwi w skroniach i ciepło  złączonych dłoni, często nie wiem czy naprawdę jestem…

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: