ELEMENTY (3)

Szklo

Nasze pierwsze spotkania ze szkłem bywają bolesne i okupione przelaną krwią, nagle pojawiającą się na palcach lub innych partiach dłoni. Tak było też w moim przypadku, gdy jako mały chłopiec bawiłem się kawałkiem niebieskiego szkiełka, znalezionym na podwórku. Patrzyłem przez nie na świat i nie mogłem się nadziwić tej nagłej odmianie, a przy spojrzeniu w słońce, okazało się, że ma ono kształt okręgu, taki sam jak piłka albo owoc pomarańczy. Wszystko dookoła nagle stało się niebieskie i zacząłem manipulować magicznym filtrem, to ustawiając go pod kątem, to przykładając nieomal do oka. W pewnym momencie mój mały kciuk osunął się z ostrej krawędzi, poczułem przeszywający ból, a na palcu pojawiły się, szybko potężniejące krople krwi. Pobiegłem z płaczem do domu, znacząc ślad mojej ucieczki małymi, jaskrawymi kropelkami życiodajnego płynu. Mama szybko opatrzyła mi kciuk, bez problemów też zaczął się goić, ale jeszcze przez jakiś czas, zahaczana niechcący skóra, boleśnie dawała znać o kontuzji. Potem tych przecięć było wiele, a szczególnie na osiedlu Błonie, gdzie się przeprowadziłem z rodziną. Przy budowanych blokach stale leżały jakieś potłuczone fragmenty szyb, walały się części jakichś szklanych urządzeń, zużytych słoików i butelek. Te ostatnie najczęściej były po piwie i miały zielony lub brązowy kolor. Stłuczone też służyły do czarodziejskiego zamieniania barw świata, ale pękały tak, że miały niezwykle ostre krawędzie i łatwo można było się nimi zranić. Trudno mi teraz wyodrębnić te kolejne momenty, gdy nieostrożność kończyła się urazem, ale było ich wiele. Szczególnie zapamiętałem jedno zdarzenie, gdy podniosłem z ziemi spory trójkąt zbitej szyby i chciałem go rzucić daleko przed siebie. Chciałem obserwować jego płaski lot, ale gdy zamachnąłem się skutki okazały się opłakane. Szyba dotkliwie rozorała część mojej dłoni i musiałem szybko biec do domu, by zdezynfekować i zabandażować ją jak najściślej. To było jedno z moich  najgorszych „szklanych” doświadczeń i głęboko wryło się w pamięć, powodując, że później bywałem już ostrożniejszy.

GreenGlassBottles-630x419

Inne bolesne spotkanie z przezroczysta materią zapamiętałem dobrze, bo skończyło się wizytą u lekarza w przychodni zdrowia i sporym stresem. W latach siedemdziesiątych ubiegłego stulecia powszechne były punkty skupu butelek i słoików, usytuowane w jakichś piwnicach, na zapleczu sklepów lub w domkach jednorodzinnych. Jako chłopcy często korzystaliśmy z tego dobrodziejstwa, zawożąc do tych punktów ogromne ilości opakowań szklanych, wydobywając je ze śmietników i piwnic, znajdując pod płotami albo w miejscach, gdzie gromadzili się pijacy. Moje osiedle graniczyło z dzielnicą Jary i czasami toczyliśmy boje z chłopcami z sąsiedztwa, czasem też grywaliśmy z nimi w piłkę na wielkim polu albo spotykaliśmy ich na pobliskich kąpieliskach. W jednym z domków mieszkało dwóch braci, z których jeden był bardzo gwałtowny, ale rozgarnięty, a drugi zdawał się być stale otępiały, zakompleksiony i dziwaczny. Ten niezbyt lotny koleś zyskał u nas przezwisko Siwy i traktowany był jako rodzaj niegroźnego głupka, któremu jednak lepiej nie wchodzić w drogę. Zdarzenie, które mi się przypomina, miało miejsce na centralnej drodze Jarów, prowadzącej do skupu opakowań. Zapakowałem dwie solidne siatki butelek po winie i wódce, dołożyłem słoje, wszystko powiesiłem po obu stronach kierownicy roweru i tak obarczony ruszyłem przed siebie. Po chwili udało mi się rozpędzić i już jechałem przez Jary, widząc, że jakieś dwieście metrów przede mną sto na środku traktu ów niegroźny chłopak. Nie wiem co mnie tknęło, co spowodowało, że tak obciążony i koślawo jadący, zapragnąłem przestraszyć go i spowodować, że ucieknie gdzie pieprz rośnie. Zacząłem wrzeszczeć: Siiiwwwyyyy… i pedałowałem wprost na niego, nie zdając sobie sprawy jakie będą konsekwencje mojego postępowania. Chłopak stał odważnie i ani myślał zejść mi z drogi, dopiero, gdy prawie w niego uderzałem, wykonał zadziwiająco zwinny ruch i przekręcił ciało w prawo. Otarłem się o niego, a jedna z siatek, poruszona gwałtownie, wypluła z siebie dużą, zieloną butelkę po winie „patykiem pisanym”. W ułamku sekundy uznałem tę stratę za wartą frajdy, jaką miałem prawie taranując Siwego, ale po chwili gorzko pożałowałem tego, co zrobiłem. Prostując się na pedałach i przyspieszając, nie mogłem zauważyć, że chłopak błyskawicznie pochylił się, sięgnął po butelkę i rzucił ją z rozmachem w moim kierunku. Poczułem tępy ból w okolicach potylicy i gorąco rozlewające się po szyi, a krew szybko zaczęła zabarwiać moją koszulę i kapać na ziemię. Zeskoczyłem z roweru i przerażony zacząłem prowadzić go z powrotem w kierunku Osiedla. Siwy, gdy zobaczył, co zrobił, natychmiast czmychnął przez płot na cmentarz i zniknął pomiędzy nagrobkami, a ja wraz z mamą wylądowałem w przychodni, gdzie opatrzono moją dużą ranę.

bezbarwne_float1

Kolejne doświadczenie, związane ze szkłem miało miejsce, gdy przy nowym wieżowcu pojawiła się duża ekipa szklarzy, przygotowujących szyby okienne. Mieli ze trzy duże stoły, na których sprawnie cieli kolejne tafle, a potem umieszczali je w ramach. Przy tej okazji powstawało wiele cienkich wstęg odpadowych, a także kwadraty i prostokąty oraz mnóstwo potłuczonych kawałków. W czasach komunizmu marnotrawiono materiały na potęgę i przy tego rodzaju produkcji rosły górki zepsutych fragmentów. Przyglądaliśmy się pracującym szklarzom, ale czekaliśmy też na koniec ich dniówek, bo wtedy na wyścigi wykradaliśmy „szklane miecze” i „maczety” i improwizowaliśmy niebezpieczne walki na nie. Szkło owijało się tekturą na dole, tak by móc je uchwycić i już można było nim wywijać w powietrzu niczym białą bronią. Najdzikszy z nas – jasnowłosy Kopel – robił to tak intensywnie, że wszyscy się odsuwali albo wręcz uciekali z podwórka i z daleka przypatrywali się temu, co wyprawiał. Oczywiście w końcu zranił się paskudnie i oblał krwią, ale dla niego to nie była pierwszyzna, bo sam się okaleczał dość często, petując na skórze papierosy i robiąc sobie szerokie „sznyty” na przedramionach. Z tego szklanego dobrodziejstwa czerpali też dorośli, którzy chyłkiem wynosili z budowę sporo mniejszych kawałków szyb i używali je potem na działkach do budowy inspektów lub do odgradzania grządek. Pisałem już w moim dzienniku o tym, ale warto przypomnieć raz jeszcze – najbardziej przerażające doświadczenie ze szkłem, jakie miałem w życiu, związane było ze wspomnianym Koplem, który wszedł ze mną na dach jedenastopiętrowego mrówkowca, a znalazłszy tam duży trójkąt szkła, niewiele się zastanawiając, cisnął nim pod kątem w powietrze. Przeraziłem się tego strasznie i natychmiast zbiegłem po schodach na parter, bojąc się, że szyba, lecąc z ogromną szybkością, ścięła głowę jakiemuś dziecku albo dotkliwie zraniła dorosłą osobę. Mój zwariowany kolega biegł za mną po schodach i wrzeszczał jak najęty, popisywał się przed mijanymi ludźmi i śmiał się histerycznie, gdy zwracali mu uwagę. Na szczęście szkło, ciśnięte z dużej wysokości i szybujące w powietrzu jak gilotyna, upadło gdzieś na trawnik i nikomu nie wyrządziło krzywdy. Kilka razy potem śniło mi się, że ta szybująca tafla dekapituje rozkosznego blondynka, podążającego obok matki albo, ze trafia ciemnowłosą dziewczynę, którą wtedy czule i namiętnie kochałem.

Murano_making_a_Glass_Horse1

Jakże inne było moje doświadczenie, związane ze szkłem, na wyspie Burano, w drodze do centrum Wenecji, oddalonego od niej o jakieś siedem kilometrów. Brałem udział w wycieczce polskich poetów i zatrzymaliśmy się tam by podziwiać piękno kolorowych domów, a także wziąć udział w pokazie wydmuchiwania szkła tradycyjną metodą. Ta wyspa, położona w Lagunie Weneckiej, słynie z pięknych, specjalnie barwionych szkieł i co roku przyciąga miliony turystów. Tuż obok jest wysepka Murano, a na niej cmentarz przy kościele św. Michała, na którym pochowano Ezrę Pounda i Josifa Brodskiego. Zaprowadzono nas do tradycyjnego warsztatu, gdzie mistrzowie szklarscy pokazali nam jak się wyrabia przedmioty z rozgrzanej do czerwoności masy. Trzeba być naprawdę zręcznym i uważnym by wykonywać trudne ewolucje z czymś tak kruchym, a przy tym uzyskiwać efekty, które zachwycają od wieków ludzi na całym świecie. Wszystko zaczęło się na Murano, gdzie już w XIII wieku ukształtowano większość charakterystycznych elementów tzw. szkła weneckiego. Jest ono niezwykle barwne i pojawiło się w lagunie za sprawą uciekinierów z Bizancjum, którzy przybyli do niej w czasach IV krucjaty (1204) i nauczyli miejscowych robotników jak nasycać szkło kolorami, jak zwiększać jego przejrzystość i jak je dekorować. Po roztopieniu krzemionki i dodaniu topników oraz plastyfikatorów (tlenek sodu) uzyskuje się materię dającą się długo kształtować, a poprzez kolejne fazy schładzania i rozgrzewania wzmacnia się barwy i jasność szkła. Używa się także sodu dla uzyskania nieprzejrzystej powierzchni, azotanów i arsenu dla wyeliminowania pęcherzy. W podobny sposób uzyskuje się kolory, a barwę szkiełka, przez które patrzyłem w dzieciństwie na świat (akwamaryna) otrzymuje się przez dodanie związków miedzi i kobaltu. Wytrawny rzemieślnik potrafi łączyć różnokolorowe kawałki rozgrzanego szkła (incalmo), sprawnie też emaliuje, złoci i prążkuje, co ma szczególne znaczenie przy wyrobach misternych kielichów, pater, imitacji zwierząt i przedmiotów. Narzędzia używane w produkcji to szczypce i kleszcze używane do ręcznej obróbki szkła rozgrzanego do czerwoności (borselle), dmuchawy (canna da soffio), metalowe pręty (pontello) do nanizania części wyrobu dla wykonania końcowych czynności, obcinacze szkła (tagianti). Cały proces odbywa się przy rozległym i specjalnie skonfigurowanym stole warsztatowym (scagno). Z ogromnym zaciekawieniem przyglądałem się jak jeden z mężczyzn wyciąga rozgrzaną masę, wydmuchuje ją i kształtuje z niej pegaza. Nie wiem czy wiedział, że jego widzami są poeci i poetki, ale przedmiot, który szybko wykonał, w jakiś sposób korespondował z profesją naszego audytorium. Kiedyś marzyłem o tym, by mieć jakieś konkretne zajęcie, jakiś specjalny fach w dłoni, ale życie zaprowadziło mnie tu, gdzie jestem i tak już zostanie. Zamiast wydmuchiwać szkło, tworzyć jakieś mechanizmy, naprawiać buty albo projektować biżuterię, piszę książki i może w jakimś stopniu zajecie to bliskie jest inwencji, z jaką miałem do czynienia w warsztacie szklarskim na wyspie Burano.

4110548763_ba02c10fa9_z

Po wyjściu ze statku, płynącego przez lagunę, znalazłem się na Placu Świętego Marka i zacząłem zwiedzać wiele uliczek, zaułków, niewielkich podestów. Zachodziłem też do sklepów z kolorowym szkłem, które pyszniły się swoim kruchym przepychem. Pełno w nich było kielichów i amfor, misternie zdobionych szklanic i talerzy, a nade wszystko figurek ludzi i sylwetek zwierząt. Moją uwagę przykuły szczególnie szklane cukierki, różnorodne, barwne jak egzotyczne ptaki, ozdobione wzorami jak papierki prawdziwych słodyczy. Na środku sklepu stała ogromna misa, a w niej leżała ta niezwykła różnorodność, zwieńczona kartką z ceną. Jeden szklany cukierek, w 2003 roku, kosztował jednego euro, ale żeby efekt ozdobny w szafie czy na półce był wyrazisty, trzeba było kupić tych szklanych dziełek sztuki bardzo dużo. Jedna z pań nabyła chyba ze trzydzieści świecidełek, a ja zadowoliłem się kilkoma, może dziesięcioma, które potem i tak rozdałem rodzinie i znajomym. Kupując cokolwiek w Wenecji i w innych włoskich miastach, trzeba było bardzo uważać, bo sprzedawcy zawsze oszukiwali, wydawali mniej pieniędzy, niż powinni, podliczali sumę końcową ze specjalnym „dodatkiem” itd. Gdy się ich na tym złapało, udawali roztargnienie szybko korygowali zapłatę, gnąc się w ukłonach i przepraszając po dziesięć razy. Zetknąłem się z takimi machinacjami również w Hiszpanii, Grecji i Turcji, a także w południowej Francji. Do dzisiaj kolorowe, szklane cukierki leżą u mnie na jednej z półek, przy powieściach pisarzy amerykańskich i rosyjskich, choć może lepiej by było, gdyby w tle pojawiły się tomy Włochów. Niestety nie mam za wiele takich książek, a przypomina mi się tylko Pustynia Tatarów Dina Buzzatiego, Dziełka moralne Giacoma Leopardiego i kilka książek Umberto Eco, ale one stoją w zupełnie innym miejscu mojego mieszkania. Spacerując po Wenecji, zachodząc do kościołów z różnofarbnymi witrażami, zachowałem w pamięci kruchą, szklaną ornamentykę i różnorodność dzieł szklarzy z Murano i Burano. Dawniej miasto na wodzie miało zabudowę drewnianą i bano się, że jakikolwiek przemysł może stać się przyczyną kolosalnego pożaru. Umożliwiono zatem rozwój manufaktur szklarskich na pobliskich wyspach, które nawet gdyby spłonęły, nie zagroziłyby centrum Wenecji. Wracając dwoma autokarami do Polski pokazywaliśmy sobie nasze wielobarwne trofea, kryształowe kielichy w specjalnych futerałach, wykładanych atłasem i sporo pobrzękujących szklanych gocce, których nie dało się zjeść, ale które stały się rodzajem nieustannego zaproszenia do skosztowania czegoś słodkiego. Teraz też – gdy na nie patrzę – cieknie mi ślinka i chyba skuszę się na kawałek czekolady albo zjem jakiegoś „zakazanego” cukierka…

Reklamy

2 Komentarze

  1. krystyna said,

    2013/04/07 @ 13:19

    Dopiero dzisiaj przeczytałam twoje opowiadanie o szkle. Ja miałam kontakt ze szkłem kryształowym. Mój ojciec był prezesem rady w hucie Julia w Szklarskiej Porębie.Jeździłam do niego na wakacje. Hutę poznałam od poszewki.Wszystkie działy nie miały przede mną tajemnic. Zdarzyło się raz,że oprowadzałam wycieczkę z Krajkowa po hucie. Jednak wycieczkę można było oprowadzać tylko po niektórych działach. Może ci kiedyś opowiem jak powstawał np.wazon.

    • lebioda said,

      2013/04/07 @ 13:23

      Jestem bardzo ciekaw Twojej opowieści Krysiu. Będzie ku temu okazja
      w Poznaniu.


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: