ALEJA KLONÓW (11)

14429_299416426831303_416259678_n

Podwórko za korytarzem kończyło się niewielkim ogrodem, ograniczonym drewnianym płotem. Leżały pod nim duże sterty drewna na opał, gruz z jakiejś dawnej budowy, trochę cegieł i belek, stara szafka od zegara i komoda z wyrwanymi drzwiami. Podczas zabaw z kolegami i koleżankami skakaliśmy jak pawiany po tym wszystkim, tworząc wymyślne szlaki i ryzykując upadek z wysokości, zranienie nóg albo rąk. Najtrudniejsze było doskakiwanie do gałęzi śliwy, bujanie się na niej ruchem wahadłowym, a potem skok i lot w powietrzu ku blatowi komody. Często lądowanie było tak pechowe, że trzeba było natychmiast odbić się i przeskoczyć ku innym sprzętom lub na pagórek gruzu. Lubiłem też chodzić tam sam i wspinać się na gałęzie drzew owocowych, albo stawać na komodzie, by zza płotu obserwować to, co działo się w sąsiednim domostwie. Mogłem tak wisieć nad ziemią albo sterczeć na śmieciach przez godzinę lub dwie, tym bardziej, że tyle się działo na sąsiednim podwórzu, w zaniedbanym ogrodzie i na gankach wokół domu. Czekając na zdarzenia w dali, zauważałem też to, co miało miejsce na konarach, na ziemi, pośród krzaków porzeczek i agrestu, za szopą dziadka, w której wyrabiał i reperował buty i w mroku korytarza prowadzącego na drugie podwórko. Jeśli byłem ostrożny i zastygałem w jednej pozie, na gałęzie, tuż przy mnie, przylatywały różne ptaki, najczęściej sroki, szpaki, kawki, ale też sikorki i wróble, różnobarwne zięby i kowaliki. Raz, wcześnie rano, pojawiła się też piękna, żółto-czarna wilga, która zaczęła swój śpiewny trel, ale gdy mnie spostrzegła natychmiast odleciała chybotliwym lotem i jej głos pojawił się w dalekiej przestrzeni, jakby przytłumiony, jakby wydobywający się spod ziemi.

20315_304961126276833_645502540_n

W domku, który był w dalszej części sąsiedniego ogrodu, mieszkała piękna Dina, którą rodzice, nie wiadomo dlaczego nazywali Mimi. Dopiero po latach zrozumiałem, że jej kruczoczarne włosy, zgrabna sylwetka i piękno twarzy nie wzięły się znikąd, tylko wpisywały się w cechy charakterystyczne dla urody Żydów. Uwielbiałem na nią patrzeć i rozkoszować się jej erotyzmem, a choć miała może szesnaście lat, zbudowana już była jak dorosła kobieta. Siedziałem ukryty w gęstwinie liści wielkiego drzewa morelowego albo stałem za płotem, brzmiał we mnie żałosny jęk żydowskich skrzypiec, a Mimi nie mogła wiedzieć, że ktoś ją podgląda. Do jakiegoś czasu tylko długo rozczesywała gęstwinę włosów, zaplatała je w grube warkocze albo formowała kok, ale od jednej soboty zaczęła się rozbierać do naga, masować swoje obfite piersi, przerzucać je z boku w bok, tańczyć z podniesionymi rękoma i patrzeć na siebie w lustrze. Potem siadała na rozgrzanym od słońca parapecie i przekonana, że jest sama, zaczynała dotykać palcami tego tajemnego, owłosionego miejsca, gdzie kończyły się jej jędrne uda. Po jakimś czasie jej ciało zaczynało lekko falować, ręka poruszała się rytmicznie, a na twarzy pojawiał się czerwony rumieniec i wyraz nieziemskiej rozkoszy. Tylko raz spłoszyłem dziewczynę, gdy moja noga osunęła się z kamienia i spadła na duży słoik, tłukąc go z hałasem. Dina natychmiast zeskoczyła z parapetu do łazienki i zamknęła okno, patrząc z boku, czy ktoś nie widział jej igraszek. Słoneczne dni zapowiadały, że w oknie znowu pojawi się Mimi, będzie się opalać nago i w pewnym momencie zacznie się dotykać między udami, więc biegłem co sił na koniec ogrodu i zaczajałem się na moją ofiarę. Potem śniła mi się ona w nocy, falując we śnie jak na szerokim parapecie, ocierając się o moje ciało i całując mnie w zamknięte usta. Przestałem ją podglądać, gdy do łazienki zaczął się wślizgiwać jej kuzyn, taki wysoki blondyn z niebieskimi oczyma, który na imię miał chyba Adam. Stawał za nią, obejmował jej piersi, masował plecy i pośladki, a potem – nie bardzo wiedziałem dlaczego – razem poruszali się rytmicznie, tanecznie, przed lustrem, całowali się czule i pieścili wzajemnie. Tego było dla mnie za wiele i uznałem, że Dina została splamiona, splugawiona przez innego mężczyznę, starszego konkurenta z klanu istot inaczej zbudowanych niż dziewczęta.

11725826

Czasami na sąsiednie podwórko przyjeżdżał kolega właściciela domu i razem coś robili przy samochodzie marki Warszawa. Otwierali maskę i godzinami gapili się na silnik, coś tam poprawiali, coś dokręcali, a potem wsiadali do wozu i jechali na ulicę, by sprawdzić jak działa. Przyglądał się im ojciec głowy rodziny, staruszek już chyba osiemdziesięcioletni, który przysiadywał w płaskiej czapce na pobliskiej ławeczce i z daleka uczestniczył w tym, co działo się przy samochodzie. Często coś wykrzykiwał, unosił rękę w górę, groził synowi laską, a potem siedział długo bez ruchu, niczym jadowity gad wygrzewający się w terrarium. Nagle znowu się ożywiał, coś wykrzykiwał, energicznie wymachiwał w powietrzu laską, nawet unosił się na chwilę z ławki, po czym znowu się uspokajał i pozwalał słońcu osmalać swoją pobrużdżoną zmarszczkami twarz. Nikt nie zwracał na niego uwagi, a tylko czasami przychodził do niego chłopak chory na kretynizm, który siadał na brzegu ławki i coś bełkotał, pokazując to na samochód, to na ludzi krzątających się wokół domu. Dziadek kiwał potakująco głową, a czasami zbliżał się do niego i całował go nad czołem, prosto w gęste włosy. Chłopak też miewał wybuchy czułości, szybkim ruchem przyklękał przy starcu i całował go komicznie po rękach, obejmował za kolana jak czyniono to w dawnych czasach, w obliczu króla lub suwerena. Nie podobało się to mężczyznom przy samochodzie i coś wtedy wykrzykiwali w kierunku ławki, ale starzec nic sobie z tego nie robił, gładził chłopca po głowie i cierpliwie czekał aż ten usiądzie z powrotem obok niego. Najwięcej zabawy miałem, gdy do chłopca i starca podbiegał duży buldog i zaczajał się na nich, przysiadał na ziemi i nagle skakał w górę, prawie uderzając siedzących w czoła. Starzec groził mu laską, a chłopak raz to wstawał z ławki, raz podbiegał na dwa kroki do przodu, by szybko wrócić i chwycić w przestrachu łokieć dziadka.

602261_302795103160102_481559065_n

Pewnego dnia wszystkie dzieci z podwórka zgromadziły się przy naszym płocie, bo w gołębniku po drugiej stronie płotu, przyczepionym do dużych szop i mającym dwa piętra, wybuchł pożar. Płomienie szybko zaczęły opanowywać ściany i dachy i wiele płonących gołębi wyfruwało w powietrze by po chwili upaść na ziemię i zdychać w konwulsjach. Ludzie biegali jak oszalali, starali się polewać gołębniki i szopy ogniem z wiader, misek i z węża do podlewania ogrodu, ale płomienie były szybsze i coraz bardziej demolowały całe obejście. Po piętnastu minutach podjechały wreszcie dwa wozy strażackie i młodzi chłopcy w srebrnych hełmach i czarnych mundurach zaczęli sprawnie rozwijać węże, montować drabiny i już po chwili, z sikawek, szerokim strumieniem, zaczęła płynąć woda. Na samochodach przez cały czas świeciły się lampy ostrzegawcze, a tuż przy szoferce stał dowódca, który przez radiotelefon wydawał dyspozycje i kierował całą akcją. Nad budynkami szybko zniknął ogień, a pojawił się czarny, gryzący dym, który raz po raz docierał do nas i powodował, że zaczynaliśmy kaszleć i krztusić się. Dołączyli już do nas ciekawcy dorośli, w tym mój ojciec i przy jednym nawrocie czarnych kłębów, natychmiast zabrali nas sprzed płotu. Dopiero pod wieczór uspokoiło się wszystko i mogłem wejść na drzewo by przyjrzeć się temu, co zostało z budynków po drugiej stronie. Choć w powietrzu roznosił się jeszcze nieprzyjemny swąd i spomiędzy mokrych desek wydobywały się strugi białego dymu, rozsiadłem się w rozwidleniu gałęzi i patrzyłem na sąsiednie podwórko. Z gołębników i szop prawie nic nie zostało, wszędzie pełno było martwych gołębi, leżących na ziemi lub zebranych już w kupy do drucianego kosza, a w dali, przy bramie odgradzającej dom od sąsiedniej ulicy, stał dziadek z chorym na kretynizm chłopcem i coś pokazywali, coś żywo komentowali. Nie mogłem uwierzyć własnym oczom, w łazience, za szybą wyraźnie widać było Dinę i jej kuzyna, rytmicznie podrygujących przy umywalce, całujących się i delikatnie oplatających rękoma swoje ciała. Nagle wpadł tam właściciel domu, ojciec Mimi i zaczął szerokim pasem okładać dziewczynę i chłopaka, aż ci uciekli w popłochu i szybko pojawili się przed domem, a potem objęci poszli gdzieś poza podwórze. Ona szlochała, a on otulał ją miękką wełnianą kurtką, coś mówił i żywo gestykulował prawą ręką. Po jakimś czasie usłyszałem w domu, jak mama opowiadała ojcu o tym, co się stało za płotem – to chory chłopiec, brat Diny imieniem Samuel, podłożył ogień w gołębniku, a potem pobiegł do dziadka i mu o tym powiedział, tak jakby relacjonował pojawienie się kawki na płocie albo zerwanie się linki do prania. Dziewczyna, przyłapana z kuzynem, uciekła do jego matki i wkrótce z nimi zamieszkała, by po roku urodzić zdrową dziewczynkę. Dziadek już tego nie doczekał, bo zaraz po pożarze, z powodu nerwów i zgryzoty, umarł którejś nocy we śnie, tak jak zawsze tego pragnął, tak jak miał zapisane w księdze przeznaczeń, dobrych i złych uczynków.

__________

Ilustracje – obrazy Marca Chagalla.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: