KSIĄŻKI NAJWAŻNIEJSZE (XII)

Edwin Arlington Robinson – Mal. Lilla Cabot Perry – 1916

Edwin Arlington Robinson – Mal. Lilla Cabot Perry – 1916

Edwin Arlington Robinson urodził się 22 grudnia 1869 roku w Head Tide, w stanie Maine, skąd wkrótce jego rodzice przenieśli się do Gardiner, innego miasteczka w tymże stanie. Po uzyskaniu matury Robinson zaczął studia pomaturalne, potem zapisał się w 1891 roku na Uniwersytet Harvarda. ale śmierć ojca przerwała mu naukę. Odtąd jego życie nieustannie determinowane będzie przez wysiłki zmierzające do zdobycia pieniędzy i zapewnienia jako takiego bytu sobie i swoim najbliższym. Niestety często zabiegi te nie dają efektów – w 1896 roku umiera matka, a po niej dwaj bracia, nałogowi alkoholicy. Doświadczenia te mogły mieć wpływ na dobór tematów i często później zarzucano poecie, iż w swoich wierszach przywołuje postaci z półświatka, że opisuje różnorakie, godne politowania kreatury. Trudno się jednak temu dziwić, skoro i w jego rodzinie znaleźć można było postaci jakby żywcem wyjęte z powieści Hugo czy Zoli. On też często popadał w depresje i po przeniesieniu do Nowego Jorku, zaczął pić nałogowo. Sytuacja ulegnie poprawie dopiero wtedy, gdy w 1905 roku zainteresuje się jego wierszami sam Theodore Roosevelt i pomoże w uzyskaniu posady przynoszącej stały i efektywny dochód. Jak widać, nie oszczędzało życie jednego z największych poetów amerykańskich dwudziestego wieku, nie rzucało mu pod nogi róż i musiał przejść trudny szlak. Ale może właśnie dzięki temu pozostawił po sobie Robinson wspaniałe wiersze, które weszły do skarbnicy literatury światowej. Dla ścisłości trzeba jednak dodać, że pośród tychże znakomitych utworów, walały się także zupełnie nieudane teksty, gdzie górę nad finezją i zmysłem psychologicznym brało niczym nieutemperowane gadulstwo. Prawdą też jednak jest, iż znawcy przedmiotu nieco przesadzają w tej kwestii, a już zupełnie chybione wydają się być poglądy takich znakomitości krytycznych jak Yvor Winters i James Dickey, choć i ci przecież wskazują na niezbywalne piękności wierszy Robinsona. Rozgłos – zdobyty dopiero po latach, po zgonie na raka w 1935 roku – przyniósł autorowi cykl wierszy przedstawiających mieszkańców malutkiej osady Tillbury Town. Krytycy doszukują się w tej mieścinie obrazu rodzinnego Gardiner, które to tak mocno wryło się w dziecinną psychikę i pozostawiło ślad w wyobraźni. Wskazuje się też na niesłychane podobieństwo Tilbury do innego słynnego „poetyckiego” miasta – Spoon River Edgara Lee Mastersa, położonego co prawda nie w Nowej Anglii, ale na Środkowym Zachodzie. Nie jest to jednak posądzenie o plagiat, a podobieństwo zasadza się jedynie w swoistej metodzie twórczej, ukazującej w syntetycznym skrócie ludzkie życie, życiorys, fakty, dokonania. Ale przecież Masters jest poetą innej wrażliwości, dostrzega ogólnoludzki kontekst i swoją eschatologię wywodzi z szeroko pojmowanej filozofii. Robinson jest raczej psychologiem, starającym się w swoich zgrabnych sonetach odtworzyć wszystkie wewnętrzne rozterki i głębie charakterów, szarpanych namiętnościami i na pozór niezrozumiałych. I gdy portrety Mastersa są skończonymi traktatami o człowieku, jego przeznaczeniu i ukrytych siłach, wpływających na jego życie, wizerunki Robinsona są jakby ledwie pierwszymi szkicami, gotowymi służyć późniejszym, pogłębionym studiom. Przedstawia zatem Robinson, nie zważając na reakcje swoich purytańskich sąsiadów i krajan, ludzi marginesu, przegranych włóczęgów i pijaków. Przyglądamy się zatem dziwkarzom, rozpustnikom, pachnącym solą i rybami marynarzom, kobietom lekkich obyczajów, skąpcom, sklepikarzom, drobnym rzemieślnikom i swoistej małomiasteczkowej arystokracji. Wszyscy oni stanowią niezwykły, charakterystyczny zlepek kulturowy, wszyscy mają świadomość rozdartą, pełną głębokich pęknięć. Dlatego też nie wiedzieć dlaczego strzelają sobie w „łeb”, podpalają własne posiadłości, gwałcą, oddają się wyuzdanym uciechom cielesnym i mordują niewinnych ludzi. Wszakże wszystkie te zachowania, wszystkie te konflikty bohaterów Robinsona, ze samym sobą i otoczeniem, nie powinny dziwić, gdy przyłożymy do nich miarę purytańskiego, krępującego jakiekolwiek ruchy, nowoangielskiego gorsetu. I wtedy nieoczekiwanie odkryjemy, że w gruncie rzeczy opisuje poeta poszczególnych buntowników, ludzi, którzy najpierw zerwali z Bogiem, potem z otoczeniem, a na końcu – jak chociażby pijaczyna pan Flood –  ze samym sobą. Zauważymy, że opisuje buntowników podobnych do poety i lubianych przez niego. I nie jest przy tym niesprawiedliwym sędzią, nie jest szydercą; przedstawia raczej ludzi swojej młodości, takimi, jakimi byli, bez zbędnych zafałszowań i niepotrzebnych uwzniośleń. Dzięki temu obcujemy z ludźmi prawdopodobnymi i interesującymi, niosącymi w sobie bolesne pękniecie. Robinson czerpał przecież podnietę do swoich wierszy z realistycznego nurtu dwudziestowiecznej powieści amerykańskiej i wiele nauczył się od takich pisarzy jak chociażby Edith Wharton, John Philips Marquand czy Willa Carther. Niewątpliwie jego nauczycielami byli też i wielcy pisarze ludzkiej psychiki, Szekspir, James, Zola, co potwierdzi, poświęcając im osobne wiersze. Wróćmy jednak jeszcze na chwilę do Tilbury Town – autor kreśli, jakby na marginesie swoich osobowych prezentacji, także i portret zabitej deskami osady, gdzie właściwie niewiele jest miejsca do życia, czas płynie leniwie, a poszczególne śmierci i tragiczne zdarzenia mają charakter spektakularny i odbijają się gromkim echem w życiu autochtonów. Widzimy leżącą w dolinie mieścinę, którą raz po raz oglądają też z okolicznych wzgórz kolejni wygnańcy, wykolejeńcy i przypadkowi przybysze. Mijają oni, leżącą za rogatkami karczmę, z powybijanymi szybami i poprzez jej „tragiczne” dzieje wkraczają do miasta śmierci i smutku. Może właśnie rzeczywistość, jaką opisywał Robinson, może warunki społeczne i swoista zaściankowość jego poezji sprawiły, że przyklejono mu etykietkę poety nieudolnego, poety przegranego i nieszczęśliwego. To zapewne dlatego określano go obraźliwe poetą-gadułą i złośliwie wskazywano coraz to inne fragmenty utworów, w których autor nie umiał utrzymać swojego języka na wodzy i bajdurzył, bajał, marudził. Szkoda, że i taką perspektywę przyjęła także autorka wyboru, tłumaczka i autorka wstępu – Ludmiła Marjańska, chociaż trzeba tutaj od razu przyznać, że jej przekłady są znakomite. Translatorka doskonale „czuje” Robinsona i nieźle przekłada zarówno jego długie poematy, niewielkie obrazki czy portrety, jak i sonety, trudne do okiełznania i przełożenia. Choć z drugiej strony, jak to zwykle bywa przy selekcji z ogromnej spuścizny małego zestawu utworów, z doborem tekstów i konstrukcją książki można dyskutować. Oprócz wierszy o Tilbury Marjańska wybrała jeszcze te utwory Robinsona, które mówią o wschodnich stanach USA, o wielkich ludziach zamierzchłych epok i – w ostatnim cyklu – umieściła wycinek wierszy religijnych. Trzeba przyznać, że tego rodzaju zabieg, mowa o skontrapunktowaniu wierszy o mieszkańcach Tilbury z utworami religijnymi, dał wspaniały efekt jedności prezentowanych wierszy i spiął całość efektowną klamrą. Widać w tym robotę dobrego fachowca, należy przecież Marjańska do czołówki naszych translatorów z języka angielskiego i udanie przejęła berło po Bronisławie Zielińskim i Michale Sprusińskim. Warto zapoznać się z poezją Edwina Arlingtona Robinsona, warto skonfrontować dokonania tego poety z osiągnięciami Edgara Lee Mastersa czy Sandburga, Emersona i Whitmana, choć poetyki tych dwu ostatnich autorów nie zdołał sobie nigdy w całości Robinson przyswoić. Był jaki był, to znaczy był sobą. Może czasami rzeczywiście jego romantyczne ideały i sposób pisania nie przystawały do sytuacji w jakiej żył i pisał, może był nieco staroświecki, jednak na swój sposób modyfikował język współczesnej poezji amerykańskiej, udoskonalał go i w ostatecznym rozrachunku wywarł wielki wpływ na twórców, którzy przyszli po nim. Wspomniany już niezwykle surowy krytyk Yvor Winters musiał jednak przyznać, że Robinson jest poetą tej miary co William Wordsworth i korzystając z tradycji poezji angielskiej, w genialny sposób przekazuje amerykańskie treści.

______________________

 Edwin Arlington Robinson, Wiersze wybrane, wybrała, przełożyła i wstępem poprzedziła Ludmiła Marjańska, PIW, Warszawa 1986.

Reklamy

STO WIERSZY POLSKICH (XXVII)

 MODLITWA DO PTAKÓW

Modlę się do was jak gałęzie wierzby w suchą noc.
Niech wasze światło rozwidni moje oczy,
niech wasze skrzydła dodadzą słowom lotność
i zmniejszą strach przemijania.
 
Chce jak wy łączyć ziemię z niebem,
chwalić diadem słońca,
płomień w różach,
wysokość drzew
i sen spokojnych wód.
 
Tęsknię jak wy do wiatru,
do krain dalekich,
gdzie nieustannie ciemność się cofa
i śpiew powraca do warg jak opłatek.
 
Podarujcie mi odrobinę wolności.
 

Nikos Chadzinikolau (1935-2009) był wielkim darem dla kultury polskiej. Gdyby mieszkał w Grecji, należałby zapewne do czołówki pisarzy tego kraju, ale nie wykonałby swojej dziejowej misji. A przecież kiedy pojawił się w Polsce wszystko zdawało się być przeciwko niemu – zimny klimat, trudny do przyswojenia język i atmosfera podejrzeń, niewiary w dobre ludzkie intencje. Wszystkie przeszkody pokonywał z olimpijską sprawnością, nauczył się języka, wraz z Paulosem Raptisem zawojował sceny w całym kraju, skończył studia polonistyczne i podjął pracę jako nauczyciel języka polskiego w szkole średniej. Nie zrywał jednak więzi z Grecją i gdy to tylko stało się możliwe jeździł tam, by promować kulturę polską. U nas zaszczepiał greckie obyczaje i folklor, tłumaczył książki, promował (między innymi Eleni), a w słonecznym kraju niósł wieść o północnej krainie, jej literaturze i ludziach. Tak zgromadził ogromny dorobek, który może śmiało konkurować z największymi osiągnięciami w obu krajach. Opublikował przecież ponad sto książek, w tym 30 tomów poezji, dwie powieści, naukowe opracowanie literatury nowogreckiej 1453–1983, monografię o Odyseasie Elitisie, tłumaczenia Mitów greckich, Bajek Ezopa, Erotyków Safony, dramatów Sofoklesa (Antygona, Elektra, Król Edyp)  i Greka Zorby Kazantzakisa, był inicjatorem i edytorem Białej i Kolorowej Serii Poetyckiej (200 tomów), zorganizował ponad dwadzieścia wielkich Listopadów Poetyckich, otrzymał wiele odznaczeń i wyróżnień, w tym Złoty Krzyż Zasługi, Order Aleksandra Wielkiego i Order Uśmiechu. Po stronie greckiej jest nie mniej zasług i osiągnięć, starczy tylko powiedzieć, że przetłumaczył na grecki Baśnie polskie, antologię poezji polskiej i wybory wierszy noblistów – Szymborskiej i Miłosza. Napisał też i obronił na Uniwersytecie Adama Mickiewicza doktorat o powstaniu greckim 1821 roku, a jednocześnie przełożył wielką epopeję Homera – Iliadę. Nowy przekład Chadzinikolau czyta się z wypiekami na twarzy, bo wreszcie poemat ten zaczyna żyć swoim wewnętrznym rytmem. Nagle wątki znajdują swą kontynuacją, a zgubione przez innych translatorów treści, odsłaniają się w pełnym blasku. Dopiero ten przekład ustala proporcje, dopiero teraz widać ile narosło nieporozumień wokół głównych wątków dzieła Homera. Błędy w tłumaczeniach różnych autorów można by liczyć na tysiące, a czasem ich skala jest wręcz żenująca. W translacji Chadzinikolau wreszcie Iliada  staje się dziełem poetyckim, napisanym z lekkością, wreszcie nabiera nośności i brzmi wspaniale w naszym języku. Chadzinikolau żył poezją i w poezji, a jego kolejne zbiory liryków nabierały coraz większej głębi wyrazu, stawały się dokumentem zdumiewającej wrażliwości, nieustającego rozedrgania poetyckiego. W Modlitwie do ptaków zostały połączone dwie rzeczywistości, dwie odległe od siebie krainy – ta chłodna, której symbolem są gałęzie wierzby i ta gorąca, z diademem słońca w herbie. To są też dwie przestrzenie liryczne, które krzyżują się w świadomości poety i tworzą rodzaj enklawy, magicznego miejsca, gdzie wszystko ma wymiar szerszy i głębszy, a słowo znaczy tyle samo co wyraża i więcej niż wyraża. Symbolem tego spektrum są ptaki, które niosą w swoich oczach światło i swoim istnieniem tworzą w naturze nową jakość. Przydają statycznemu światu dynamiki, uskrzydlają chwile, potrafią przezwyciężyć prawa kosmosu i pociągnąć za sobą myśl poety. Boleśnie odczuwa on nieodwracalność przemijania i chciałby, jak one, unieść się nad rzeczywistością, zobaczyć miejsca swoich wędrówek z ich wysokości. To jest epikurejska tęsknota za tym by ogarniać wzrokiem i myślą całość stworzenia, by uczestniczyć w unii tego co ziemskie i tego co niebieskie. W wierszu tym Chadzinikolau w subtelny sposób metaforyzuje, a zarazem osiąga efekt niespotykanej ekspandacji wyobraźniowej. Z jednej strony jest to rodzima, sielska lub śródziemnomorska rzeczywistość, a ze strony drugiej, za lekko odsuniętą kotarą świata widzialnego, pojawia się przestrzeń nadrzeczywista – słońce jest wtedy najpiękniejszym klejnotem w wielkim diademie, róże płoną delikatnym ogniem, a drzewa kołyszą się spokojnie nad uśpionymi wodami. Nie po raz pierwszy arkadia poety przeistacza się w krainę snu i piękna symbolicznego – w świat mitu i baśni, opowieści o bohaterskim i ponadzmysłowym świecie. Gorzka tęsknota do wiatru/ do krain dalekich jest jak daleki smutny śpiew, jest wołaniem istoty nadwrażliwej o czystość i pełnię przeżyć, o ostateczność i lotność, jak w życiu ptaków, jak pośród gałęzi wierzby i ponad  cieniami cyprysów. Tutaj panuje wieczny dzień, światło nie gaśnie, a latające wysoko stworzenia są obietnicą odrobiny wolności, czegoś nieokreślonego, czegoś od dawna oczekiwanego. Poeta boleśnie i z euforią odczuwa spotkanie świadomości i świata, godzi się na wszystko, ale nie może zaakceptować eschatologii, która jest zaprzeczeniem dynamiki świadomie przeżywanego życia. To jest odwieczne pochylanie się nad taflą rwącej rzeki i próba sprostania heraklitejskiemu wyzwaniu, próba uchwycenia życia w chwili pierwszej i ostatniej. To jest komunia z rzeczywistością, pośród której nieustannie ciemność się cofa/ i śpiew powraca do warg jak opłatek. To jest ból tak piękny, że aż… znieczulający sam siebie…

ŻOŁNY

Pisałem już w moim dzienniku o tych pięknych ptakach, które u nas spotkać można na południu kraju. Jakoś ostatnio, w Internecie, namnożyło się sporo pięknych zdjęć tych skrzydlatych stworów. Oto niektóre z nich i żołny zachwycające urodą, aerodynamicznym kształtem i czymś, co może sugerować, że mamy do czynienia z daleką egzotykę, a tymczasem możliwe jest do sfotografowania i zobaczenia w okolicach Przemyśla i na Dolnym Śląsku.

btcIlc1YYEdoqBxpHssmQrjvBoioZdQjwZizBcVN (1)

382866_325113754270684_1247343955_n

1009_430391343676603_97952606_n

126b-750x499

223822_225122500864128_6296876_n

388273_486166684759707_950778760_n

zolny_w_laszkach

zolna-216-2fe49f481d45968fcc2d24f0b08a78c9

zolna-109-5464cd68bed147a0c2b447d0646c51f0

EiIzaIBfiGxpISqcv6ZtPoATLTsoSomEcVmnLe2p

ŚWIAT STAROŻYTNY (XIX)

Marcus_Aurelius_Glyptothek_Munich

Marcus Annius Catilius

Czytam Rozmyślania Marka Aureliusza, cesarza rzymskiego, ojca trzynaściorga dzieci, filozofa i pisarza, prowadzącego nieustanne wojny z plemionami germańskimi i Partami z wielkiego państwa w Azji (dzisiejszy Irak, Iran, część Syrii i Afganistanu). Dowodząc wojskami, przebywał wiele dni w obozach i na przygodnych postojach, gdzie łatwo można było zarazić się różnymi chorobami. Tak też się stało i w 180 roku, podczas konfliktu z Markomanami, zmarł na dżumę w Vindobonie, czyli dzisiejszym Wiedniu. Był stoikiem, ale wierząc w swoje boskie posłannictwo i służbę dla dobra kraju – głęboko przekonany, że dobrze czyni – prześladował chrześcijan, mordując ich z całą bezwzględnością. Jego myśl zaczęła wywierać wpływ na potomnych dopiero pod koniec szesnastego wieku, a dopiero w stuleciach następnych uznano go za jednego z największych filozofów rzymskich. Czytelników uwiodła jego pokora i jasność wykładu, a nade wszystko mądrość i zrozumienie spraw ziemskich. Dzisiaj jego słowa brzmią równie donośnie jak przed wiekami i skłaniają do przemyśleń. Oto w Księdze drugiej czytamy: Jak wszystko znika szybko: w świecie sami ludzie, w czasie i wspomnienie o nich! Takie są wszystkie rzeczy pod zmysły podpadające, a przede wszystkim to, co wabi przyjemnością lub przejmuje obawą bólu lub co z powodu pozornej swej wielkości jest na ustach wszystkich. Jak to jest drobne i mało ważne, i nędzne, i znikome, i trupie, to ma pojąć nasza władza myślenia. Czymże są ci, których zdania i mowy rozdają sławę…, czym jest śmierć? Gdy się kto jej samej przyjrzy i przez rozbiór jej wyobrażenia oddzieli to, co z nią łączy wyobraźnia, to za nic innego się jej nie będzie uważało, jak za dzieło natury. Kto zaś boi się dzieła natury, jest dzieckiem. A śmierć nie tylko jest dziełem natury, ale i dziełem dla niej pożytecznym. (Ks. II, 12, wszystkie cytowane tutaj fragmenty w przekładzie Mariana Reitera) Przemijalność rzeczy tego świata, nieustanne znikanie kształtów i całych systemów, zgony ludzi i zwierząt, triumfalny pochód śmierci, która tutaj uznana została za immanentny element natury. To ona w swej mądrości powołuje do istnienia nowe byty, pozwala rozwijać się organizmom ludzkim i zwierzęcym, daje impuls roślinom, by budowały swoją strukturę. Ale przecież wszystko chce żyć, drzewa przeciwstawiają się wichrom i huraganom, kwiaty łagodnie pochylają się przy podmuchach i wracają do punktu wyjścia, wszystko opiera się rozkładowi, wszystko tętni energią i szuka takich zaczepień, które pozwolą długo  i s t n i e ć. Na tym polega właśnie genialność myśli Marka Aureliusza, że poprzez wskazanie negatywów, kieruje on refleksję czytelnika ku pozytywom, mówiąc o śmierci użytecznej w naturze, generuje pierwiastkową myśl o tym, że życie jest procesem, oporem i chwilą pomiędzy narodzinami a ostatnim tchnieniem.

Pomnik konny cesarza Marka Aureliusza

Pomnik konny cesarza Marka Aureliusza

Musimy nieustannie przeciwstawiać się destrukcji, musimy walczyć o samych siebie i mieć świadomość finalnych celów. A mogą w tym pomóc takie napomknienia rzymskiego stoika: Podobny bądź do skały o którą się ciągle fale rozbijają. A ona stoi, a koło niej usypiają bałwany wody, „O ja nieszczęśliwy, że chociaż mnie to spotkało, żyję bez smutku, nie gnębi mnie teraźniejszość ani nie boję się przyszłości”. To bowiem każdemu przydarzyć się mogło, a nie każdy potrafiłby żyć z tym bez smutku. Dlaczegóż więc owo jest bardziej nieszczęściem, jak to szczęściem? Czyż w ogóle nazwiesz to nieszczęściem człowieka, co nie jest odstąpieniem od natury człowieka? Czy odstąpieniem od natury ludzkiej zdaje ci się być to, co nie jest niezgodne z wolą jego natury? Jakżesz więc? Wolę znasz. Czyż więc to, co ci się zdarzyło, wzbrania ci być sprawiedliwym, wielkodusznym, roztropnym, rozumnym, ostrożnym, szczerym, obyczajnym, wolnym i inne mieć cechy, przy których natura ludzka swą właściwość zachowuje? Pamiętaj zresztą przy każdym zdarzeniu, które cię do smutku przywodzi, o zasadzie: To nie jest nieszczęściem, owszem, szczęściem jest znosić to wzniośle. (Ks. IV, 49) Oto prawdziwa esencja myśli tego filozofa, odwracająca elementarny porządek rzeczy i nakazująca być twardym w obliczu dramatów życiowych. Nie one są istotą zdarzeń, tylko postawa człowieka wobec nich, nie one mają znaczenie, tylko ludzka umiejętność godnego ich przeżywania. Nikogo nie omijają klęski, a po dniach rozkwitu, przychodzi schyłek i upadek, nikt nie został powołany na świat, by tylko rozkoszować się jego pięknem. Będąc cieleśni, z natury rzeczy jesteśmy ułomni, smrodliwi, zaprogramowani na nieustanne odnawianie komórek i konstrukcji całego ciała. Musimy się myć, czyścić zęby, ale nasze myśli mogą wznieść się ponad organiczność naszych bytów i widzieć wszystko w wielkiej naturalnej rozległości, pośród miliardów innych, przemijających tworów, w ciągu zdarzeń mających jakiś głębszy sens. Nawet najszczęśliwszy człowiek może nagle poczuć przejmujący ból w ciele, nawet największy siłacz może upaść w jednej chwili, powalony przez chorobę, krwotok albo wynikającą z infekcji słabość. Ale wtedy powinniśmy być jak skała, jeśli nie cielesna, to duchowa, jeśli nie życiowa, to filozoficzna, pozostająca jako wspomnienie niezwykłej mądrości i samoświadomości.

Złota moneta z wizerunkiem Marka Aureliusza

Złota moneta z wizerunkiem Marka Aureliusza

Rozpad jest częścią istnienia, tak jak śmierć jest elementem życia, pointą, która wieńczy wszystko i powoduje, że coś, co zostało zainicjowane, znalazło też swój finał. To jest formuła obowiązująca w całym wszechświecie i człowiek żyje w nim na zasadzie ułudy – widzi gwiazdy, które dawno przestały istnieć, a tylko ich światło jeszcze mknie w przestrzeni, zdaje mu się, że może uchwycić teraźniejszość, a istnieje tylko w przeszłości i w marzeniu o przyszłości. Marek Aureliusz przypomina: Wnet będziesz pyłem lub szkieletem, tylko imieniem, a nawet już i imienia nie będzie. A cóż zresztą jest imię – dźwięk i echo tylko. A to, co się w życiu szacunkiem otacza wielkim, marne i zgniłe, i drobne, podobne do psiaków gryzących się ze sobą lub do dzieci sprzeczających się, skłonnych do śmiechu, a nawet potem do płaczu. (Ks. V, 33) Jakże charakterystyczne dla tego filozofa są te porównania, a zarazem jakże bolesne w perspektywie ludzkiej zarozumiałości i przekonania o wielkości. Pamiętajmy, że wypowiada je cesarz, który jest na samym szczycie drabiny społecznej i mógłby cieszyć się z bogactw i wszelkich możliwych przyjemności. Tymczasem człowiek ten wskazuje na ziemską marność i nieświadomie podążą w tym samym kierunku co starotestamentowy Kohelet: Vanitas vanitatum et omnia vanitas – Marność nad marnościami i wszystko marność (Koh 1,2). Ludzie widzą się w glorii tronów i pałaców, przedstawiani w marmurze i mosiądzu, wieńczeni boskim nimbem, a dla autora Rozmyślań są jak bezrozumne, młode szczenięta, bawiące się ze sobą, hulające nawet w obliczu niebezpieczeństw. Albo jak dzieci wchodzące na kruchy lód i uśmiechające się do siebie, będące ledwie sekundy od katastrofy i wpadnięcia w lodowatą toń – jak dzieci przekomarzające się ze sobą, raz to śmiejące się, raz płaczące, nie rozumiejące niczego, co się wokół nich dzieje. Uświadomienie sobie, że synonimem ludzkiego życia jest vanitas, to warunek wstępny szczęścia chwilowego, a więc takiego, które widzi swoją wyjątkowość i stara się wydobyć z niego jak najwięcej treści. Cóż cię więc jeszcze – pyta filozof – tu wstrzymuje jeżeli to, coś postrzegalne, jest zmienne i nietrwałe, a zmysły ciemne i złudne? Jeżeli nawet sama duszyczka – to opar krwi? Jeżeli sława wśród takich ludzi – to marność? (Ks. V, 33) Widząc tyle zbrodni i mordów, odbierając życie wrogom, skazując na śmierć chrześcijan, cesarz ten lekceważy też swoją wielkość i ustawia się w jednym szeregu z tymi, których od dawna już nie ma. Wątpi w prawdziwość doznań zmysłowych, w sławę i nieśmiertelność duszy, a wszystko ustawia w perspektywie vanitas, wszystko ukazuje jako względne i potrzebujące ludzkiego wysiłku, by ogień życia palił się jakiś czas, a potem w naturalny sposób zgasł.

Pieter Claesz, Vanitas

Pieter Claesz, Vanitas

Tylko myślenie, tylko filozofowanie da człowiekowi satysfakcję, tylko działanie i nie oglądanie się za siebie, pozwoli dojść do etapowych celów. Egzystencja ludzka zamyka się w kilku, kilkunastu, albo kilkudziesięciu obiegach planety wokół słońca, nazywanych latami, a potem pamięć po niej może przetrwać tak długo jak farba na nagrobku oprze się ekstremalnym warunkom atmosferycznym. Czasem pomnik zniszczą wrogowie, innym razem skradną go kamieniarze i przerobią na inny, z nowym imieniem i nazwiskiem, albo wyrodna córka pochowa w grobie ojca swojego kochanka i skaże rodzica na wieczne zapomnienie. To jest okrucieństwo ludzkie, które Marek Aureliusz wpisuje w kosmiczną zasadę entropii, powolnego rozmywania się materii i energii pośród lodowatej pustki: Wszechświata przyczyna – to potok rwący; wszystko unosi. Jak marne są te istotki ludzkie, te, które zajmują się sprawami społecznymi i – jak sądzą – postępują filozoficznie! Jak bez znaczenia! A więc, człowiecze: czyń to, czego w tej chwili wymaga natura. Gdy ci to dane, dąż naprzód, a nie oglądaj się na to, czy ktoś o tym będzie wiedział. Nie spodziewaj się nadejścia Rzeczypospolitej Platońskiej. Lecz bądź zadowolony, jeżeli choć krok robisz najmniejszy. I tego bądź przekonania, że w tym wypadku nic nie jest małe. Któż może zmienić zasady ludzkie? A bez zmian zasad czegóż innego można się spodziewać, jak nie służalczej niewoli ludzi, którzy jęczą, a z pozoru cię słuchają? (Ks. IX, 29) Głęboka mądrość, jaka pojawia się w Rozmyślaniach, ma swoje źródło w filozofii greckiej, ale też jest samoistna, wynikająca z doświadczeń autora, jego pozycji w społeczeństwie rzymskim i określonej hierarchii wartości. Sam czując się małym „człowieczkiem”, choć może na chwilę wyniesionym na sam szczyt, filozof przygotowuje się do wielkiej kosmicznej podróży w nieistnienie, biegu ku zatarciu śladów po nim, ale przecież – paradoksalnie – w słowach i refleksjach, w czystej filozofii i stoicyzmie, buduje sobie pomnik najtrwalszy, który przetrwa tysiąclecia. Zdumiewające są tutaj potwierdzenia współczesnej nauki, w obrębie których mieści się funkcjonalnie ów potok rwący i nasza znikomość. Galaktyki stale od siebie uciekają, a czas jest ruchem, nieustannym podążaniem do jakiegoś celu finalnego, do jakiegoś, z góry założonego, zwieńczenia i zarazem rozsypania się w proch. Dobry dzień dzisiaj mi się przydarzył – zgodnie z tym co mówi Marek Aureliusz – spędziłem go w orbicie jego myśli, wiele przemyślałem, choć vanitas cały czas wdzierała się mojego świata. Z jej perspektywy nie miałem już mózgu i serca, a tylko zimna, lodowata czaszka świeciła pośród mroku i rozsypane kości leżały w bezładzie przy niej. Vanitas vanitatum et omnia vanitas…

CHŁOPCY Z FERAJNY

4789.big

Podczas nocy noworocznej oglądałem, po raz któryś z rzędu, mój ukochany film – Chłopcy z ferajny. Nakręcił go pod koniec lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku Martin Scorsese, a premiera odbyła się w roku 1990. Trzech aktorów zagrało w nim role życia, a i sporo było zauważalnych kreacji drugoplanowych. Osią filmu stały się jednak żywiołowe popisy aktorskie Roberta De Niro jako Jamesa Conway, Raya Liotty jako Henry Hill i Joego Pesciego jako Tommy DeVito. To historia młodzieńca, półkrwi Włocha Henry’ego, który zamiast chodzić do szkoły, pałęta się pośród gangsterów, wykonuje ich drobne polecenia i zaczyna w taki sposób zarabiać pieniądze. Stopniowo wkracza do świata przemocy i okazuje się, że jest odporny na widok mordu, masakrowania niewinnych osób i zakopywania trupów w ustronnych miejscach. Choć akcja rozgrywa się przede wszystkim w Nowym Jorku, to więcej jest w tym filmie scen z przedmieść i niewielkich knajp, niż z centrum miasta, jak to było na przykład w Taksówkarzu – innym wielkim filmie tego samego reżysera. Bohaterowie nie wahają się mordować za pieniądze, dokonują skoków na wielką forsę, piją, zabawiają się z prostytutkami, a przy tym prowadzą normalne domy, rodzą się im dzieci, mają żony, które utrzymują na wysokim życiowym poziomie. Są nieobliczalni i potrafią, jak Tommy, dla zabawy zastrzelić kelnera, albo po absurdalnej wymianie zdań, zakatować gangstera, który właśnie wyszedł z więzienia. To zdarzenie stanie się ich przekleństwem, bo zabity był członkiem mafii, która nie wybacza takich przewin. Uczestnicząc w nieustających pijaństwach, wykonując polecenia szefa miejscowej organizacji – Pauliego Cicero – popisują się przed samymi sobą okrucieństwem, gwałtownością i szastaniem dolarami. Niestety, przychodzi moment zapłaty i Tommy, wystrojony i szczęśliwy, idąc na spotkanie z mafią, by zostać przyjęty do tajnego stowarzyszenia, zostaje zabity strzałem w tył głowy. Kaliber broni jest tak duży, że czaszka zostaje zmasakrowana i matka, nie może nawet pochować go w otwartej trumnie – to jeszcze jeden element zemsty. Choć w filmie częstokroć nic specjalnego się nie dzieje, a bohaterowie uczestniczą w obiadach, kolacjach, spotkaniach towarzyskich i występach artystów, to Scorsese tak zmontował swoje dzieło, że mamy wrażenie, iż nawet te, zdawać by się mogło, spowalniające akcję elementy, są znakomicie wkomponowane w całość. Wielka w tym zasługa odtwórców ról dalszego planu: Lorraine Bracco (Karen Hill),  Paula Sorvino (Paulie Cicero), Franka Sivero (Frankie Carbone), Franka Vincenta (William „Billy Batts” DeVino), Samuela L. Jacksona (Stacks Edwards), Tony’ego Darrowa (Sonny Bunz), Mike’a Starra (Frenchy), a nawet Michaela Imperioliego – nieszczęsnego „Pająka”, którego Tommy najpierw okalecza strzałem w stopę, a potem morduje bez litości na oczach kolegów. To jest świat przyjaciół, którzy po latach nie wahają się wykonać wyroku śmierci na tych, którzy razem z nimi mordowali i kradli, bili ludzi i wymuszali haracze. Główny bohater, wbrew przestrogom i groźbom bossa gangu, zaczyna handlować narkotykami i wciąga w ten proceder oraz wiele osób z swojego otoczenia. Popadając w coraz większe uzależnienie, zaczyna popełniać błędy i zostaje wytropiony przez FBI, schwytany i osadzony w więzieniu. Wychodzi za kaucją, próbuje pojednać się z szefem, ale zostaje w demonstracyjny sposób odtrącony i spodziewa się najgorszego. Podczas spotkania z Irlandczykiem Jamesem Conwayem, utwierdza się w przekonaniu, że wydano na niego wyrok śmierci. Pragnąc ocalić życie własne i członków rodziny, godzi się zostać świadkiem koronnym w wielkim procesie i korzystając z programu ochrony takich osób, przyjmuje nowe nazwisko i przeprowadza się gdzieś, gdzie jest ciepło i gdzie nie sięgają macki mafii. Film znakomicie pomyślany, świetnie nakręcony i zmontowany, trzymający przez cały czas w napięciu, pełen siarczystych wykrzykników i nieustającej agresji. Jakże prawdziwy jest inteligentny cwaniaczek kreowany przez Roberta De Niro, jaki przekonujący jest rozedrgany, nieustannie idący na całość Henry, a wreszcie jakże autentyczny jest Tommy, za rolę którego Joe Pesci otrzymał Oskara. To są role, które ukazują ludzi w amoku, nie panujących nad sobą, wkraczających w konflikt z prawem, ale mamy tutaj do czynienia z kłamcami i oszustami, na chwilę tylko deklarującymi przyjaźń. Dobrze mi są znani tacy ludzie, z którymi – może na innej płaszczyźnie – spotykałem się w grupach rówieśniczych. Oni także płonęli w ogniu szaleństwa, a z czasem trafiali do więzień, uczestniczyli w mordach, pobiciach, włamaniach i oszustwach. To oczywiście nie były postaci na miarę tych z filmu Scorsese, ale też potrafili robić rzeczy mrożące krew w żyłach. Jeden z nich, gdy razem weszliśmy na dach jednego z wieżowców, sięgnął po wielki trójkąt szkła, ze zbitej szyby i bez zastanowienia cisnął nim pod kątem w dal. Przeraziłem się, gdy pomyślałem, że to wirujące szkło może ściąć głowę jakiemuś dziecku, pchnąłem go z rozmachem i zacząłem zbiegać po schodach na dół. On przemieszczał się za mną i wrzeszczał z rozkoszą jak najęty, obwieszczał napotykanym ludziom, że jest świrem. Inny koleś podwieszał się pod koła pociągów towarowych i podróżował tak z jednej z wsi do miasta, puszczając się w pewnym momencie i rozkoszując się tym, że cały skład przetaczał się nad nim. No i ci szaleńcy, którzy skakali z wysokich drzew do wody, a przyznać muszę, że byłem pośród nich,  ryzykujący przy każdym locie, wystawiający na szwank kręgosłupy i kończyny, przecinający odważnie głową nieznane tonie. Myślę, że to jest ten sam rodzaj szaleństwa i życie pokazało, że wielu spośród moich kolegów, idąc dalej „na całość” zmarnowało swoje życia, doprowadziło do depresji ojców i matki, a potem „gniło” w więzieniach, bez możliwości wcześniejszego wyjścia na wolność. Było już grubo po trzeciej w nocy, gdy kończyłem oglądać Chłopców z ferajny i ruszyłem do drugiego pokoju, by położyć się spać. Dawno ucichły już odgłosy wystrzałów, na niebie nie pojawiały się kolorowe kule, a gdzieś tam wysoko, ponad miastem, blado połyskiwał księżyc.

Newer entries »

%d blogerów lubi to: