ELEMENTY

1

Nasz świat składa się z elementów, które tylko czasami wyodrębniamy z całości doznań i widzimy je osobno, jakby w mikroskopowym przybliżeniu. Starożytni filozofowie greccy skupiali swoją uwagę na najbardziej dynamicznych cząstkach naszego świata: ogniu, wodzie, ziemi i powietrzu, tworząc systemy, w których miały one swoje miejsce. Najpierw zajmowali się każdym żywiołem z osobna i jak Heraklit z Efezu lub Tales z Miletu, widzieli w nich zasadę świata (arché), praistotę i przyczynę wszystkiego. Dopiero za sprawą Empedoklesa z Agrygentu na Sycylii, zaczęli badać wszystko w ciągu opozycji i wymian, w nieustającej walce sprzecznych sił. Mieli wiele przykładów  destrukcyjnej siły natury i próbowali zrozumieć dlaczego istoty ludzkie, tak bezwzględnie i tragicznie,  podlegają ich prawom. Wybuch Wezuwiusza w  roku 79, opisany tak plastycznie przez Pliniusza Młodszego, ukazał grozę i moc ziemi, jako elementu burzącego i zarazem konstruującego nową rzeczywistość. Wylewy Nilu, nieustające sztormy morskie i powodzie dowodziły, że woda, dająca życie i umożliwiająca dalekie podróże, może stać się powodem wielu nieszczęść i śmierci liczonej w postępie geometrycznym. Huragany, trąby powietrzne i tornada, wiatry wiejące od morza i zacinające zimą z ogromną mocą, powodowały równie wielkie przerażenie i niszczyły ludzkie domostwa, kończyły egzystencję wielu ludzi na przełomie dziejów. Ogień też nie był ludzkim wynalazkiem, bo pojawiał się w przestrzeni podczas wyładowań atmosferycznych, wybuchów wulkanów i uderzeń meteorytów, a okiełznany przez cywilizacje, czasem wymykał się spod kontroli i niszczył całe miasta, wsie i budowle, ukazywał swoją moc podczas wojen i walk plemiennych, nie dawał szans kruchym ciałom w konfrontacji z przedwieczna mocą, przywodząca na myśl siłę słońca i pierwsze tysiąclecia kształtowania się naszej planety. Postanowiłem zainicjować nowy cykl wpisów w moim dzienniku, w których będę próbował opisać elementy mojego świata, pojawiające się w nim w wielu sytuacjach, ale też domagające się spojrzenia z góry, podsumowania wszystkiego, dopowiedzenia różnorakich treści, które się z nimi wiązały. To jakby dalszy ciąg wcześniejszych Draperii przestrzeni, choć tutaj obok spraw ogólnych, pojawią się też drobinki i refleksje nad rzeczywistymi elementami mojego świata. Kto z nas zastanawia się czym dla niego był koń, pies, kij, wiadro czy krzesło, jakie znaczenie dla jego życia miał wóz, gwiazda i ołówek, kim wreszcie dla niego byli spotykani ludzie i wielcy zmarli, albo jakie znaczenie miały cukierki, rowery, lisy  i okna? Wszystko tracimy, o wszystkim zapominamy i takie opisywanie świata może być rodzajem ocalenia i szansą na zatrzymanie w kadrze tego, co przepadłoby bezpowrotnie.

2

Na początku moja myśl biegnie ku skałom i kamieniom, cząstkom elementarnym ziemi, które niosą w sobie tajemnicę kosmiczną, zamkniętą w nich jak w najdoskonalszym nośniku. Te wielkie bryły kamienne widziałem przede wszystkim w Tatrach, w górach Chin, Kurdystanu, w Szwajcarii i Austrii, we Włoszech, we Francji i Hiszpanii. Zawsze majestatyczne, manifestujące swoją kosmotelluryczność, przywodzące na myśl  potężne i wszechwładne ziemskie bóstwa mitologiczne – babilońskiego Bela, egipską Geb, grecką Gaję czy indyjską Prythiwi. Powiązane z bóstwami podziemi, czyli chtonicznymi, stanowiące podłoże świata, opierające się mrozom i wiatrom, rozsadzane przez zamarzającą wodę. Największe wrażenie zrobiły na mnie skały w Chinach i oglądane tam z pokładu samolotu ogromne łańcuchy górskie, układające się w jakiś przedziwny, naturalny wzór. Stałem naprzeciw wietrzejących kamiennych tworów i wyobrażałem sobie ile w nich jest prawdy o naszym świecie, ile zapisanych w wyrwach i rysach momentów z dziejów planety. Także skały tatrzańskie i pienińskie głęboko wryły się w moją pamięć, choć największe wrażenie zrobiły na mnie ogromne głazy w Sudetach. Byłem tam na obozie sportowym i biegałem wraz kolegami i koleżankami po drogach w okolicach Bierutowic, Borowic i Karpacza, stale widząc bazaltowe nawisy i kamienne olbrzymy. Trochę wspinałem się w Tatrach, w Pieninach i w Sudetach, dotykając gołymi rękoma tych przedwiecznych struktur, czując ich niewyobrażalną moc i fascynując się ich wielkością. To pięcie się w górę po kamieniach miało związek z  kursem taternickim, który przechodziłem w starej strzelnicy, ukrytej w lesie, za osiedlem Błonie. Tam też nauczyłem się zaczepiać nawet najmniejszych „uchwytów” w postrzępionych, twardych powierzchniach i zacząłem opracowywać „drogi” wiodące na szczyt. Wspinaczka z kolegami w Pieninach omal nie zakończyła się tragicznie, gdy beztrosko wyszliśmy z zarośli na wielką ścianę, mającą ze dwieście metrów. Na szczęście zatrzymaliśmy się w odpowiednim momencie i nie bez trudu wróciliśmy na szlak, który doprowadził nas do Sromoców Niżnych. Z tamtego okresu pamiętam też mozolne wejście na Trzy Korony i przebywanie na tym „dachu świata” przez jakiś czas, podziwianie rozległych widoków i kontemplowanie kamienności niewielkiego wierzchołka.

3

W moim świecie dziecinnym i młodzieńczym było wiele obecności kamieni, a chyba najbardziej wymowne było siedzenie na brzegu rwącej Brdy i przebieranie rękoma w różnych, osobliwych tworach tego typu. Były zróżnicowane, jedne gładkie i jajowate, inne okrągłe, wielkości melona, ale wszystkie ciekawe, mające jakiś rysunek na powierzchni, jakąś chropowatość lub sieć wyczuwalnych pod palcami żyłek. Ileż to razy stałem też na brzegu jakiejś rzeki, jakiegoś jeziora i rzucałem płaskimi kamykami w dal, tak by się odbijały na powierzchni i robiły jak najwięcej tzw. „kaczek”. Zdarzało się też wrzucać kamienie do Oceanu Atlantyckiego, Bałtyku, Adriatyku lub Morza Śródziemnego, co samo w sobie było czymś prostym, prawie bez znaczenia, ale – w sensie filozoficznym – miało skutki dziejowe. Kamień podjęty z ziemi,  ciśnięty z rozmachem do głębiny, będzie w niej leżał sto, tysiąc, a może milion lat, póki siły pływu i zmiany linii brzegowej znowu nie wydobędą go na powierzchnię. Mnie już dawno nie będzie, a modyfikacja, której dokonałem w przestrzeni, będzie trwać bardzo długo, może nawet do końca świata. Z tych lat pierwszych pamiętam też budowanie jakichś zamków, pałaców z okruchów granitu i kobaltu, wznoszenie murów i burzenie ich podczas walk z sąsiednią ulicą, w chwili triumfu lub porażki. Wtedy też jeden z kamieni trafił mnie w głowę i poczułem boleśnie jego twardość, oblałem się krwią a rana długo goiła się i do dzisiaj wyczuwam we włosach wyraźną bliznę. Sam też rzucałem kamloty w kierunku kolegów i szczególnie pamiętam jak jeden z nich „dostał” w plecy, skoczył jak oparzony i biegał z wrzaskiem wokół swojej barykady. Swoje miejsce w tych wspomnieniach ma też duży kamień, który kiedyś rzuciłem na dach pracującego spychacza i ruszył za mną w pościg jego operator. Dopadł mnie i zaprowadził do ojca, a ten wybił mi z głowy tego rodzaju zachowania, spowodował, że głupia zabawa pozostała na zawsze w mojej pamięci. Przypomina mi się też sytuacja z jednym kolegą, który rzucił sporych rozmiarów kamień w innego kolesia i spowodował utratę przytomności, pobyt w szpitalu i dalsze konsekwencje w szkole, gdzie obniżono mu sprawowanie i przeniesiono do innej klasy. Były też wielkie głazy, które zapamiętałem – gdzieś na wzgórzach morenowych, przy kompleksach leśnych, albo na polach i nad zbiornikami wodnymi. Z jednego z nich skakałem do wody „na główkę”, przy starej cementowni, gdzie pozostało spore oczko wodne, dające możliwość ochłody w letnie, gorące dni. Na inny wspinałem się wraz z kolegami, podsadzałem ich, podawałem rękę, wciągając ich na górę, a potem skakaliśmy z niego na piasek. Moja młodzieńczość kończyła się nad Bałtykiem i tam, w zagłębieniu, przy falochronie, gdzie było mnóstwo kamyków mniejszych i większych, leżałem obmywany przez fale, cieszyłem się słońcem i przebierałem rękoma w tych kształtach kolistych i płaskich, obrobionych przez wieki w słonej wodzie.

Moje liczne podróże zawsze miały jakiś moment związany z kamieniami – kiedy to zbierałem je w Central Parku w Nowym Jorku, gdy wyciągałem z wody na brzegach Niemna lub Tybru, albo gromadziłem razem z muszlami na skraju Atlantyku, w okolicach Atlantic City lub w płyciznach Zatoki Meksykańskiej, na Florydzie, w okolicach wyspy Calanesi. Jakże żałowałem, że nie mogę wziąć do domu głazu wielkości sporego arbuza, który znalazłem w górach Kurdystanu, a który miał tak niezwykły rysunek plam i żył, że mógłby stanąć do konkursu na najpiękniejszy kamień mojego życia. Szczególnie liczne przerosty miki i jakieś metaliczne, połyskujące plamki były urokliwe, choć też sporo było czarnych i czerwonych elementów. Z kolei, gdy zatrzymaliśmy się z grupą pisarzy w Chinach, okolicach ogromnej elektrowni wodnej, otoczeni majestatycznymi górami, moją uwagę przykuły górki różnorakich kamieni, które mogły trafić tam niesione przez wodę, albo zostały przywiezione z jakiegoś innego miejsca jako materiał do budowy. Teraz bezużyteczne, leżące na hałdach zaciekawiły tylko mnie i stały się szansą przywiezienia z tamtej części świata jakichś ciekawych „elementów”, kamiennych cząstek prawdziwych Chin. To też zmiana, która mogła zaistnieć tylko dzięki kolejom moich losów i wyprawom, które odbywałem – gdybym nie pojechał do Kraju Środka, historia pięknego, niebieskawego kamienia, z trzema wyrazistymi liniami na powierzchni, nie byłaby taka niezwykła. Leżał w górach, na Wyżynie Tybetańskiej i tam by pozostał nie wiadomo jak długo, ale nadszedł sierpień 2009 roku, poleciałem przez Wiedeń do Pekinu, a potem do Xining, skąd organizatorzy wielkiego festiwalu literackiego zabrali nas w chińskie góry. Zbliżałem się do niego, ale jeszcze nic nie było przesądzone, mogliśmy pojechać inną drogą, stanąć w innym miejscu. Jednak stało się to, co się stało, zacząłem chodzić po usypisku kamiennym i wreszcie zauważyłem ten niezwykły okaz, a moja ręka zbliżyła się do niego i podniosła go. Trafił do kieszeni, potem do mojej walizki, przeleciał ze mną szmat świata i zamiast trwać w Chinach, jest teraz w moim pokoju, na jednej z półek, za szybką, przy równych szeregach książek. Jakie będą dalsze jego losy, wszak moja historia ludzka kiedyś się skończy i dla moich krewnych może on  już nie mieć znaczenia, może trafić na jakieś wysypisko, albo do jakiegoś zakamarka tej części Europy, bez szans na to, by jeszcze kiedykolwiek wrócić do swojej „ojczyzny”. Muszę pomyśleć co zrobić z moimi kamiennymi zbiorami, wszak na tym świecie niczego nie ocalimy, niczego nie zabierzemy ze sobą poza granicę śmierci. Możemy wszakże coś zainscenizować, coś przekazać potomnym, pozostawić po sobie jakąś dyspozycję, jakąś prośbę. Cokolwiek by się nie działo i jakiekolwiek by nie były dalsze losy moich kamieni, im będzie wszystko jedno i poddadzą się nieuchronnym wyrokom przyszłości.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: