LED ZEPPELIN

Celebration DayDostałem w prezencie od syna i synowej piękną edycję trzech płyt zespołu Led Zeppelin, dokumentujących wielki koncert, który miał miejsce 10 grudnia 2007 roku w londyńskiej O2 Arenie. Dwa krążki z muzyką i DVD z filmem nakręconym podczas wyjątkowego Celebration Day, który chciało obejrzeć na żywo dwadzieścia pięć milionów ludzi, ale tylko dwadzieścia tysięcy szczęśliwców zmieściło się w środku jednego z największych, modernistycznych budynków świata. To wspaniałe, że Jimmy Page, John Paul Jones, Robert Plant i syn Johna Bonhama – Jason, przezwyciężyli różnice zdań i stanęli raz jeszcze obok siebie na scenie. Zagrali wiele słynnych przebojów, w tym kultowe Stairway To Heaven, Black Dog, Dazed And Confused, The Song Remains The Same, Kashmir, Whole Lotta Love, Good Times Bad Times. Z wieloma z szesnastu zaprezentowanych utworów mam specjalne wspomnienia, tym bardziej, że moja młodzieńcza miłość – Alina – miała oryginalne płyty i często włączała gramofon podczas naszych spotkań. Ta muzyka kształtowała moje gusty, choć nie do końca akceptowałem niektóre kompozycje, wybierając do słuchania przede wszystkim Kashmir, Stairway To Heaven i Achilles Last Stand. To był czas magnetofonu szpulowego i nagrywania licznych utworów z radia i płyt, a potem słuchania ich, choć rodzice nie mogli zaakceptować tych „hałasów”. Robiło się jednak swoje, a głośna muzyka stawała się elementem buntu młodego człowieka, dawała mu siłę, a często współtworzyła mroczną aurę, jaka pojawiała się wokół mojego pokolenia. Spośród wielu zespołów rockowych – Nazereth, Uriah Heep, UFO, Black Sabbath, Budgie – pieśni Zeppelinów miały szczególne miejsce i pojawiały się w chwilach trudnych lub wymagających niezwykłej mobilizacji. Nie zapomnę tego momentu, gdy po samobójczej śmierci jednego z przyjaciół, dzień po pogrzebie poszliśmy całą paczką z niewielkim magnetofonem do jego grobu i odtworzyliśmy tam Schody do nieba. Pamiętam też dobrze żarliwość moich spotkań z ukochaną dziewczyną, gdy w jej pokoju rozbrzmiewały dźwięki gitary Page’a, a głos Planta tworzył niepowtarzalną aurę kosmicznej jedności i pełni.

Dość szybko przetłumaczyłem sobie Stairway To Heaven i często podśpiewywałem kolejne części utworu, szczególnie ceniąc to niezwykłe przyspieszenie, jakie pojawia się w trzeciej części. Ballada ta pochodzi z czwartego, studyjnego albumu zespołu,  z 1971 roku – Led Zeppelin IV – i nigdy nie pojawiła się na singlu. Jej słowa były proste, a zarazem bardzo skomplikowane i choć odnosiły się do doświadczeń innej generacji, dorastającej w innych miejscach i innym czasie, znakomicie splatały się z moimi dziejami. Tą dziewczyną, która wkracza na schody prowadzące do nieba była dla mnie Alina, ale resztę utworu odnosiłem do moich walk i niepokojów, do przekonania, że pojawi się znak i wszystko nagle się otworzy, a ja pójdę prostą drogą ku następnym latom. Słowa Planta wyraźnie wpłynęły na to, co pisałem w tamtym czasie i sporo ich pogłosów znajduję dzisiaj w moim pierwszym tomiku wierszy pt. Samobójcy spod wielkiego wozu (1980). Już wtedy wiedziałem, że wszystko jest ulotne, a nasze decyzje mogą wpłynąć na kształt przyszłości, całkowicie zrekonstruować dotychczasowe doświadczenia albo zniszczyć wszystko. Widziałem to w grupach rówieśniczych, w których bytowałem, kontemplowałem to, wpatrując się w trumny przyjaciół, odpływające na naszych ramionach ku nieistnieniu. Nie było jeszcze wtedy mocnych narkotyków, ale alkohol wystarczał by robić rzeczy bezsensowne i trudne do zrozumienia, a burzliwe dzieje pierwszych miłości splatały się z poczuciem pustki i bezsensu wszystkiego. Ileż to razy stawałem wtedy na krawędzi dnia, słysząc żałobne dźwięki gitary Page’a, ileż razy nie widziałem wyjścia z sytuacji, powtarzając za Plantem: it makes me wonder… Kimkolwiek wtedy nie byłem i co nie robiłem, ta rockowa „etiuda” dawała mi ukojenie, wprowadzała ład do rozwichrzonych myśli i nie myślałem wtedy, że ktoś będzie się w niej doszukiwać satanistycznych treści.  To był jeden z hymnów tamtego czasu, w połowie i u końca lat siedemdziesiątych dwudziestego wieku, to był manifest niezależności w obliczu mnożących się zagrożeń. Plant śpiewał, że trzeba być rozważnym i silnym:   And a new day will dawn for those who stand long/ And the forests will echo with laughter. Prześmiewczy pogłos stale się pojawiał, ale ważniejsze od niego było to, by stać twardo na ziemi i nie dawać się pokonać wrogom, by wychodzić śmiało ku wyzwaniom i chwilom najjaskrawszym.

W dniach upadku, w doznaniach mroku, w poczuciu niespełnienia i przegrania trafiał do mnie w jakiś przedziwny sposób inny utwór tego zespołu – Kashmir. Pojawił się po raz pierwszy na płycie Physical Graffiti w 1975 roku i natychmiast stał się jednym z najbardziej popularnych dokonań Zeppelinów. Plant napisał tekst do utworu w roku 1973, kiedy podróżował po Saharze, w Maroku, i na początku tytuł miał brzmieć Driving to Kashmir. Warstwa dźwiękowa zawiera dźwięki charakterystyczne dla klasycznej muzyki marokańskiej, indyjskiej i bliskowschodniej, a nastrój – obok smyczków i instrumentów dętych – kreował tutaj melotron. Może nie czułem się wtedy podróżnikiem w czasie i przestrzeni, ale znałem ciepło słońca na twarzy i gwiazdy wciąż pojawiały się w moich snach: Oh let the sun beat down upon my face/ Stars to fill my Dreams/ I am a traveler of both time and space/ To be where I have been. Rytmicznie powracające akordy przywodziły mi na myśl powolne posuwanie się karawan i przybliżanie się do wyśnionego celu, ale też był w nich smutek i rozpacz dorastania, bezradność wobec tajemniczej i żądającej poświęceń miłości. Słuchałem Kashmiru i jak Plant leciałem – Oh, I been flying… mama, there aint no denyin/ Ive been flying, aint no denyin, no denyin – leciałem w przepaść i często nie rozumiałem swoich wyborów, odnajdując siebie pośród pustyni, nad przepaścią, w obliczu jarów i jaskiń, bez wiary w to, że uda mi się pokonać trudności. Doskonale pamiętam smak tamtych porażek, nieustannie krążącą gdzieś blisko myśl o odejściu, o pozostawieniu świata, a czasem w snach wracają tamte obrazy. Stale wznosiłem się ku szczytom i opadałem ku ziemi, która wyglądała tak, jak w tej pieśni: Oh all I see turns to brown, as the sun burns the ground/ And my eyes fill with sand, as I scan this wasted land/ Trying to find, trying to find where I been. Trwała wyprawa w nieistnienie, podróż do źródeł czasu, a nowe lektury utwierdzały mnie w przekonaniu, że wszystko jest śmiertelnie poważne i w jednej chwili mogę zatracić się w marazmie i poczuciu przegrania. Sekwencje melodyczne powtarzały się regularnie, a ja widziałem powiększające się koła na wodzie, przesuwające się wolno wydmy, skały spadające z łoskotem w przepaść. Czułem się przegrany i zdruzgotany, ale tliła się we mnie nadzieja i wiedziałem, że żarliwa prośba kierowana do Stwórcy przeniesie mnie w inną sferę bytowania, obroni przed śmiercią i rozpadem. Zatem – wraz z Robertem –  szeptałem: Oh, father of the four winds, fill my sails, across the sea of years/ With no provision but an open face, along the straits of fear. Te morza lat miały być dla mnie spienione i pełne niebezpieczeństw, ale w końcu miałem dotrzeć do wymarzonego Kaszmiru i zobaczyć kwiaty nad jeziorem Dal i zasnąć spokojnie w symbolicznym Śrinagarze.

Po dniach grozy, po chwilach upadku, nadchodziły momenty mobilizacji i stawałem naprzeciw wyzwaniom, gotowy do walki. Zawsze byłem trudnym przeciwnikiem i przekonało się o tym wielu moich wrogów, szczególnie w sytuacjach krańcowych, gdzie liczył się spryt i umiejętności nabyte na boiskach, ringach i matach. Takie dni i noce były czasem słuchania utworu Led Zeppelin pt. Achilles Last Stand, takie zaczepki z losem domagały się czegoś mocniejszego i albo zamyślałem się głęboko nad sobą słuchając hymnu Immigrant Song, albo gotowałem się do walki i obmyślałem plany w tle mając jakże rytmiczne, stale powracające dźwięki tej pierwszej pieśni. Słabo wtedy posługiwałem się językiem angielskim, ale docierały do mnie nawiązania do miłości i odniesienia mitologiczne i tak jak Plant mówiłem: Oh the mighty arms of Atlas,/ Hold the heavens from the earth. To było podobne dźwiganie ducha i zagrzewanie się do starcia z mocarzami tego świata, to była gotowość do wyjścia naprzeciw wyzwaniom i przekonanie, że sprostam im. Wiele wtedy było bójek z kolegami, wiele krwawych starć, które kończyły się poważnymi urazami i wiele bezsensownych zachowań, które także finał miewały opłakany: We come from the land of the ice and snow,/ From the midnight sun where the hot springs blow… Ale wszystko razem układało się w ciąg zdarzeń prowadzących mnie do nowego życia i nowych możliwości – choć przeznaczony byłem od samego początku na odstrzał, choć kilka razy otarłem się o śmierć, wyszedłem obronną ręką z licznych opresji. Dzisiaj słuchając utworu Achilles Last Stand, myślę przede wszystkim o pisanej książce wspomnieniowej Ostatnia walka bohaterów, która stale rośnie, potężnieje tydzień po tygodniu i każe mi wracać do tamtych chwil, raz jeszcze przeżywać momenty wzniosłe i złe. Wtedy odbierałem tę pieśń jako jednoznaczny manifest walki, podjęcia ryzyka, a teraz słyszę w słowach Planta drugie dno i zauważam mistyczny wymiar przestrzeni, którą wykreował, będąc krótko po poważnym wypadku samochodowym. To jest mistyka, której korzeni szukać należy w pieśniach Williama Blake’a i starożytnych  mitologiach świata, ze szczególnym uwzględnieniem Albionu i Grecji, ale są to też wyobrażenia z prywatnej kosmogonii artysty na miarę stulecia. Żaden z rockowych zespołów nie dorównał grupie Led Zeppelin w sile i artykulacji poszczególnych przestrzeni muzycznych, żaden też nie stworzył takiego poetyckiego świata, w którym wszystko zdaje się proste, a przy bliższym oglądzie, zyskuje walor nieskończonej wieloznaczności. Ostatnia walka Achillesa stale się zaczyna i wciąż się kończy, tak jak dla wielu ludzi naszej epoki zaczyna i kończy się życie, gaśnie i rodzi się pierwsza integralna myśl. I stale, i wciąż od nowa: The mighty arms of Atlas,/ Hold the heavens from the earth ­– i nowi bohaterowie ruszają im w sukurs, nowe zaciągi ochotników wspinają się stromą, niknącą w mgłach i oparach, zagubioną drogą pośród gór.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: