BRAMKARSTWO

Andrés_Iniesta_shot_Euro_2012_final

Od samego początku czułem, że moje miejsce na boisku piłkarskim związane jest z polem bramkowym i mimowolnie tam się ustawiałem. W pierwszych klasach szkoły podstawowej rozkładaliśmy dwa tornistry na ziemi i zamiast biegać z kolegami, stałem i broniłem dostępu do przestrzeni za mną. Potem, w coraz wyższych klasach zaczęły się mecze na boisku szkolnym i tkwiłem pomiędzy słupkami bramki wykonanej z zespawanych żelaznych rur. To tam nauczyłem się rzucać, czyli jak to fachowo się nazywa, stosować robinsonady, a także zacząłem zyskiwać sławę jako najlepszy bramkarz w szkole. Wielu chciało mi strzelać gole i spora grupa zabiegała o to, bym przychodził na boisko i grał w jakichś meczach, albo pozwalał na oddawanie pojedynczych uderzeń. Byłem bramkarzem wymarzonym, bo nawet jak piłka wylatywała poza ogrodzenie szkoły, jednym wprawnym przerzutem ciała, przedostawałem się na zewnątrz przez druciany płot i przynosiłem „biedronkę” kolegom. W klasie szóstej i potem w następnych, aż do ósmej, zaczęły się mecze klasowe, które przyciągały sporą widownię, a nam kazały się mobilizować i walczyć do ostatniej kropli potu. To był już czas kupowania pasiastych getrów i trampkokorków w sklepie sportowym, pojawiać się też zaczęły pierwsze koszulki z numerami i kolorowe spodenki. Ja ubierałem się przede wszystkim w dresy, a na ręce zakładałem stare rękawice skórzane, które znakomicie pomagały przy łapaniu trudnych piłek. Te mecze miały często bardzo dramatyczny przebieg, a moje robinsonady wzbudzały zachwyt, który jednak szybko przeradzał się w złość, gdy piłka przekraczała linię bramkową. To były jednak rzadkie przypadki, częściej nagradzano mnie brawami i koledzy, a też i kibicujące koleżanki, nie wyobrażali sobie kogoś innego między słupkami klasowej „bramy”. Jurek Kowalki, który bywał kapitanem zespołu, na samym początku mówił, że na bramce ja mam stanąć i nie było tutaj żadnych konkurentów. Także w polu mieliśmy wspaniałych graczy, a chyba najlepiej dryblował i walczył w polu Krzysiek Balcer, drobny chłopak, z fenomenalnym wyczuciem piłki. Niestety bywało i tak, że podczas tych meczów dochodziło do wypadków, jeden z kolegów, potężnej postury, fatalnie złamał nogę, były jakieś zwichnięcia, a czasem dochodziło do przepychanek i większych bójek. W ósmej klasie nasz zespół był najlepszy w szkole i nawet rosły wuefista przychodził czasem na skraj skarpy, przy boisku i kibicował nam przez jakiś czas, podkreślając potem, że gramy coraz lepiej.

mod_articles352575_1

„Sepp” Maier

Tak u mnie zaczęła się prawdziwa fascynacja bramkarstwem i zacząłem trenować na własną rękę, w czym pomagali mi dwaj znacznie starsi koledzy, którzy przychodzili na nasze boisko z innej części osiedla Błonie. Z mojego balkonu widziałem ich dobrze i jak tylko pojawiali się w dali, rzucałem wszystko, odkładałem książki i zeszyty i biegłem do nich, po drodze zakładając dres, naciągając rękawice na dłonie i ciesząc się, że znowu trochę pogram. To była dobra szkoła, bo młodzieńcy mieli już chyba ze dwadzieścia lat i mieli silne nogi, a nie zwracając uwagi na moje ledwie piętnaście lat, bombardowali bramkę bez litości. Często dwie piłki były w grze, bo ja brałem też swoją, a i oni zawsze mieli znakomity sprzęt, który przynosili w dwóch dużych torbach, jakby szli na klasyczny trening piłkarski. Nieprawdopodobne były pokłady energii, którymi wtedy dysponowałem, broniąc strzał za strzałem, przeskakując wiele razy płot, a czasem bawiąc się z nimi w „kiwki” lub długie sprinty po boisku. Do dzisiaj pamiętam te atomowe strzały, które zatrzymywałem w różnoraki sposób, raz to biorąc je na „klatę”, innym razem przebijając na bok, a jeszcze kiedy indziej, chwytając piłkę w locie i sprężyście spadając na ziemię. Nie było to wcale proste, bo podłoże nie było trawiaste, tylko ziemiste, z licznymi fragmentami stwardniałej gliny lub ubitego piachu. Umiałem łapać piłkę w specjalny sposób, a jak nie było tych starszych kolegów, podchodziłem do frontu sali gimnastycznej, kopałem futbolówkę z rozmachem i chwytałem ją, po odbiciu od ściany. To właśnie ci mężczyźni, przychodzący z innych ulic, namówili mnie bym zapisał się do sekcji jakiegoś klubu, bo – jak mówili – mam wielki talent bramkarski i mogę coś w tym względzie osiągnąć. Pod koniec ósmej klasy zdarzało się, że cały dzień, od rana, do zmierzchu, byłem na boisku, uczestnicząc w dwóch, trzech meczach, broniąc pojedyncze strzały, a czasem odpoczywając w grupie, na ławce lub skarpie. Na gorąco komentowaliśmy nasze dokonania i porażki, wyrzucaliśmy sobie jakieś słabe zagrania, albo jakąś „szmatę” puszczoną przeze mnie w dniach gorszej dyspozycji – częściej jednak rozwodzono się nad moimi robinsonadami i dziwiono się, że tak wysoko potrafię wyskoczył, złapać piłkę, a potem bez problemów, zwinnie opaść na podłoże.

Jan Tomaszewski

Jan Tomaszewski

W moim pokoju, który dzieliłem z bratem, pojawiło się wiele zdjęć drużyn piłkarskich, portretów Pelego i Lubańskiego, a nade wszystko słynnych bramkarzy. Najwyżej ceniłem ”Seppa” Maiera, reprezentacyjnego bramkarza drużyny niemieckiej, który dokonywał prawdziwych cudów na bramce. Był zawodnikiem Bayernu Monachium i poruszał się z taką gracją, tak sprężyście, że natychmiast nasuwały się porównania z dzikimi kotami. Wzorowałem się na nim i podpatrywałem go, a zenit mojej fascynacji miał miejsce w 1974 roku, kiedy to Niemcy zdobyły mistrzostwo świata. Od 17 października 1973 roku pojawił się jednak u mnie rywal Maiera, polski bramkarz Jan Tomaszewski, który po początkowych wpadkach, zabłysnął w meczu eliminacyjnym na stadionie Wembley i zyskał przydomek „człowieka, który zatrzymał Anglię”. Był wysoki, a i tak wspaniale się rzucał, zatrzymywał świetnie strzały z daleka i najbliższej odległości, a do historii przeszły obronione przez niego karne. Potem – podczas Mistrzostw świata w 1974 roku, w Niemczech – bramkarz ten ugruntował swoją sławę, walnie przyczyniając się do zdobycia przez Polskę trzeciego miejsca i znowu niezwykłymi wydarzeniami były obronione jedenastki. Podczas tej wielkiej imprezy, oglądając w telewizji wiele meczów, zachwyciłem się jeszcze dwoma bramkarzami, których fotografie natychmiast zawisły na ścianie mojego pokoju – Dino Zoffem z drużyny włoskiej i reprezentantem Urugwaju Ladislao Mazurkiewiczem (zmarł właśnie kilka dni temu w swoim kraju). Goalkeeper z Italii proponował inny – „profesorski” jak to nazywał komentator Jan Ciszewski – styl gry na najbardziej eksponowanej pozycji w drużynie piłkarskiej. Był spokojny, przewidywał zagrania przeciwników, kiedy trzeba szybko wybiegał do przodu, udanie skakał do górnych piłek, a przy tym wspaniale dyrygował obrońcami. Potrafił też dokonywać prawdziwych cudów podczas robinsonad i sytuacji sam na sam. Tylko takie atomowe strzały, jak Kazimierza Deyny i Andrzeja Szarmacha, podczas wspomnianych wyżej mistrzostw, zmuszały go do kapitulacji, choć były to doprawdy okazjonalne sytuacje. Mazurkiewicz był bramkarzem polskiego pochodzenia, chociaż nigdy nie pojawił się w naszym kraju i zawsze manifestował swoje przywiązanie do Ameryki Południowej. Jego ojciec pochodził z Warszawy, a matka była Hiszpanką, ale całe życie przyszłego wielokrotnego reprezentanta kraju związane było z Urugwajem. Do historii przeszły jego wspaniałe interwencje w meczach z „odwiecznymi” wrogami, Brazylią i Argentyną, a i na kolejnych mistrzostwa świata, wymieniany był w gronie najlepszych bramkarzy. Podziwiałem jego „sprężystość” i skoczność, a nade wszystko refleks i wyczucie akcji, ustawianie się we właściwych miejscach i natychmiastowe podejmowanie decyzji w polu.

Dino Zoff w akcji

Dino Zoff w akcji

Moje fascynacje piłką nożną i brakarstwem miały swój pierwszy finał w dwóch bydgoskich klubach – Polonii i Zawiszy, gdzie zapisałem się do sekcji i chodziłem na treningi. Zdecydowanie bardziej profesjonalne były moje spotkania na boiskach Polonii, gdzie moim trenerem był Marian Norkowski, niegdysiejszy król strzelców pierwszej ligi piłkarskiej (1960) i sześciokrotny reprezentant Polski. Szatnia była dość obskurna, stosunki pomiędzy chłopakami z drugiej drużyny, dość napięte, co odbijało się na poziomie gry. Najczęściej rozgrywaliśmy mecze na rezerwowym boisku, gdzie grunt był bardzo twardy i ciężko było tam bronić. Bramki wstawiono oryginalne, a więc ogromne, ale nie zadbano o resztę spraw związanych z przygotowaniem placu gry. Nie była to murawa, tylko stwardniały piach, na którym często dochodziło do kontuzji. Norkowski był fajnym facetem, ale raczej nie miał żyłki trenerskiej i puszczał nas na żywioł, odchodząc gdzieś daleko, przyglądając się drzewom i temu, co działo się poza stadionem. Kiedyś stał przy bramce przeciwników, a ja wpuściłem akurat solidną szmatę, więc krzyknął na cały głos: Lebioda, ty klarnecie… Przypominam to sobie czasami i jak coś mi nie wychodzi, sam do siebie też tak się w myślach odzywam. Z drużyną tego trenera rozegrałem kilka meczy i miałem okazję bronić strzały znanych piłkarzy. Na bydgoskim Zachemie tak wyszedł mi jeden mecz, że obecny tam trener pierwszej drużyny Polonii – Jan Góral – zaczął mnie trenować razem z pierwszym bramkarzem, który był zwinny, ale zdecydowanie za niski i puszczał sporo górnych piłek. Dostawałem solidnie w kość, ale często spotykaliśmy się na głównej murawie, gdzie robinsonady były bezpieczne i nie powodowały otarć i większych zranień.  Był to też czas moich fascynacji sportami walki i zacząłem zawalać treningi piłkarskie na rzecz siłowni i sali, w której wdawałem się w kopaninę z kolegami z sekcji karate. Jeszcze odszukał mnie trener drugiej drużyny Zawiszy i uczestniczyłem w treningach jakieś pół roku, aż definitywnie dałem sobie spokój z brakarstwem klubowym. Podczas tych spotkań miałem okazje bronić strzałów Zbigniewa Bońka, Henryka Miłoszewicza, a także wielu innych znanych bydgoskich piłkarzy, a zdarzało się, że pochwalił moje interwencje znakomity bramkarz Zawiszy Andrzej Brończyk. Nie miałem szans na to, by dostać się do pierwszej drużyny, więc z dnia na dzień dałem sobie spokój  z tymi treningami, przeskakując na sale bokserską. Drugi finał moich wyczynów bramkarskich związany jest z drużyną piłkarską Wyższej Szkoły Pedagogicznej, gdzie znalazło się dla mnie miejsce w pierwszym składzie. Pojechałem z nimi na mistrzostwa szkół wyższych do Częstochowy, rozegrałem kilkanaście pełnowymiarowych meczów, często broniąc jak w transie, ale były to zajęcia, w które nie wkładałem już tyle energii, co wcześniej. Trener Bathke też podchodził do całej sprawy relaksacyjnie i z całej mojej kariery bramkarza akademickiego zapamiętałem incydent podczas wspomnianych wyżej mistrzostw, kiedy to podczas jednego z moich odważnych wyjść do piłki, atakujący napastnik z ogromnym impetem kopnął mnie podbiciem w twarz. Na chwilę straciłem przytomność, przeciwnik dostał czerwoną kartkę, a ja szybko wróciłem do formy i grałem w następnych meczach. Czasem myślę żartobliwie, że ten potężny kop poprzestawiał coś w mojej głowie, porzuciłem sport wyczynowy i zacząłem pisać…

Reklamy

1 komentarz

  1. Uruguayo said,

    2013/01/08 @ 17:30

    Cieszę się, że napisał Pan o Mazurkiewiczu – uwielbiałem tego wspaniałego zawodnika, choć oczywiście jego występy znam tylko z archiwalnych nagrań. Muszę jednak przyznać, że gdybym miał ustawiać drużynę wszech czasów, to chyba moim pierwszym bramkarzem byłby Zoff. Tak czy owak – idoli miał Pan najzacniejszych z możliwych 🙂 pozdrawiam


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: