SEN XXIX

rebel-angels

Czarna opończa zmroku opadła na stepy i dalekie szczyty górskie i tylko maszerująca kohorta połyskiwała w dali, oświetlana blado przez księżyc. Szli równo i kierowali się ku północnej fortecy, na szczycie której widać było wyraźnie rozpalone ognisko. Czerń wdzierała się wszędzie, a w białkach oczu wojowników połyskiwały czerwone ogniki sygnałowych płomieni i srebrne denary Luny. Uderzanie sandałów o grunt rymowało się z chrzęstem nagolenników i stukaniem pochew mieczy o zbroje, a słychać też było raz po raz głośne puknięcia kopi o kamienie i piasek. Gdyby ktoś patrzył na nich z wysoka, powiedziałby, że to ogromny grot strzały, zbliża się do zamku, omija przeszkody, zakręca tak jak koleiny w drodze się wiją i mknie w dal. Legioniści marzyli o ciepłej kąpieli, o uczcie z winem i jadłem i o żądnych orgii kobietach, z którymi połączą się w miłosnym uścisku. Tylko Markus, dowódca kohorty, myślał o czekającym go spotkaniu z legatem, któremu będzie się musiał wytłumaczyć z porażki, albo zabić go ciosem nagłym i zdradzieckim. Nie mógł pokonać Germanów, bo miał za małe siły, a nawet jego zaprawieni w bojach żołnierze, załamywali się na widok ściętych głów dawnych kompanów, zatkniętych na piki, albo spuszczanych ze wzgórz wprost pod ich nogi. Walczyli jak lwy i pantery, ale wrogowie byli silni jak demony i rozkoszowali się przelaną krwią, okaleczali ich bezlitośnie i wiedzieli, że ich mrowie, może zalać każdą armię. Ileż zarośniętych, ohydnych łbów ściął w szale i zapamiętaniu bitewnym, ileż niewiast i dzieci nadział na piki, a stale przybywali nowi przeciwnicy, pchając przed sobą wozy wypełnione niewiastami i dziatwą wrogich plemion. Nie było rady, trzeba było zabijać wszystkich, bo barbarzyńcy używali ich jak barykad i taranów bojowych, a potem wyskakiwali nagle spoza nich i mordowali dzielnych mężów. To nie była bitwa, to była rzeź, w której słychać było jęk ranionych i zabijanych i dziki wrzask wrogów, ruszających do ataku. Nie było rady, wahał się dosyć długo, aż w końcu, przybity i zdruzgotany, postanowił dać hasło do odwrotu. Łatwiej było zabijać niewielkie grupki pościgowe, niż walczyć w polu z potężniejącą stale i ziejącą nienawiścią masą. Teraz stanie naprzeciw legata i będzie musiał zdać relację z tego, czego dokonał i jakich rozkazów nie wypełnił – wiedział, że szybko będzie musiał ocenić sytuację, bo pamiętał, iż wiele razy ścinano głowy nawet najpotężniejszym senatorom. Kohorta stanie za nim murem, ale może w fortecy stacjonują już większe oddziały, wierne temu, którego imperium ustanowiło zarządcą tych ziem. Jeszcze mila i wszystko stanie się jasne, jeszcze dwa tysiące kroków i wyciągnie uniesioną dłoń w górę, potwierdzając swoje oddanie i wierność cesarzowi. Czy zarzucą mu wtedy sieć na głowę, czy strzelą do niego z łuku, a może zza kolumny wysunie się skrytobójca, który podbiegnie do niego i błyskawicznie oddzieli jego głowę od reszty ciała. Rozmyślał i tonął w smutkach, zerkał co chwilę na potężniejący kształt budowli, dziwnie odległy i ziejący chłodem. Byli już bardzo blisko, gdy zobaczył, że na murach pełno jest zakapturzonych postaci z czerwonymi ślepiami, połyskującymi w mroku jak rozpalone kawałki drewna w ognisku. Z wyniosłej wieży spływały na dół ogromne, oślizłe ramiona ośmiornicy, na których rozwierały i zamykały się błękitne przyssawki, a wyżej ledwie rysowała się w ciemności potężna głowa z inteligentnymi oczyma. Ze środka twierdzy, aż do nieba, sunął w górę ogromny lej, w którym kotłowały się skrzydlate geniusze i demony z rogami na głowie. Jakieś potworne, czarne ptaki, wielkie jak wozy drabiniaste, nadlatywały na nich i krakały przeraźliwie. Ale w powietrzu unosiły się też ryby kraby, jaszczury, gryfy, wielkie jak łodzie karaluchy i modliszki, a czasem, jak sztandar bojowy, rozjaśniły mrok złote, motyle skrzydła. Nie zdążył wykrzyknąć rozkazu, żołnierze nie ustawili przed sobą i nad głowami tarcz, a już masa stworów i przeraźliwie krzyczących, skrzydlatych wojów zalała ich i zaczął się mord. Nad dowódcą zawisł wielki biały archanioł, który przyjrzał mu się dokładnie, uśmiechnął się lekko, a potem świsnął wielkim, płonącym mieczem i w jednej chwili wszystko zgasło, wszystko ucichło, rozmyło się w amarantowym śnie.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: