OSTATNIA WALKA BOHATERÓW (6)

155726_174683375886639_122368921118085_444012_1988958_n

Chodziłem po cmentarzu i zatrzymywałem się przy grobach kolegów i koleżanek, dłużej stojąc przy granitowym obelisku z portretem dziewczyny, z którą często rozmawiałem w autobusie, jadącym do szkoły. Powoli ruszyłem z nogi na nogę i skierowałem się w stronę świeżego grobu Morrisona, a w pamięci przesuwały mi się obrazy z naszego wspólnego życia. W końcu dotarłem na miejsce i usiadłem na jakiejś ławeczce, tuż przy wyniosłej topoli, na której słychać było sikorki i szczygły. Czułem się jak zdrajca, który cierpliwie czekał by zagarnąć dziewczynę zmarłego, a jak tylko przyklepano grób, natychmiast poszedł z nią do łóżka. Zamyśliłem się i zobaczyłem nas, dużo młodszych, nad jeziorem, skaczących z łodzi do wody i pływających przy trzcinach. A potem leżących na żółtym piasku i powoli schnących w słońcu, rozmawiających o muzyce rockowej i płytach, które chcielibyśmy mieć w swoich kolekcjach. Czułem, że w nim jest jakieś bolesne pęknięcie i nawet, gdy ożywiał się, opowiadając o albumie zespołu Black Sabbath, o jego mrocznej aurze i intrygujących motywach, był smutny jakby przeżył jakąś niewyobrażalną tragedię. Leżał na plecach i długo patrzył na białe chmury, majestatycznie przesuwające się po ogromnej kopule nieba. Nagle odwrócił się na brzuch, zerwał źdźbło trawy, wsunął je między usta i odezwał się do mnie:

 – Ja ją tak kocham, że aż tracę oddech, jak o tym myślę… Wszystko w niej jest wspaniałe, zapach włosów i skóry, rysunek palców u rąk i nóg, a nade wszystko oczy, w których można utonąć…

–  Ja lubię jej głos… – powiedziałem, bojąc się, że wywołam zazdrość przyjaciela.

– Głos… ale te nogi, bracie, te uda i ich zakończenie… No i piersi, takie okrągłe, cieplutkie, delikatne jak miąższ brzoskwini…

 Tak, teraz wiem, że miał racje, choć nigdy nie obcował z nimi tak blisko jak ja, choć nigdy nie poczuł jak twardnieją i unoszą się w górę, w zetknięciu z męską dłonią. Łza mimowolnie wypłynęła mi z oka i wolno przemierzyła policzek, otarłem ją i spojrzałem ku koronom drzew, przez które ledwie prześwitywało słońce.

defc97070002674e4c7bff34

Patrząc na pokryty kwiatami grób, znowu ujrzałem go w otwartej trumnie, straszliwie odmienionego, trupiego i coraz bardziej zapadającego się w sobie. Jego cera przybrała ziemisty kolor, a pod powiekami nie było wypukłości, jakby gałki oczne stopniały albo wpadły do środka głowy. To nie był już Andrzej, to był demon, który powoli wnikał do mojej świadomości i zagarniał ją coraz szerzej. Dolna warga opadła mu lekko w lewo i wyglądał teraz jakby kpił ze mnie i Janis, jakby nabijał się z całego świata i tego, co się stało. Wstałem szybko z ławki i podszedłem do kopca, z którego spadło kilka kwiatów. Chciałem je podnieść i ułożyć na szczycie, ale nagle zobaczyłem coś, co zmroziło mnie do głębi – oto pośród róż i lilii leżały dwa ścięte warkoczyki, z wplecionymi w nie konwaliami.

 – Ona tutaj była… – przemknęło mi przez myśl i odruchowo rozejrzałem się dookoła, a potem jak echo powróciły jeszcze raz słowa– Ja ją tak kocham, że aż tracę oddech, jak o tym myślę… Wszystko w niej jest wspaniałe, zapach włosów i skóry, rysunek palców u rąk i nóg, a nade wszystko oczy, w których można utonąć…

Przez świadomość przemknęły mi obrazy wspólnej nocy z Janis, gorące pocałunki i bliskość ciał, jakże rozpalonych i rymujących się ze sobą. Nagle też, nie wiedzieć skąd, zacząłem rozmyślać o prawdziwym Jimim Morrisonie, który dał imię temu, który leżał teraz dwa metry pod ziemią. Gdy kilka lat temu przedawkował narkotyki w paryskim hotelu, miał zaledwie trzydzieści dwa lata i mógł jeszcze stworzyć wiele przebojów, takich jak Riders On The Storm, People Are Strange czy Light My Fire. No ale chciał żyć mocno, chciał manifestować swoje niepogodzenie ze światem. Kochał do szaleństwa swoją kosmiczną przyjaciółkę Pamelę Courson i Andrzej – chcąc go naśladować – tak samo pokochał Janis. Jimbo – jak go nazywali kumple z zespołu – w pewnym momencie zaczął tracić kontakt z rzeczywistością i zaczął szaleć na koncertach, demolować sprzęty, popisywać się pijaństwem albo tym, że jest odurzony. Dziwne były te podobieństwa kolegi, który odebrał sobie życie i jego amerykańskiego idola. Też miał ważnego ojca, na wysokim stanowisku i denerwował się, że mu nigdy nie dorówna, że zbłaźni się i okryje go hańbą. I też bawił się jaszczurkami, które wyłapywał w lesie, a potem przetrzymywał je w pustym akwarium. Nie wiem, czy tak jak Jimi czuł się Królem Jaszczurem, czy studiował Nietzschego, Blake’a, Rimbauda, Verlaine’a i Baudelaire’a, ale na pewno pisał wiersze, które znaleziono w jego szafie i w szufladach biurka. Ojciec uznał je za obsceniczne i spalił, choć może powiedziałyby coś o czynie, którego dokonał. Nie rozumiał dlaczego Andrzej zaczął pić alkohol i wracał na chwiejących się nogach do domu, nie mógł też zaakceptować jego dziewczyny, którą obwiniał za niezrozumiałą przemianę syna. Ale dla jego chłopca Janis była kosmiczną Pamelą i zrobiłby dla niej wszystko, wierząc, że w końcu się połączą i staną jednością, jak yin i yang, jak dwie połowy tego samego owocu. Jimmiego pochowano na cmentarzu Père-Lachaise w Paryżu, w sąsiedztwie grobów Balzaca, Moliera, Chopina, a Andrzej spoczął przy płocie osiedlowego cmentarza, obok wielu bezimiennych ludzi epoki, w której żył, a których nigdy nie spotkał na swojej drodze.

Na pewno nie był jeźdźcem burzy, raczej za szybko dorosłym chłopakiem, który nie poradził sobie z doświadczeniem przejścia z dzieciństwa do dorosłości i pierwszej prawdziwej miłości. Miał swoją Pamelę – jak Jimmy – a jego śmierć była równie bezsensowna jak ta w Paryżu. Widzę go jak kłóci się z Janis, a potem, gdy ona uderza go w twarz i odchodzi, stoi na mrozie, pośród nagrobków, wzbudzając ciekawość srok, wron i kawek, które podobno wyczuwają trupa. Jest lodowaty, wiosenny ziąb, a on coraz bardziej czuje, że jego życie nie ma sensu, zaczyna wspinać się na drzewo, ale nogi zsuwają mu się z wyrw w korze. W końcu udaje mu się podciągnąć na rękach i staje na grubym konarze, gdzieś na wysokości siedmiu metrów nad ziemią. Bezwolnie zawiązuje długi, wełniany szal na szyi, a potem, trzęsąc się i łkając, postępuje krok do przodu. Wiatr wyje w gałęziach i w ostatniej chwili wydaje mu się, że słyszy słowa ballady Riders On The Storm, ale impet jest wielki, rdzeń zostaje zerwany w jednej chwili, pojawia się straszliwa jasność, za nią nadlatuje gęsta czerń i jego ciało bezwładnie buja się w powietrzu. Prawdziwego Morrisona znaleziono w wannie wypełnionej zimną wodą, bo prawdopodobnie ktoś próbował go ratować, po przedawkowaniu heroiny. Tutaj nie było świadków, nikt go nie powstrzymał, a ostatnia myśl, fatalna decyzja, spowodowały, że osuwając się z gałęzi, wniknął natychmiast w nicość. Chodziłem po cmentarzu i ze zdumieniem zobaczyłem, że w końcu stanąłem pod drzewem, gdzie to się stało, widząc wiele śladów stóp ludzi, którzy potem zajęli się dokumentacją i wyjaśnianiem sprawy. Czy to była wina Janis, czy ukochana Pamela zabiła Jimmy’ego, czy można kogoś za to winić? A czy można winić młodego orła, że wzlatuje za wysoko i nagle, on – sam drapieżny ptak – staje się ofiarą sokoła albo innego orła. Tak śmierć upolowała ich obu, bezlitosna i nie dająca szans, przychodząca jako skutek i przyczyna, ale też będąca ostatnią zgłoską, ledwie słyszalnym szeptem, rozświetlającą wszystko energią, która zaraz zanika na zawsze.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: