ALEJA KLONÓW (10)

_bp2044

Młody, barczysty kominiarz przyjeżdżał zwykle rowerem, ubrany w czarny kombinezon ze srebrnymi, lśniącymi guzikami, z umazanymi sadzą policzkami i brudnymi rękoma. Jego niebieskie oczy i białe zęby połyskiwały na środku twarzy, a zlepiona przez pot grzywka zsuwała się z czoła. Na ramionach miał zwiniętą linę, zakończoną rozczapierzonym wyciorem i żelazną kulą, a przy pasie jakieś dziwne narzędzia, przypominające złożone na pół łopatki, kleszcze, młotki i cęgi. Przystawał przy bramie naszego podwórka, spokojnie odwiązywał niewielką, składaną drabinkę i stawiał rower przy płocie. Następnie opierał drewniany przyrząd do wchodzenia o mur najniższej oficyny i wspinał się sprawnie na prosty dach. To już było jego królestwo, które znał jak własną kieszeń i po którym poruszał się z gracją i wdziękiem jakby zbliżał się do ukochanej. Wychylał się zza załomu, wciągał drabinkę, opierał ją o kolejną ścianę i znowu piął się wyżej, ku ceglanym kominom. Czyścił je uważnie, wygarniając ogromne ilości czarnego pyłu i popiołu, umiejętnie unikając dymu i tlenku węgla. Czasem widziałem jak przystawał na skraju dachu, opierał jedną nogę o wyższy załom i sondował przestrzeń wokół siebie. W dal ciągnęły się dachy, na których gdzieniegdzie przysiadały kawki, gawrony i sroki, a czasem też pojawiała się tłusta i ociężała wrona. To było jego królestwo, nad którym niepodzielnie panował i pośród którego mijał czas jego czarnego, spowitego we mgłach i dymach życia. Inne podwórka mijał szybko, czyścił kominy i podążał dalej, ale u nas zatrzymywał się dłużej, co i rusz wychylając się zza ograniczających dach murków, stawiając ryzykownie nogę na rynnie. Zrozumiałem dlaczego to robi, gdy przed domem pojawiała się Mela i unosząc głowę ku górze, uśmiechała się zalotnie do niego.

             – Uszanowanie pannie Meluni – wołał równie rozpromieniony kominiarz i strzepywał z munduru sadzę, jakby chciał zamanifestować to, że łatwo doprowadzi się do ładu.

            – Witam pana Jasieńka – odpowiadał dziewczyna i rumieniła się jak dojrzałe jabłko na pobliskim drzewie.

            – Kominy już u was czyściutkie, palić można do woli, gotować rosół i smażyć kotlety, a potem… – improwizował młodzieniec.

            – E tam, wszystko już dawno zrobione… Teraz czas na odpoczynek… – przekomarzała się Mela.

            – To i może zabrałbym panienkę na tańce do jednostki wojskowej… Dzisiaj będzie tam orkiestra z Poznania i śpiewak jakiś ma też przyjechać… – pytał przymilnie kominiarz.

            – Może tak, może i nie… – odpowiadała blondynka, dotykając czerwonej wstążki przy prawym warkoczu. Muszę spytać taty, czy mi pozwoli… – dodała i śmiejąc się głośno, zniknęła w drzwiach swojego domu.

 Zdezorientowany kominiarz poszedł w kierunku najwyższego dachu, a jego męskość powiększyła się znacznie i zaczęła mu przeszkadzać pod spodniami. Wspiął się po stalowej drabinie na najwyższy komin i głęboko oddychając, patrzył smętnie w dal. W jego oczach była teraz jakaś dziwna łapczywość, przypominająca spojrzenie drapieżnika, sondującego odległość do zbliżającej się ofiary. W końcu splunął siarczyście na papę i ruszył ku niższym dachom, by przekroczyć załom ostatniego z nich, spuścić drabinkę i zejść po niej na ziemię. Stanąłem niedaleko niego i przyglądałem się jak montuje swoje sprzęty przy ramie roweru, zwija równomiernie linę i nie oglądając się za siebie, przeklinając i złorzecząc pod nosem, odjeżdża ku dalszym podwórkom. Chciałem za nim biec, ale spojrzał na mnie złowrogo, więc zatrzymałem się i patrzyłem jak powoli maleje w perspektywie alei klonów. Gdy był już jakieś pięćdziesiąt metrów ode mnie wydało mi się, że na rowerze jedzie czarna pantera, której lśniące futro połyskuje w promieniach słońca, ale to pewnie światło igrało na srebrnych guzikach i ramie roweru. Gdzieś w niebie rozległ się głuchy ryk gromu, jakby lampart rzucał się na swoją ofiarę i wbijał zęby w jej szyję.

Długo bawiłem się z kolegami, grzebałem kijem w czarnych kałużach, stawałem na ich brzegu i przyglądałem się mojemu odbiciu, spoza którego raz po raz wychylały się jakieś potworne twarze, poskręcane twory, gadzie hybrydy, zwierzęta z odciętymi głowami, ptaki z monstrualnymi dziobami. Nikt tego nie widział, tylko ja to zauważałem, choć czasem wydawało mi się , że śnię, albo majaczę w gorączce. Nagle zauważyłem Melę, ubraną w czerwony płaszcz, ze złotą klamrą we włosach, z przejrzystymi czarnymi pończochami pod spódnicą i czerwonymi kozakami na nogach. Szła energicznie ku bramie, a potem minęła ją i pomknęła w kierunku sąsiedniej dzielnicy, skracając sobie drogę przez krzewy przy zarośniętym trzcinami stawie, tuż przy zjeździe do miasta. Coś kazało mi iść za nią, więc posuwałem się od domu do domu, przystając w załomach i przy drzwiach, rozkoszując się każdym jej ruchem, każdym napięciem pośladków pod ściśle opiętym paltem. Gdy weszła w ciągnące się daleko zarośla, przyspieszyłem kroku i prawie nie traciłem jej z oczu, choć raz po raz zerkałem na siedzące na gałęziach drozdy, kosy i szpaki, na przelatujące śmigle zielonkawe sikorki i wielokolorowe szczygły. Nagle stało się coś nieoczekiwanego, a serce skoczyło mi do gardła i zaczęło bić jak oszalałe, łomotać stara maszyna parowa. Mela weszła na niewielką polankę, ze wszystkich stron otoczoną krzewami dzikiej róży i tarniny, gdy nagle pojawił się przed nią kominiarz z naszej ulicy. Zaskoczył ją i chciała go ominąć, ale w końcu przystanęła i zaczęła z nim ożywioną rozmowę, przeplataną gwałtownymi ruchami rąk, unoszeniem ich w górę i braniem pod bok. Trwało to kilka minut, aż mężczyzna przyciągnął do siebie dziewczynę i chciał ją całować, wcisnął też gwałtownie rękę pod jej płaszcz. Mela strzeliła mu w twarz z otwartej dłoni, co tylko go rozsierdziło i spowodowało, że zaczął się zachowywać jakby oszalał. Sapał jak miech kowalski i z daleka widać było, że w jego oczach płoną złowrogie ognie, a ruchy i skoki przypominają dzikie zwierzę. Mela zaczęła rozpaczliwie krzyczeć, więc zatkał jej usta jakąś brudną chustą, którą wyszarpnął z kieszeni i zaczął zdzierać z niej odzienie. Czerwone guziki, natychmiast zerwane, odskoczyły w dal, a płaszcz wylądował na ziemi, w błocie i pośród zeszłorocznych, butwiejących liści. Nie wiedziałem co robić, a kiedy kominiarz zerwał z niej sweter i spódnicę, a obfita pierś wylała się spod stanika, prawie zemdlałem z przerażenia. Pchnął ją na palto i zaczął zdejmować swoje drelichowe spodnie, siłą rozwarł jej uda i pchał się ku niej bezlitośnie, rwąc koronkowe majtki, zszarpując z niej halkę i biustonosz. Wielkie jak grochy łzy zaczęły ciec mi z oczu i zawyłem jakby mnie odzierali ze skóry, a potem, gdy odzyskałem oddech, krzyknąłem na całe gardło:

              –  Ludzie, ludzie, ratunku… pomocy…

 Kominiarz na chwilę zwolnił uścisk i obejrzał się za siebie, co pozwoliło Meli wyswobodzić się, sięgnąć po pobliski kamień i przyłożyć mu z rozmachem w czoło. Upadł jak rażony gromem, a ona szybko uciekła w kierunku ulicy, na obrzeża nieużytków, którymi chciała sobie skrócić drogę. Byłem dobrze ukryty pośród gęstwiny, więc czekałem, co dalej się wydarzy, a serce nie przestawało mi walić gwałtownie w piersiach.

Nie wiem ile czasu minęło, może dziesięć minut, a może pół godziny, gdy nieoczekiwanie mężczyzna zerwał się na równe nogi, schował zwisającego z rozpiętych spodni ciemnego siusiaka, zapiął pasek, rozejrzał się dookoła, kopnął w krzaki czerwony płaszcz Meli i pobiegł w przeciwną stronę. Znowu coś kazało mi szybko podążać za nim i zobaczyłem, że kieruje się na cmentarz, prosto do niewielkiej ziemianki grabarzy. Wszedł tam i już po paru minutach wyskoczył jak rażony gromem, a za nim wylazł umorusany kopidołek, grążący mu pięścią i wykrzykujący coś bez przerwy. Kominiarz ruszył w kierunku jednej z alejek i tuż przy pomniku pilota, ze śmigłem przy krzyżu, skręcił gwałtownie ku innemu traktowi, prowadzącemu ku wyjściu. Tuż za bramą był wielki parów, pośród którego rosło sporo tawuł, śnieguliczek i dzikich berberysów, a pośród nich strzelała w niebo dziwnie poskręcana osika. Na chwilę straciłem go z oczu, ale zaraz zobaczyłem, że gramoli się na drzewo, sprawnie wspina się coraz wyżej i wyżej. W końcu stanął na wyniosłym konarze i długo patrzył przed siebie, nie zwracając uwagi na ciekawskie gawrony, przyglądające mu się z pobliskich cmentarnych topól i jesionów. W tej chwili było mi go żal, bo przecież lubiłem na niego patrzeć, jak przyjeżdżał na podwórko i wchodził po drabinie na dachy. Kojarzył mi się z porcelanową figurką kominiarczyka, którą mieliśmy w serwantce obok takich samych dam w obszernych sukniach i tancerzy w perukach. Podobały mi się jego błyszczące, srebrne guziki i narzędzia do czyszczenia kominów, a raz nawet pozwolił mi wspiąć się na kilka szczebli i popatrzyć na świat ciągnących się w dal płaskich i pochyłych dachów. Teraz zobaczyłem, że wysunął pasek ze szlufek spodni, jeden jego koniec przywiązał do gałęzi, a drugi, uformowany w pętlę, wsunął sobie na głowę. Stał tak jeszcze kilka minut, aż bezwolnie, z rezygnacją, zsunął się w dół i zawisł w powietrzu, bujany raz po raz przez wiatr. Oczy wyszły mu z orbit, połyskując białkami, a z ust wysunął się dziwnie długi, fioletowy jęzor. Wydał mi się teraz przerażającym demonem, więc odwróciłem się na pięcie i szybko uciekłem na nasze podwórko, gdzie stały już trzy samochody milicyjne i widać było kilku funkcjonariuszy w szarych mundurach, jakichś dwóch tajniaków w kremowych prochowcach i wielu gapiów z sąsiednich domów i ulic. Mama była w warsztacie u dziadka, więc podszedłem do oszklonej szafki, sięgnąłem po porcelanowego kominiarczyka, a potem stanąłem przy piecu, drucianym haczykiem podniosłem rozgrzane do czerwoności fajerki i z rozmachem cisnąłem go w ogień.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: