AMERYKAŃSKIE CHWILE (3)

Wrócił do domu Krzysiek, który jest anestezjologiem w amerykańskim szpitalu i zaraz postanowił zrobić mi jakąś specjalną niespodziankę. Zarządził wyjazd w nieznane, więc wsiedliśmy z Sachą i Danutą do dużego BMW jego żony i ruszyliśmy szybko z Getzville, mijając znane mi ulice, przemykając przed wielkimi centrami handlowymi i setkami mniejszych sklepów, biur i agencji. Moi przyjaciele mieszkają w zakątku zwanym Marshfield i stamtąd codziennie chodzę ulicami Bywater, Taverly, Applefield do długiej nitki Heim Road, która wiedzie mnie do North Forest Road, a stąd tylko mały skok uliczką Saint Rita, przejście mostu nad rzeką Ellicott i już jestem w przestrzeniach Północnego Kampusu SUNY. Ameryka jest płaska i dominują w niej budynki parterowe ze skośnym dachem, długie ciągi lokali użytkowych, schludnych placów i parkingów przed nimi, równiutko przystrzyżonych trawników. Mijamy sznury samochodów i już po chwili jesteśmy na 290 autostradzie, noszącej nazwę Youngmann Memorial, która łączy się z drogą numer 190, prowadzącą nad Niagarę. Teraz już wiem jaka to niespodzianka i cieszę się bardzo, że zobaczę to wspaniałe miejsce. Szybko mijamy potężny, stalowy South Grand Island Bridge na Niagarze i wjeżdżamy na wielką wyspę, którą oblewają dwie odnogi tej rwącej i głębokiej rzeki, łączącej dwa ogromne jeziora północnoamerykańskie – Ontario na północy i Erie na południu. Wszędzie osiedla pięknych domów, wiele wspaniale wypielęgnowanych ogrodów, nad którymi powiewają amerykańskie flagi, uczepione wyniosłych masztów. Ten zwyczaj manifestowania przywiązania do kraju bardzo mi się podoba i żałuję, że w Polsce tylko okazjonalnie wywiesza się nasze znaki narodowe. Moi przyjaciele rozmawiają o sprawach, które są do załatwienia, a ja chłonę to, co widzę za oknem samochodu. Często zauważam wiele ptaków na drzewach, jakieś sarny i jelenie pośród większych zielonych przestrzeni, przemykające skrajem drogi oposy, samotne skunksy i wiele wiewiórek różnej maści. Zbliżamy się do końca wyspy i przed oczyma pojawiają się balustrady, tym razem płaskiego mostu – North Grand Island Bridge. Z jego wysokości przyglądam się okolicy, widzę dalekie osiedla i rozległe parki, pełne krzewów i drzew, ciągnące się po obu stronach drogi, którą właśnie przejechaliśmy. Teraz skręcamy na szlak wiodący do wodospadów, a upamiętniający Roberta Mosesa, słynnego architekta szlaków komunikacyjnych i mostów Nowego Jorku, a także współtwórcę zabudowy kompleksu Organizacji Narodów Zjednoczonych. Droga wiedzie przy rzece, więc w milczeniu podziwiam nowe widoki, zauważam sporo wodnych ptaków, pływających na wodzie, albo unoszących się nad spienionymi toniami. W okolicach kanadyjskiego brzegu widzę majestatycznie bujającego rybołowa, który patroluje wielkie obszary wodne i raz po raz znika nad ciemnymi plamami lasów.

Zajeżdżamy na parking przy wielkim parku i wysiadamy z samochodu, najpierw kierując się do niewielkiej restauracji, przy której wypijamy po piwie i jemy po jednym steku. Nie mogę się doczekać kiedy pójdziemy nad wodospady, ale moi towarzysze poczuli głód i trzeba było szybko go zaspokoić. Piję ze smakiem Budweisera, który jest chyba najbardziej cenionym, najdroższym piwem w Ameryce, i obserwuję czarną wiewiórkę, która wspina się po pniu pobliskiej sosny, to zbiega na ziemię, to znowu wspina się w górę. Rzucam jej kawałek mięsa i trochę bułki i widzę, że nie wiadomo skąd pojawiły się trzy następne takie zwierzątka, w tym jedna szara. Rzucamy im resztki z naszych talerzy, a Danuta informuje mnie, że w Ameryce są przede wszystkim trzy rodzaje tych drzewnych biegaczy. W całym kraju można spotkać wiewiórkę szarą (gray squirrel), na północy, a więc także w okolicach Niagary występują czarne odmiany (black squirrel), na które możemy natknąć się też w stanach Ohio, Maryland, Michigan, Indiana, Virginia, Washington, Wisconsin, Minnesota, and Pennsylvania. Natomiast rude wiewiórki (American red squirrel) znajdziemy przede wszystkim w Kanadzie i w północnych stanach USA. Wstajemy od stołu i kierujemy się ku drugiemu mostowi nad Niagarą – Pedestrian Bridge, a więc przeznaczonemu tylko do przechodzenia pieszo. Już tutaj widzę jaką moc ma rzeka łącząca dwa wielkie akweny, przyspieszająca bardzo i już za chwilę spadająca z wielkiego skalnego urwiska. Widzę dalekie budynki kanadyjskiej części widokowej, ze słynną wieżą obserwacyjną, na którą wjeżdża się zewnętrzną windą, przypominającą mały, owalny samochodzik. Przechodzimy most i wędrujemy wspaniałym parkiem, który wszakże ma wiele z naturalnej rzeczywistości tego miejsca. Po stronie kanadyjskiej wszystko jest rozplanowane i zabudowane, amerykańska część jest bliska temu, co zobaczyli tutaj pierwsi europejscy podróżnicy i co przez stulecia widziały oczy indiańskich wojowników. Rozprawiamy o tym i o owym, a mnie udziela się coraz większe podniecenie, jakbym zbliżał się do miejsca szczególnego w moim życiorysie. Znowu wróciło do mnie przekonanie, że nasze losy złożone są z chwil, których nie można zatrzymać. Tak chciałbym tutaj pobyć dłużej, tak pragnąłbym zgłębić wszystkie zakamarki, posiedzieć na ławkach, przystanąć przy drzewach i sfotografować ich korę, tak bym chciał dłużej studiować twarze i zachowania ludzi, ale wszystko umyka i pobyt nad Niagarą też skończy się niebawem. Wyspa, na którą przeszliśmy mostem dla pieszych jest rezerwatem i wszystkie ścieżki na niej prowadzą do wielkiej platformy widokowej, umiejscowionej na mniejszej wysepce o nazwie Luna.

Wchodzimy wreszcie na niewielki placyk, z niskimi stalowymi balustradami i przed moimi oczyma rozpościera się widok nie do opisania. Setki, tysiące, miliony litrów wody przelewają się przez skalny próg i spadają z hałasem na dół. Barwy spienionej kipieli oscylują pomiędzy granatem i ciemną zielenią, a turkusem i jasnymi odcieniami szarości, by w końcu popaść w biel przeczystą. Słychać grzmienie, jakby po kamieniach przewalały się ogromne walce żelazne albo jakby potężne głazy ruszyły w dół stoku. Zapach jest nie najlepszy, bo do Niagary wpada wiele pomniejszych strumieni i rzek, zbierających toksyczne ścieki i organiczne odpady. Wszystko wszakże rekompensuje widok wodospadów, bo to w gruncie rzeczy jest wiele takich miejsc. Patrzę na prawo i widzę ogromne tafle wodne, załamujące się nagle i opadające w przepaść z przejmującym hukiem. W dali rysują się wyraziste przęsła Rainbow Bridge, przerzuconego nad rzeką wysoko i biorącego swoją nazwę od tęczy, która stale się pojawia pośród rozbitych kropli wody. Amerykańska Niagara ma szerokość około trzystu metrów, a kanadyjska – nazywana Horsehoe (Podkowa) aż dziewięćset metrów. Wokół rozbudowały się dwa miasteczka, tak samo nazywające się w obu granicznych krajach – Niagara Falls. Wodospad cofa się o około osiemdziesiąt centymetrów rocznie, bo woda odłamuje kolejne warstwy  dolomitów, wapieni i piaskowców, poprzerastanych grubymi warstwami łupków. U podstawy, z racji nieustannego pogłębiania przez spadające tysiące ton cieczy, dno znajduje się na głębokości sześćdziesięciu metrów i stale się przeobraża. Tylko potęga mrozu może przeciwstawić się tej sile i zdarzyło się w 1848 roku, podczas zimy stulecia w USA, że wodospad zamarzł. Dzisiaj miejsce to jest centrum turystycznym, przyciągającym każdego roku miliony ludzi z całego świata i na podeście, na Luna Island, widziałem wiele japonek, Murzynów, Kreolów, Latynosów i Europejczyków. Jakaś Chinka poprosiła mnie o wykonanie jej zdjęcia, a potem usłużnie sfotografowała i mnie na tle przelewających się fal. Największą atrakcją turystyczną są rejsy stateczkami pod same kaskady, a turyści wyposażani są wtedy w specjalne „sztormiaki” z kapturami i wysokie kalosze. Zobaczę za jakiś czas te stateczki w specjalnym porcie, na brzegu Niagary, w Lewiston, gdzie zamieszkam przez kilka dni u Danuty i Sachy. Powoli zbieramy się z tego magicznego miejsca i żałujemy, że nie zobaczymy specjalnego podświetlenia spadających wód, które pojawia się dopiero w nocy. I tak wystarczy tych wrażeń, zapierających dech widoków i smutku, że kolejna moja amerykańska chwila kończy się i nie wiadomo, czy jeszcze kiedykolwiek stanę na małej wysepce, tuż przy Niagarze, stale od nowa przewalającej się przez skalne progi. Wracamy tą samą drogą do samochodu i szybko kierujemy się ku centrum amerykańskiego miasteczka, w którym niegdyś kwitł interes matrymonialny, bo tysiące par przyjeżdżały z całego kontynentu by wziąć ślub w tym miejscu. Jakież wrażenie musiały potem robić te zdjęcia w białych sukniach nad wodospadami, jakież niezwykłe wspomnienia cementowały nowe związki. Przemykamy dość wąskimi uliczkami i kierujemy się ku drodze nadrzecznej, którą przybyliśmy. Oddycham głęboko i stale jestem w euforii, którą wywołali we mnie amerykańscy przyjaciele – żegnaj Niagaro, a jeśli zdarzy się jeszcze kiedyś, że stanę tam po raz drugi, to będzie to jeden z cudów mojego życia i zarazem chwila, która także minie bezpowrotnie.

Reklamy

2 Komentarze

  1. Gosia said,

    2012/08/26 @ 9:21

    Ujrzeć i umrzeć, Beautifull ..och.. Kiedyś marzyłam , żeby tam pojechać,ale to już chyba nierealne…

    • lebioda said,

      2012/08/26 @ 9:50

      Pierwszy warunek: uwierzyć w siebie. Życie jest bardzo zmienne i wszystko w nim jest możliwe.
      Ja też nie przypuszczałem, że tam kiedykolwiek będę, a jednak stało się…


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: