STO WIERSZY POLSKICH (XXV)

Foto Instytut Mikołowski

Piosenka bohaterów Istnienie Rafała Wojaczka przepełnione było nieustającą obecnością śmierci. Pojawiała się ona w wielu jego wierszach i w tekstach prozatorskich, w listach i w rozmowach, podczas spotkań z innymi twórcami. I nawet jeśli była grą, majestatyczną i zarazem komiczną pozą, to jednak kładła się cieniem na losie poety. Pisanie było dla niego próbą jej obłaskawiania, podpatrywania i demaskowania, ale też odzwierciedleniem bezradności. W chwili, gdy poeta zrozumiał, że podąża ku mrocznemu przeznaczeniu, nie przestawał tworzyć utworów, w których szyfr śmierci jawił się jako archaiczny język, znany od pokoleń i przez wszystkich odrzucany – tysiąclecie po tysiącleciu. Wojaczek traktował ją jak byt biologiczny, jak organizm, w którym ma miejsce wymiana płynów, zachodzą procesy chemiczne i trwa walka o utrzymanie integralności. Będąc antytezą życia heroicznego – nawet jeśli odnosiłaby się do „małych bohaterów” – stała się ona dla niego częścią tego samego   b y t u.  Podąża on stale, z ogromną szybkością, w stronę rozpadu, destrukcji i zniszczenia tkanek – a to co dzieje się w ciele, wdychanie powietrza i przełykanie śliny, kończy się w ziemi i staje się Ziemią, na której ona panuje wszechwładnie, od krańca do krańca. W takim rozumieniu ludzkość jest chwilowym zjawiskiem w łańcuchu wzrostu i rozpadu i nie może osiągnąć pełnej samoświadomości. Jej bezpańskość i bezdomność redukują egzystencję do form pierwotnych, bliskich najprostszym organizacjom genetycznym. Uświadomienie sobie tego zniewolenia i tej eschatologicznej dialektyki rodzi poczucie winy w człowieku i każe mu przyjąć pozę Prometeusza, każe mu walczyć o siebie i o świat, prowadzić codzienne boje z nadzieją, że zakończą się one zwycięstwem. Poezja pozwala złagodzić poczucie niemożności, owo zatopienie w umykającej mgle, ów brak utwierdzonego domu i bolesne poczucie winy, że nie ocaliło się ludzkości, że zgodziło się na rozpad ciała i – w ostatecznym rozrachunku – na triumf żywiołów ziemi.  Człowiek stale czeka na potwierdzenie, że jego egzystencja jest „żywa”. Podczas swojego bytowania na ziemi doświadczył tylu form nieistnienia, że jest podejrzliwy i szuka takich momentów, gdy bezsprzecznie dotknie  i s t n i e n i a.  Chce sam wypowiedzieć słowa deklaratywne, ale nieufny w ich moc, chce też znaleźć jakiś znak w mowie światła i ciemności. Noc kosmiczna wdziera się lodowatym chłodem i czernią w życie człowieka – wtedy unosi on głowę ku dalekim migającym światłom i chce w nich znaleźć jakiś sygnał, jakąś podpowiedź. Czasem coś nawet dostrzeże, czasem chwilowy błysk płonącej w atmosferze cząstki skalnej ożywi jego świadomość, każe mu budować mit, da kilka sekund ukojenia. Ale przecież natychmiast ciemność upomni się o swoje prawa i ukaże swój majestat, zreprodukuje wzór, uświadomi egzystencji właściwy wymiar znaczenia „Żywa”. Byt zawsze będzie szukał kontrapunktu, będzie oczekiwał, że pojawi się ciąg opozycji, takich jak kosmogoniczna prazasada: światło –ciemność. Takie poszukiwanie poświadczeń, takie nieustanne czekanie na znaczący błysk, jest rodzajem rytuału, w którym ludzkość odnajduje się od samego początku. Czy to będzie aborygeński czciciel duchów natury, czy animistyczny wojownik z afrykańskiej dżungli, czy kosmonauta w module przemierzającym wszechświat, czy poeta spalający się w żarze refleksji – wszyscy będą szukać potwierdzenia. Szukanie dowodów istnienia jest równie ulotne, jak ono samo, równie trudne do wyodrębnienia, do zachowania w formie jakiejś wypowiedzi. Poeta może jednak zbudować w sobie pewność, rozrastającą się i ginącą w jednej chwili. Może w kolejnych wierszach ukazywać wyniosłość śmierci i jej eternalną grozę, a jednocześnie może przeciwstawiać się jej zdecydowaną dykcją. Przynależy wszakże do grona bohaterów – komicznych co prawda, jak arlekin, jak klown na scenie pustego cyrku – ale jednak bohaterów. Rozumiejąc złożoną dialektykę ludzkiego heroizmu – śpiewa ledwie „piosenkę”. A może jednak w taki sposób maskuje swoje rozważania ontologiczne, udaje proch, by w nim zrodził się nowy płomień. Głos brzmi przez chwilę i już zapada w nicość, ale wraca echem, wiruje gdzieś w przestrzeni, niesie informację o chwilowym istnieniu i tak przeciwstawia się entropii. Jego moc jest równa mocy gwiazd – wszakże Na początku było słowo… – może zatem obudzić jakieś wielkie ognisko, jakiś niewyobrażalny żar. Gwiazda bywa fetyszem w poezji Wojaczka i jądrem najszerzej rozgałęziającej się symboliki. Jej narodziny zwiastują śmierć człowieka, bo owo zaistnienie w jego świadomości zostało wpisane w ciąg przemian, przebiegających z szybkością świetlną. Uroda tego wiersza polega na tym, że autor znakomicie zestroił w nim dysonanse – ukazał życie w opozycji do śmierci, światło przeciwstawił ciemności – rodząca się gwiazda stała się kołyską rozpadu, a biologia kontrapunktem dla mroźnej pustki. Nie zatracił przy tym umiejętności dozowania treści i – jak często w jego liryce – stopniowego odsłaniania prawdy, warstwa po warstwie. Nie zgubił dykcji słów i piękna źródłowych obrazów, pokazał istnienie w glorii i w przerażającym, martwym poblasku. Zapisał to, co zwykle pozostaje pod powierzchnią słów – odsłonił ukryte przestrzenie i zamknął przestrzeń w drżeniu echa.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: