ROZPACZ KURDYSTANU (2)

Nad Morzem Marmara

Lot należy do tych krótszych i ma trwać zaledwie dwie i pół godziny, co przy moich najdłuższych podróżach wydaje się bardzo proste. Czas leci szybko, a trasę konfrontuję z mapą i torem przelotu, który widzę na wyświetlaczu, zamontowanym w siedzeniu przede mną. Z tej wysokości można tylko dobrze wyodrębnić najwyższe góry, charakterystyczne zbiorniki wodne i ogromne rzeki. Mijamy Tatry i dalsze granie Karpat, leżące przede wszystkim na terytorium Ukrainy i Rumunii, aż wreszcie pojawiają się pierwsze, bułgarskie plaże Morza Czarnego. Samolot szybko wlatuje nad przymglone wody i skręca ostro na południe, w kierunku cieśnin pomiędzy morzami. Jeszcze dziesięć, piętnaście minut i będziemy na płycie lotniska w Stambule, do którego przylatuje się od strony Morza Marmara. Pilot informuje o przygotowaniu do przyziemienia maszyny, ale po chwili zaczyna się dziać coś niedobrego. Samolot nagle zatacza ostry krąg przed lotniskiem i zaczyna oddalać się od miasta, kierując się ku niewielkim wyspom,  umiejscowionym blisko drugiego brzegu tego akwenu. Siedzący koło mnie trzej panowie, którzy przez cały lot popijali z jednej butelki whisky zaczynają żartować z kolegi, który siedzi koło mnie. Mówią, że na pewno podwozie się nie wysuwa, albo, że zaraz będziemy pływać w kamizelkach w lodowatej wodzie. Młodzieniec niby się uśmiecha, niby pije kolejne łyki alkoholu, gdy podają mu butelkę, ale wyraźnie się trzęsie i wpada w paniczny strach. Już dwadzieścia minut Boeing oddala się i przybliża do lotniska, a na ekranie jego trasa przypomina spinacz do kartek papieru. Obserwuję jedną z tureckich stewardes, przypiętą do rezerwowego siedzenia, która ma wyraźnie rumieniec na twarzy i nerwowo spogląda przez okienko na wody i skrawki lądów, które pojawiają się i znikają w dali. Już dawno wyrobiłem sobie specjalne nastawienie do podróży lotniczych, które są zawieszeniem nad śmiercią i za każdym razem w taki sposób mogą się skończyć. Słyszę  co jakiś czas głośne okrzyki przestrachu, podniesione głosy, przez głowę przemykają mi nerwowe myśli i zastanawiam się co może być powodem tej sytuacji – rozsądek nakazuje zachowanie spokoju, ale ludzka natura jest przewrotna i widzę w wyobraźni osmalony wrak, rozbijający się o brzegi albo wpadający z impetem do morza. W końcu jednak maszyna ustawia się prosto w kierunku Stambułu i powoli obniża pułap lotu, by po kilkunastu minutach dość twardo wylądować na płycie wielkiego portu lotniczego. Mężczyzna siedzący przy mnie oddycha głęboko i zaraz zaczyna dowcipkować z kompanami, pociągając ostatnie łyki whisky, a potem dziarsko zbiera się do wyjścia, naciskając na stojących już przed nim ludzi. Siedziałem przy oknie, więc czekam aż nadejdzie moja pora na opuszczenie pokładu, a przy okazji patrzę na mijane wielkie samoloty i ich znaki rozpoznawcze, wskazujące na to, że jestem w dość egzotycznym miejscu. Wiele maszyn z krajów arabskich i afrykańskich, dalekosiężne Jumbo Jety z Australii, Chin i Ameryki Południowej, no i ogromna flota tureckich linii lotniczych, która została uznana w 2011 roku za najlepszą na świecie. Przesuwam się do wyjścia, a przy drzwiach, odpowiadając na miłe słowa pożegnania, pytam wesoło, z przekorą czy mieliśmy jakieś problemy z lądowaniem. Piękna stewardesa rozpromienia usta w sztucznym uśmiechu i informuje mnie, że nie było żadnych kłopotów, a lądowanie opóźniło się z powodów obiektywnych. Traffic in the air…, to tylko traffic in the air… No dobrze, niech tak będzie, chociaż wiem, że samoloty rejsowe rzadko nie docierają do celu o określonej godzinie i mają zarezerwowany pas do lądowania, ale może rzeczywiście nothing goes wrong

Lotnisko w Stambule

Pokrzepiony myślą, że już wykorzystany został zestaw kłopotów, które miały pojawić się w mojej podróży do Kurdystanu, podążam eleganckimi korytarzami, przystaję na ruchomych chodnikach i wkraczam do strefy tranzytowej, skąd dopiero późnym wieczorem odlecę do Erbilu. Muszę cały dzień i wieczór spędzić na stambulskim lotnisku, co jest równie ciekawe jak latanie i wchodzenie w nowe przestrzenie. Nie byłem tutaj jeszcze nigdy, więc zaczynam od obchodu całego obiektu, najpierw głównymi alejami, przy których jest wiele sklepów wolnocłowych, a w nich leżą, rozłożone na tacach, kostki tradycyjnych słodyczy arabskich, robionych na bazie skrobi i orzechów. Próbuję ich trochę i najbardziej smakują mi te o kolorze zielonym, z pistacjami i rodzynkami w środku, ale inne też są smaczne. Zaspakajam w taki sposób pierwszy głód i nie mam na razie zamiaru jeść obiadu, choć restauracji jest bardzo dużo, począwszy od Mc Donalda, a skończywszy na KFC i Subwayu. Za oknami widzę wiele samolotów, stojących przy rękawach lotniskowych, rozpędzających się do startu i lekko unoszących się w powietrze, albo z gracją kończących lot. Co chwila z różnych bram wysypują się tłumy ludzi, a kolor ich skóry i charakterystyczny ubiór wskazuje na to, skąd przylecieli i jaki zakątek świata reprezentują. Po zwiedzeniu całego kompleksu korytarzy i poczekalni, sklepów i lokali gastronomicznych, przysiadam na jednej z ławek i kontempluję miejsce, w którym się znalazłem. Wszędzie wielu ludzi korzysta z laptopów lub nowoczesnych i-padów, z których przez słuchawki i niewielkie mikrofony prowadzi rozmowy telefoniczne. Oglądają na nich filmy, przesuwają palcami strony internetowe, czasem czytają książki elektroniczne lub zapoznają się ze zdjęciami, które zrobili gdzieś daleko, w innym kraju, na innym kontynencie. Dopada mnie nagle dokuczliwe pragnienie, więc idę do lokalu, w którym serwują piwo Efes w wielkich kielichach, zamawiam jedno i jestem zszokowany ceną – ponad piętnaście dolarów. Siadam przy stoliku i piję najdroższy żółty napój w życiu, a moje wspomnienia biegną ku pobytowi na tureckiej Riwierze, w 2004 roku, kiedy to po raz pierwszy zetknąłem się z nieokrzesaną chciwością Turków. Może jednak dlatego ich kraj kwitnie, widać wspaniałe budynki, dobrze oświetlone w nocy, a na ulicach jeździ wiele eleganckich samochodów. Przyglądam się pięknej Murzynce, której skóra ma niebieski poblask, a rysy twarzy wskazują na pochodzenie ze środka Afryki. Ma urodę kobiet z Beninu lub Senegalu, może też pochodzić z Gabonu lub Kamerunu, ubrana jest w piękną szmaragdową suknię z licznymi złotymi wzorami, a na głowie ma wykwintny turban w nieco jaśniejszym kolorze. Siedzi ze dwa metry ode mnie i doskonale widzę, rysujące się pod okryciem, długie, zgrabne nogi i posągowy kształt całej sylwetki, którą dodatkowo zdobią piękne, gęste kasztanowate włosy. Rozmawia przez telefon komórkowy, często gestykuluje lewą ręką, zaczyna się śmiać, odsłaniając białe zęby, albo dziwi się czemuś w sposób teatralny. Przed nią stoi otwarty laptop, w którym z daleka widzę na pulpicie zdjęcie dwóch czarnych maluchów, dziewczynki z drobnymi warkoczykami i chłopca uśmiechającego się szeroko. Kończę picie piwa i ruszam raz jeszcze na obchód korytarzy, zatrzymuję się przy księgarni i oglądam książki w różnych językach świata, wydane w formie broszurowej i z twardymi oprawami. Półki uginają się od tomów Coelho, Pamuka, Browna, ale są też miejsca, gdzie zauważam powieści Dostojewskiego i Tołstoja, Hemingwaya i Rotha, nigdzie wszakże nie widać poezji, która wyraźnie ma mniejsze wzięcie podczas podróży. Wychodzę z księgarni i kieruję się ku wielkiej restauracji z tarasem widokowym na pasy startowe lotniska, bo czas już coś zjeść i napić się jakiejś orzeźwiającej wody mineralnej.

Korytarze i hale lotniskowe

Cena znowu jest szokująca, ale nie mam wyjścia, wiec zamawiam frytki z kawałkami polędwicy, biorę wodę Perrier i sałatkę owocową na deser. Przyglądam się startującym i lądującym samolotom, wracając myślami do niedawnej przygody nad Morzem Marmara, czując, że coś było nie tak, wszak samoloty rejsowe latają na zasadzie wahadła i mogą pojawić się jakieś usterki. Mijają kolejne dwie godziny i zaczyna się robić ciemno, zapalają się liczne światła na wieżowcach za lotniskiem, ale maszyny wciąż wzbijają się i kończą loty w Stambule. Wychodzę z restauracji, raz jeszcze obchodzę połączone ze sobą terminale i powoli kieruję się ku miejscu, z którego zostanę odprawiony i polecę do Iraku. Zostały mi dwie i pół godziny oczekiwania, ale to niewiele w porównaniu z czasem, który musiałem jakoś wypełnić konkretną treścią. Stoję w długiej kolejce, przechodzę jeszcze jedną kontrolę bagażu, a potem umiejscawiam się w okolicy bramy (gate), która otworzy się, gdy zacznie się boarding, a ludzie będą wchodzić do długiego autobusu, specjalnie podstawianego. Już pojawia się jakaś Turczynka w mundurze i sprawdza wszystkie paszporty, prosi też o specjalne pisma, które podróżni otrzymali od agend rządu kurdyjskiego w Europie. Wyciągam moje pełnomocnictwa i szybko zostaję załatwiony, wpisany na listę, którą muszę własnoręcznie podpisać. Siadam na fotelu i myślę o tysiącach sytuacji, w których podobne grupy ludzi były odprawiane, realnie stykały się ze sobą, a potem ginęły w katastrofach lotniczych, stając się cząstką grupy z takim samym wpisem w dokumentach, ustalającym dzień i rok odejścia. Myśli moje nie są bezzasadne, bo przecież samolot poleci nad Turcją, Syrią, gdzie toczą się walki z siłami rządowymi, a sam iracki Kurdystan też jest miejscem nieustannych potyczek. Może dlatego lot odbywa się późną nocą, kiedy zamiera życie i mniejsze jest prawdopodobieństwo, że statek powietrzny stanie się celem ataku. Odsuwam od siebie złe myśli i przyglądam się ludziom w poczekalni, w większości Kurdom i Arabom, ale też nielicznym Europejczykom i Murzynom. Kurdowie są wyraźnie przystojniejsi od swoich arabskich pobratymców, mają wyraziste rysy i często przypominają Włochów albo Hiszpanów. Moją uwagę przykuwa starszy mężczyzna, który rozmawia z jakąś Europejką po angielsku i informuje ją, że studiował w Berlinie, a potem był wiele lat w Polsce. Stojąca nieopodal grupka ożywia się i słyszę ojczysty język, co wyraźnie intryguje też owego pana. Podchodzi do Polaków i odzywa się po polsku, dowiadując się, że jest to grupa z ministerstwa podróżująca na wystawę rolniczą do Erbilu. Raz jeszcze opowiada o swoich latach w Polsce i chwali się płynną znajomością naszego języka, rzadko wspomaganego tylko angielskimi zdaniami lub słowami. Zaczyna się ożywienie przy prowizorycznym biurze, które służy do odprawy pasażerów, dwóch mundurowych rozmawia przez krótkofalówki, a dwie kobiety sprawdzają listę pasażerów w komputerach. Ustawia się już kolejka do punktu sprawdzania dokumentów i biletów, w której staję, przyglądając się osobom obok mnie, starym Arabkom w czarnych strojach, z zasłoniętymi twarzami i nowocześnie ubranym dziewczętom kurdyjskim. Nagle na ekranie informacyjnym pojawia się informacja, że odprawa i czas odlotu do Erbilu zostają przesunięte aż o dwie godziny… Urzędnicy słabo mówią po angielsku i trudno uzyskać od nich jakąś informację, powtarzają tylko stale, że niebo nad Irakiem zostało zamknięte. Pojawia się zatem kolejny kłopot w podróży, tym bardziej, że jest środek nocy i czuję już wyraźnie zmęczenie, oczy zaczynają mi się kleić i co chwilę przysypiam na fotelu na kilka minut. Po godzinie pojawia się urzędniczka, która bezbłędną angielszczyzną informuje podróżnych, że są poważne problemy, musimy czekać, a na razie zaprasza nas na koszt Turkish Airlines do restauracji na kolację. Okazuję się, że odwołano też lot do As-Sulajmaniji i blisko pięćset osób wędruje korytarzami lotniskowymi do wskazanego miejsca, gdzie ustawiła się już ogromna kolejka. Stoję w niej i widzę, że wszystkie wolne miejsca w sąsiadujących ze są jadłodajniach wypełniają się nagle grubymi, czarnymi kobietami, ubranymi w białe stroje. Widocznie przyleciał jakiś wielki samolot ze środka Afryki i wysypały się z niego te jednakowo odziane niewiasty, co skojarzyło mi się z przylotem ogromnego, hałaśliwego stada flamingów albo pelikanów. Dochodzę wreszcie do miejsca, gdzie dają mi placek drożdżowy, zapieczony z serem i butelkę soku pomarańczowego. Znajduję jakieś ostatnie wolne miejsce, siadam przy trzech Afrykankach i szybko jem posiłek, a potem wracam do miejsca, z którego mają nas zabrać do samolotu. Jeszcze godzina czekania i na ekranie pojawia się złowroga informacja, że lot został odwołany, co powoduje ogromne wzburzenie podróżnych. Dowiaduję się, że muszę kupić wizę pobytową za dwadzieścia euro, bo mają nas zawieść do jakiegoś hotelu w Stambule. Nie protestuję bo jestem już tak zmęczony, że wszystko mi jedno, byle bym tylko zamknął oczy i wyspał się solidnie.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: